Próbując zmierzyć się z utopią
W poprzednim numerze Edukatorów ukazał się artykuł Aleksandra:" O utopii słów kilka". Na forum Inicjatywy Uczniowskiej nawiązała się dyskusja na temat tego felietonu. Poniżej jedna z ciekawszych wypowiedzi, której autorem jest Marek.
Moim zdaniem to nigdy się anarchia nie ziści jak ludzie uważający się za anarchistów nie staną na wysokości zadania i nie zaczną budować pewnego wolnego, autonomicznego terytorium, chociażby po to by pokazać że się da, albo chociaż zferyfikować idee w praktyce.
"pewnego wolnego" - co mam na myśli?
Nie w pełni wolnego, jako że nie za bardzo wierze( i co za tym idzie, mało w tym kierunku czynie ) we wzniecanie rewolucji, w gwałtowne wydarzenie, kiedy to ludzie wejdą na barykady, spalą kościoły, ich majątek rozdadzą ubogim, i wszyscy będą wołać do siebie towarzyszu. Uważam iż najbardziej realną propozycją jest rozpoczęcie tworzenia wolnej osady. Tu w miastach z góry na przegranej poozycji stoimy, możemy tutaj ideologizowac, marzyć, vlepiać vlepki, ale mało to daje rezultatów końcowych.Owszem, powstają coraz to nowe ruchy i organizacje, ale wiekszość społeczeństwa już ogłupiona, nie da się jej wręcz namówić do tegpo by postepować według zdrowego rozsądku ( co anarchizm niewątpliwie prezentuje ).
Związku z tym, że tutaj w miastach tylko gadać możemy, a cisną nas ze wszystkich stron, od podatków w sklepie spożywczym, po samochodowe piekło, panów w żółtych odblaskowych kamizelkach, na których widok trzeba się bać gdy ma się w kieszeni kawałek rośliny, będącej tu na ziemi o wiele wcześniej od tego parszywego nowotworu jakim jest ludzkość, właśnie dlatego opowiadam, się za tym by uciec na wieś i tam dopiero dowieść sobie samemu i wspólnocie, jak to naprawdę wygląda anarchizm. Pracą u podstaw, zdobywając pożywienie bezpośrednio z ziemi, nie musząc pracować dla jakiś korporacyj, nie być zabrudzonym ZUSowymi olejami procentów, wytworzyć sobie w końcu te wszystkie komputery i telefony samemu, o to czym jest prawdziwa niezależność, samorządność.
Nie narzekać ciągle na system kapitalistyczny, tylko wyrwać się z niego, tak po cichu, tak jak się wyrywa włosek na plecach. świecić przykładem dla innych osób, nie zapominać o tym, po co to się robi, rozsiewać propagandę, pokojowo żyć wspólnie( bez nie powielać tego co robią oni, właśnie dlatego odrzucam raczej wszelkie przejawy "mołotowów prewencyjnych" bo jest to tylko powielanie schematów Babilonu ) i budować nowe, sprawiedliwe i akceptowane przez wszystkich mieszkańców systemy gospodarcze, tym jest prawdziwy anarchizm dla mnie. Nazwiecie to pewnie anarchoprymitywizmem, a można sobie i tak nazwać, nie wykluczam komputerów i kamer, tylko pragnę byśmy w najbardziej niezalezny sposób wprodukowali sami, zdobyli uczciwie, ale bez napędzania pkb ku uciesze chciwców.
Kwestia tego iż pozostaniemy pod kontrola państwa jest tutaj drażniąca, ale też zminimalizowana do najmniejszego stopnia, jaki da się bez karabinów osiągnąć, nie chcemy w końcu chyba jak oni prowadzić wojny, tylko spokojnie żyć, tworzyć coś alternatywnego, udowodnić sobie i innym jak można by zbuntować się przeciw kapitalizmowi. Podatki gruntowe może i byśmy płacili ale tylko dlatego byśmy spokojnie mogli idee wcielać w czyn i rozgłaszać dookoła.
Gdy już taki kolektyw działałby sprawnie, jeździć można po miastach z dobra nowiną, nawołując do tworzenia kolejnych. Być może udałoby się utworzyć po pewnym czasie taki zamknięty rynek, dla wtajemniczonych, dla nas, którzy nie chcą się babrać w bagnie pieniędzy.
Tu w miastach jesteśmy skazani tylko na gadanie, ku smutku waszemu muszę to rzec.
Ciekaw jestem ile osób poszłoby na taki dosyć uczciwy chyba plan realizowania idei anarchistycznych.
Ciekaw jestem ile by zostało w bądź co bądź wygodnych miastach, gdzie roi się od abstrakcyjnej pracy, zupełnie pozmyślanej, potrzebnej chyba tylko tym bankierom i tajnym międzynarodowym układom globalistów.
w miejscu gdzie cały czas trzeba nakręcać, wciąż i wciąż, wirtualny twór jak reakcja łańcuchowa regulującym w końcu kursy walut, ceny ropy i gazu, które tak łatwo przeliczyć na ludzkie życie.