I w końcu znalazł to miejsce. Tak niepodobne do innych. A każdy pomyślałby o nim, że jest takie samo jak milion innych. Ale on wiedział, że to nie jest zwykłe miejsce, nie dla niego. Drzewo stojące na polanie mówiło mu: "To ja, to mnie szukałeś"...

"Dlaczego bierzesz tyle rzeczy? Wybierasz się gdzieś? A siostra? Słyszysz mnie? Odpowiedz! Jeśli..." Zamknął drzwi i wyszedł.

-Tak...
-Gdzie jesteś?
-Idę.
-Kiedy wrócisz?
-Nie wiem.
-Wiesz, że...
Klik.
Tym razem nie zrobi tego czego chcą, nie, nie tym razem. Pierwszy mały wielki sukces.
Dla siebie.

Wiedział, że kupno i rozchodzenie tych nowych butów będzie się opłacało. Przydadzą mu się w tej wędrówce. Wolał żeby pokonało go zmęczenie niż nieprzygotowanie i własna głupota. Jak to zazwyczaj bywało. A, telefon, choć wyłączył dzwonki i wibrację "bo nie chcę kontaktu i przejmowania się jego brakiem" to spoglądał dosyć często czy nikt nic nie napisał. Nie potrafił się odzwyczaić, nigdy. Jakiś napój, w sumie nie jakiś, jego "niby" ulubiony. Niby, bo nigdy nie wiedział co tak naprawdę lubi. Krakersy, pożywne, zjadłby ale tym razem stara się odwlec to jak najdłużej by nie tracić niepotrzebnie prowiantu. Choć jest najedzony to i tak by je zjadł, są, więc czemu nie, czemu mają leżeć i czekać. Głupota. Całe szczęście milion innych myśli miał w głowie więc nie skupiał się na tym. Więc będą.
Mógł wziąć rower ale nie chciał go zostawiać gdzieś po drodze. Pozatym nie miał swojego. Tym którym jeździł od czasu do czasu nie był jego tak jak większość rzeczy których używał. Ale buty i zawartość plecaka była jego. Tylko jego. Plecak już nie. Szedł znanymi mu do tej pory ścieżkami coraz dalej i dalej od miasta, czasami spotykał jeszcze ludzi. Najczęściej rowerzystów, na piechoto był tylko grzybiarz spotkany daleko od miasta. Spodziewał się tego, tego, że nie zostanie tak szybko sam. Ale niedługo miał być już tam gdzie nie będzie absolutnie nikogo. Przed tą wyprawą uważnie przestudiował mapy i doskonale wiedział gdzie ma zmierzać by mieć szansę na osiągnięcie swojego celu. Z jego obliczeń wynikało, że jego podróż jak do tej pory przebiega planowo i może sobie pozwolić na krótki postój i zwolnienie tempa marszu. Usiadł i napił się trochę napoju energetycznego. Lubił ten syf, pomógł mu tyle razy, choć niszczył go gorzej od alkoholu. Wziął chusteczki, krew z nosa była tylko kwestią czasu. Wstał z pieńka przy drodze i ruszył dalej. Podczas postoju obliczył, że czeka go jeszcze dwie gdziny marszu zanim będzie mógł spokojnie skręcić w pożądaną stronę. Martwiła go jedynie pogoda. Miał nadzieję, że się nie zmieni i będzie mógł kontynuować wędrówkę w obecnych warunkach. Idąc wolnym krokiem po coraz to gorszej drodze zastanawiał się czy uda mu się dziś odnaleźć cel. Nie było to wcale takie pewne. W gruncie rzeczy to tak naprawdę nie wiedział czego szuka, wiedział jedynie, że dziś jest dobry dzień i będzie potrafił to rozpoznać. Zawsze tak było, nigdy nie wiedział do ostatniego momentu, że stoi przed czymś, co będzie miało wpływ na jego życie. Czasami orientował się po fakcie.
Spojrzał na telefon. "Godzina czterdzieści" Jeszcze 10 minut intensywnego marszu i zejdzie ze ścieżki i podąży na wschód.

"Ku przeznaczeniu!"

