N U M E R :
14
maj 2007


kontakt

Strona - 07 - Leszek Możdżer...

Leszek Możdżer

Geniusz muzyki jazzowej. Wybitny talent, światowej sławy pianista. Ponadczasowy aranżer, kompozytor. Niezwykła osobowość. Wielki autorytet. Zdobywca wielu prestiżowych nagród.

Można by jeszcze długo wymieniać. Takich określeń dziennikarze nie szczędzą bowiem Leszkowi Możdżerowi. Właściwie powoli staje się to dla postronnych obserwatorów, niekoniecznie zainteresowanych muzyką artysty, nudne. Na pianistę spływają same pochwały, nie tylko ze strony publiczności, ale również krytyków. Co więcej - jak mówi sam Możdżer - grając muzykę niszową, nie jest artystą niszowym. To spore osiągnięcie w naszym kraju. Nie idąc na artystyczne kompromisy, udaje się mu zapełniać sale koncertowe i sprzedawać ilości płyt często nieosiągalne dla wykonawców utworów popularnych. Wystarczy podać tutaj przykład albumu będącego zapisem wspólnego koncertu z Adamem Makowiczem w Carnegie Hall - rozszedł się dotąd w ponad 20 tysiącach egzemplarzy. A znalazły się na nim utwory Chopina i standardy w wykonaniu obydwu pianistów. Podobnym "przebojem" stała się autorska płyta Możdżera, "Piano" z 2004 roku. Materiał nagrany w 1997 roku w szpitalu dla psychicznie chorych w Rotterdamie przyniósł improwizacje, krążące wokół jazzu i klasyki. Poza tym przyniósł platynę.

Ta popularność skłoniła wydawcę do pójścia za ciosem. W grudniu zeszłego roku do sklepów trafiło "PianoLive" - zapis koncertów z Teatru Muzycznego Roma w Warszawie na CD i DVD. Podobnie jak "Piano", jest to wydawnictwo audiofilskie. To konsekwentne wprowadzanie nowej jakości na polski rynek. Płytę można spokojnie odtworzyć na każdej klasy odtwarzaczu CD, a dla prawdziwych audiofilów z drogim sprzętem krążek zawiera dodatkowe dane, w zdumiewającym stopniu uwydatniające brzmienie utworów. Wszystko to za cenę jedynie ok. 40-50 zł. Pomijając aspekty estetyczne przedsięwzięcia, trzeba przyznać, że to świetny chwyt marketingowy, którego do tej pory w Polsce nikt nie stosował. Kto nie chciałby posłuchać płyty audiofilskiej? Zupełnie inna sprawa, ile z tych osób ma na tyle dobry sprzęt, aby odróżnić ją od innych, nagranych w normalnych warunkach, przy użyciu normalnego sprzętu.


Z założenia płyta miała być suplementem do "Piano". Ponieważ album ten został nagrany ponad siedem lat wcześniej, jego wersja koncertowa miała pokazać ewolucję w podejściu Możdżera do materiału. No właśnie - "miała". Trzeba niestety przyznać, że nie do końca to się udało. Pianista zbyt rzadko odchodził od głównych tematów, przez co płyta stała się nieco zachowawcza. Ma za to jedną niezaprzeczalną zaletę: pozwala zobaczyć twarz Leszka Możdżera, jakiej mogli nie znać fani, którzy nie widzieli wcześniej jego koncertu. Pokazuje go jako dowcipnego konferansjera, bawiącego publiczność dywagacjami na tematy muzyczne i nie tylko. Pozwala zrozumieć, dlaczego Możdżer nazywany jest niezwykłą osobowością. Ten człowiek w odjechanych garniturach (ma chyba najbardziej kolorową ich kolekcję w Polsce) potrafi przyciągać publiczność nie tylko magią swojej muzyki.


Leszek Możdżer przełamuje stereotyp pianisty, którego oczami wyobraźni zwykle widzimy jako starszego, śmiertelnie poważnego pana z brodą. "Przyjęło się u nas uważać, że artysta na scenie musi być spocony, smutny i zmartwiony, a już zwłaszcza kiedy jest muzykiem jazzowym" - mówił w jednym z wywiadów, tłumacząc swoje sceniczne zachowanie - "A przecież chyba lepiej być człowiekiem radosnym niż ponurym i zafrasowanym..."

Wystarczy spojrzeć do jego muzycznej biografii, by ta otwartość przestała dziwić. Zaczynał na początku lat 90. z yassowym zespołem Miłość. Współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Zbigniewem Preisnerem, Tomaszem Stańką, Archiem Sheepem, Patem Methenym i Michałem Urbaniakiem. Na swoim koncie ma także epizod z hip-hopowcami - utwór "Każdy ma chwile" nagrany z Grammatikiem. Stale współpracuje ze zdobywcą Oscara, Janem A.P. Kaczmarkiem. Brał również udział w nagraniu ścieżki dźwiękowej do "Marzyciela". Jest twórcą muzyki do kilku spektakli: "Hair - Love, Rock Musical", "Tango z Lady M." oraz "Psychosis". Nie stroni od współpracy z twórcami muzyki elektronicznej. W kwietniu w warszawskiej Fabryce Trzciny odbył się cykl imprez pod wspólnym hasłem "Sygnowano Możdżer". To wtedy po raz pierwszy doszło do połączenia sił Leszka Możdżera z Andrzejem Smolikiem. Nieco wcześniej (w 2004 roku) powstał równie ciekawy projekt - "Lutosphere". Wraz z Andrzejem Bauerem (wiolonczelistą) i Buniem (dj-em) przedstawili własne wizje muzyki Witolda Lutosławskiego. Ten hołd dla kompozytora zaowocował powstaniem oryginalnych, nowych brzmień.


To oczywiście tylko część dokonań Leszka Możdżera. Pozwalają one jednak odpowiedzieć na pytanie, które kołacze mi się gdzieś w głowie od momentu, kiedy powstał pomysł tego artykułu: "Dlaczego w magazynie z ROCKIEM w nazwie pisać o pianiście?". Przede wszystkim dlatego, że pozwala nie stracić resztek wiary w gust muzyczny Polaków - tworząc muzykę ambitną, sprzedaje dziesiątki tysięcy płyt. Być może, jak twierdzi sam artysta "jest to również szansa dla kolegów, którzy pokończyli szkoły, grają i będą grać, dopóki zdrowie pozwoli, muzykę z innej półki niż łatwy pop". Oby to była prawda, a nie wyjątek potwierdzający regułę.

Autor:Animol  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)