h i g h  v o l t a g e

 

 

tak w tym niezmiernym chaosie jedno jest jasne

czekamy aż przyjdzie Godot […] albo aż przyjdzie noc

 

 

Co mnie jeszcze trzyma na tych studiach? Garstka ludzi, którzy są święcie przekonani, że tam właśnie jest moje miejsce! Ludzi, którzy we mnie wierzą, przekonani o mojej wartości… Mało tego, ja sam im tę wiarę zaszczepiłem. Myślałem, że za drugim razem podjąłem już właściwą decyzję. Mogę przecież ją zmienić, tylko że rezygnowanie ze studiów na trzecim roku to niezbyt mądre posunięcie. Może by tak sprawić, że mnie sami wyrzucą. To nie powinno być zbyt trudne.

 

Nikt nie zwraca uwagi na te moje mroczne wizje, bo to zdarza mi się przed każdą sesją, zwłaszcza jak w odwodzie czeka egzamin warunkowy. Zdanie takiego na początku semestru na zawsze pozostanie w sferze marzeń. Czy to są jeszcze moje marzenia, czy tylko tych, o których czasem myślę przed zaśnięciem. Wchodzę w fazę, gdzie nie trzeba już czekać, można stanąć twarzą w twarz, maską w maskę.

 

Kiedyś będę musiał wstać. Pierwsza myśl po przebudzeniu – że do sesji jeszcze cały, długi tydzień. Trzeba być dobrej myśli. Za kilkanaście godzin znowu pójdę spać, ucichną głosy. Nocny autobus jak zwykle stanie pod moim oknem i jak zwykle nikt z niego nie wysiądzie, a na pewno nie do mnie. Potem, już za dnia, ja pojadę do niego. I pojadę do centrum, które przynajmniej na razie jest również moim. Z niejasnych przyczyn, których nie chcę znać i rozumieć…

 

Kiedy pierwszy raz tu przyjechałem, nie zastanawiałem się nad tym, było to dla mnie tak oczywiste jak oddychanie. Moja bytność w dużym mieście miała stanowić tylko kolejny rozdział mojego życia, który zamknie się jak wszystkie poprzednie, bez większych konsekwencji. Teraz już wiem, że jest inaczej, że bez mojej pomocy ten rozdział się nie zamknie, a bez tego nie zacznie się następny. Ktoś mnie wrzucił do tej książki wbrew mej woli. Ktoś mnie czyta, oby go nie zabrakło.

 

Na początku moje nowe życie toczyło się swoim rytmem. Rano szedłem na zajęcia, a wieczorem do osiedlowego sklepiku. Na szczęście pieniędzy mi nie brakowało. Dopiero później miało się okazać, że to jedyna rzecz, której mam pod dostatkiem. Aby uzupełniać ewentualne finansowe braki, zjawiałem się w domu rodzinnym, powiedzmy raz w miesiącu. Kiedy przyjechałem na pierwsze studenckie wakacje, poznałem mnóstwo ludzi z kategorii „wierzących”. Wyjeżdżając pod koniec września, nie zdawałem sobie sprawy, że są tak ważni.

 

W pewnym momencie chyba zbyt głęboko uwierzyłem w siłę sprawczą ich pobożnych życzeń, bo przestałem się starać. Uważałem podświadomie, że samo jakoś pójdzie. Nie poszło – najpierw raz, potem drugi… Dopóki nie wymagało to jakiegoś nadludzkiego wysiłku, podnosiłem się. Robiłem to dla nich, nie chciałem ich zawieść. Ale też dla siebie, bo utrata władzy nad swoją dziedziną oznacza najczęściej utratę „elektoratu”.

 

„… i choć został jeden widz, to do szczęścia nie potrzeba nic.” To tylko słowa piosenki. Ale jak ważne jest, aby mieć choć tę jedną osobę, dla której można się poświęcać. Zakochałem się, to było w liceum. Zanim zorientowałem się, że ona nie jest dla mnie, zdałem maturę i egzamin wstępny na studia. Ten pierwszy raz był nietrafiony, ale to się zdarza. Potem był drugi, głębiej przemyślany, ale to ludzie uznali, że to będzie zgodne z moimi zainteresowaniami. Nawet mi się podobało, tylko nie miałem wyraźnego celu. A nauczycielem nie chciałem być.

 

Studia mają mi dać zawód i tytuł magistra. Tak często słyszałem te słowa, że powoli zaczynałem im wierzyć. Tylko te trzy literki przed nazwiskiem dzisiaj niewiele znaczą. Nikogo nie obchodziło, że po skończeniu studiów mogę pracować na stacji benzynowej („mgr” mi w tym nie pomoże). Mam ciężko pracować pięć lat, żeby zarabiać tysiąc dwieście na rękę?! Zaspokoić chorą ambicję rodziców, z których żadne nie ma nawet matury.

 

Dopóki siostra nie zda matury, nie dostanie się na studia, będę najlepiej wykształcony w tym roku, tzn. w moim rodzinnym domu. Teraz jestem daleko, a koniec semestru zbliża się wielkimi krokami. na zaokiennnym termometrze dziesięć stopni (plus dziesięć. Ptaki kwitną, kwiaty śpiewają (może być odwrotnie), a słońce rozświetla brudne szyby. Aż trudno uwierzyć, że jest koniec stycznia, a za kilka dni zaczyna się sesja… zimowa.

 

Im wczesniej zdam wszystkie egzaminy, tym wcześniej też spotkam się z ludźmi, o których już nieraz tu wspominałem, o których śniłem. Dla niektórych jestem nawet wzorem człowieka, który nawet jak przegra, to się uśmiech i mówi: jest dobrze. Jestem czymś na kształt nauczyciela (a jednak!). Co ja z tego mam? Widok na rozsypujący się dom po drugiej stronie ulicy? Tę właśnie ulicę, po której z rzadka przejeżdża jakiś traktor (bo samochód to już chyba nie)? Uporczywy brak zasięgu? … Życie zaczyna się po zmroku.