Choć trochę było mu żal i żle z tym, to w głębi cieszył się, że tego nie zrobił. Że nie wziął. Kolejny wielki mały sukces.
Nucił pod nosem kołaczące się po głowie piosenki pokonując kolejne przeszkody. Przechodząc koło starej jarzębiny do głowy wpadła mu "Kalinka". Pomyślał, że w sumie nawet nie wie jak wygląda to drzewo - kalina. Nucąc znany mu wers "Kalinki" przypomniało mu się wesele. Uśmiechnął się do siebie i ruszył szybszym krokiem. Pierwsza łza. Myślał, że spadnie wcześniej ale ku jego zaskoczeniu trzymał się do tej pory bardzo dobrze. Może temu, że w końcu wie dokładnie czego chce i brnie ku temu, korzystając ze swoich wszystkich sił? Bardzo go to zastanawiało. Dlaczego dopiero w takiej sytuacji? Jednocześnie cieszył się, że z takiego powodu. Zaczęły boleć go nogi. Późno, dobre buty. Postanowił trochę odpocząć. W końcu zjadł krakersy, czekał długo, ale za to jak teraz smakowały. Żal mu się teraz zrobiło smaku wszystkich tych rzeczy na które nie poczekał by nacieszyć się ich rawdziwym dojrzałym smakiem. Wiele tego było. Chciał przestać o tym myśleć więc postanowił rozejrzeć się dokładniej po okolicy. Niestety, krajobraz był cały czas taki sam, nie widział nic szczególnego, czasami słońce sprawiało wrażenie, że to już tu, że to to, czego szukał. Ale to było zazwyczaj tylko słońce lub danemu miejscu brakowało tego czegoś. Nużyło powoli go to szukanie, powoli zaczynał wątpić w powodzenie swojego wypadu. Robiło się już późno ale nie miał zamiaru wracać, o nie. Znów by to wyglądało jak niespełniony kaprys. Wszystko co robił zawsze tak wyglądało, najpierw krzyczał, że coś zrobi a potem ze strachu z wynikłych zdarzeń wracał z niczym, z przekonaniem, że znowu wszystkich zawiódł. Gołosłowny, niegodzien zaufania, kłamca. Pewnie tak o nim wszyscy myślą. Już niczego nie robi, boi się. W końcu są dla niego wszystkim. W ogóle kim? Zapomniał. W kolejnym stanie odpoczynku umysłu znowu sobie przypomni. Dręczy go to, dlaczego tak wszystkich od siebie odpycha, zwłaszcza najbliższych.

"Bo nie wiesz kim jesteś!"

Wstał i ruszył dalej ku nieznanemu - tym razem idąc, rozglądał się za miejscem do spoczynku. To, że zaśnie, było pewne, wiedział i czuł to. Tyle drogi. Nikt się nim nie interesował. "Brak wiadomości, jakiś nieznany numer puścił tylko sygnał." Stwierdził w myślach. Nikt się nim nie interesuje. Jakże mogłoby byc inaczej, gadać głupoty bez potwierdzeń. Sam jest sobie winien. Wie o tym. Ale wiedzieć to za mało. Rozumieć. Czasami też. Wypatrzył odpowiadające jego wymaganiom miejsce. Zastosował kilka odkrytych podczas swoich wypraw patentow i poslanie gotowe. Ognisko. Ciepło. Oczy same mu się kleiły ale nie chciał jeszcze isc spac by nie obudzić się w nieprzyjaznym otoczeniu w środku nocy. Myślał podczas przygotowań o alkoholu, może lekach, żeby się odurzyć i bezwładnie przespać noc. To była jego słabość. I tu po raz kolejny udało mu się przełamać. Nie wziął tego ze sobą. Kolejny mały wielki sukces. W pełni świadom zasnął.

"I jeśli tak ma być, że pomimo wszystko..."

Szedł tuż za nią, był pewien, że zaraz go zauważy, że się obróci i w swoisty sposób przywita go zaskoczona. Ale mylił się, szedł za nią dłuższą chwilę po złotym polu niezauważony. Słyszał wszystko, ptaki, świerszcze, szum. Czuł gorąco. Postanowił się odezwać. Nie usłyszała go. Dlaczego go ignoruje, jest tak bardzo zła? Wie, wybiegnie przed nią i ją zatrzyma. Ruszył.

"Tym pomiędzy wszystkim to ja, powinienem wybrać lecz jak, każdy dzień daje znak, że zatrzymał się czas."

Siedział z kumplem w pokoju, gadali, pili tanie wino, kokos, hehe, dobre stare czasy. Napoj winopodobny poznany na mdłym pobycie na studiach. Już ich nie cierpi. Cholera, to był taki zawód... "Zaprzepaszczone Siły..."

"Myślał jestem sam, może jestem zły."

Stał w pokoju pełnym dwupięptrowych łóżek. Sierociniec, kiedyś chcieli go tu zabrać, odebrać matce, widocznie udało się. Był sam. Teraz siedzi na jednym z łóżek, nie jest już sam, setka dzieci wkoło, wszyscy siedzą i słuchają. Grupka dorosłych, nad czymś radzą, długo, zażarcie.

"I`m breaking a habit tonight..."

Jego przemeblowany pokój, brat pokazuje mu zdjęcia kotka. Kotka który ledwo biega po tym ciemnym pokoju. Jest mokry, chory, przewraca się ale jednak próbuje zachowywać się normalnie. Widząc ten obraz zaczyna krzyczeć. Lecz nie może, niemy krzyk, dusi się.

"Nie wypełniliśmy sie dniem."

Tory. Tak wieloznaczne. Idzie teraz po nich, prosto, nie zna celu swej wędrówki, nie wie kiedy.
Widzi dwoje ludzi siedzących na torach. Pamięta to. Tylko jest teraz trochę szaro. Ale wiedzi ją siedzącą i jego leżącego. Tyle się zmieniło. Tak krótko. Tak długo.

"Dont ever speak my name!"

Widzi grupkę osób. Tam gdzie zwykle o tej porze. Rozmawiają, piją piwo, wiele skrywanych emocji, tak nie do końca znani sobie. Teraz wie wszystko. Choc za późno, to ma świadomość, tylko co by z nią zrobił wtedy? I tak cierpiał, i tak by cierpiał nadal, nic nie zmienia jego bezsensownego bytu. Tak myślał.

"Ile jeszcze we mnie wiary? Ile jeszcez we mnie samym sił. Na nowe dni, by dalej żyć w taki czas..."

Zszedł z mostu i udał się w kierunku domu, pokonać ulice i. Obrót przez ramię, światło samochodu...

"Spadam.. powoli spadam... pomiędzy zdania... w niedorzeczności... bez wahania.. jakby niebyło całeg świata, nawet mnie... co sie wyprawia, co sie wyprawia, cały ze zwiatła, jaki tu spokój, i tylko błagam o łaskę trwania... a może to mój chory sen... a może nie ma mnie... a może śmierć..."


Obudziło go słońce. Znów miał te dziwne sny. I pierwszy raz krzyczał we śnie. Chciałby komuś opowiedzieć o świecie w którym dzieją się jego sny. Tak znany, a jednoczesnie tak dziwny i obcy. Wzystko zawsze jest takie szare, wyblakłe. I zazwyczaj śni mu się przeszłość. Tak cholernie dziwna. Chce z kimś porozmawiać. O ile nie zapomni. O ile jego dusza nie zabije kolejnego uczucia. Nie zaćmi myśli.
Wstał, czuł się dobrze, nic go nie bolało, szyja, nieszczęsny kręgosłup, noga, nadgarstki, wszystko ok. Zalecone działania dawały skutki. Zazwyczaj budząc się o tej porze przeklinał, że budzi się tak wcześnie. Tym razem był wdzięczny, miał więcej czasu by osiągnąć cel. Wyruszył zaraz po przebudzeniu, zjadł kolejną paczkę herbatników, napił się herbaty i ruszył.
Szedł już dużo czasu a nadal nie znalazł, czego szukał. Mijał już wiele miejsc które w jakiś sposób go przyciągały. Ale żadne nie było szczególne. Powtarzały się prawie nie zmnienione, raz po raz, prawie takie same. Detale. Dużo myślał. O tym co robi, o tym co do tego doprowadziło. O nim. Zawsze liczył się z jego zdaniem. Od niedawna wszystko mu się z tym kłóciło. I czuł oddalenie. Od starego życia. Od życia.
Przypomniał sobie o zeszycie. Może przyjdzie wena? Dlaczego wogóle go wziął? Po co teraz? Może jeszcze coś napisze? Może go zniszczy u celu? Może dlatego, że zawsze miał go ze sobą. Zastanawiał się nad celem pisania wierszy, i tak prawie nikt ich nie czytał. Bo prawie nikt ich nie widział. Nie wiedział jak je pokazać światu.
Upadł, był już wycięczony. Obolały, poobdrapywany i cholernie zmęczony. Postanowił chwilę odpocząć, ale o rezygnacji nie było mowy. Był już za daleko by zrezygnować. Choć nie wiedział jak daleko będzie musiał jeszcze iść to popychała go jakaś niesamowita siła. Do przodu, brnij dalej. Podniósł się i ruszył, robiło się już powoli późno, musiał iść dalej. Dalej, ku słońcu. Choć słońce świeciło mu w plecy.
Znudziło go wieczne omijanie trudniejszego terenu i teraz brnął mimo przeszkód cały czas prosto.
Przedzierał się przez krzaki gdy poczuł w dłoni. Palce i kostki. Jeszcze się nie zagoiły i widocznie zahaczyła jego rękę gałąź. Był tak skupiony na przedzieraniu się i narastającym bólu, że nie zauważył tego co ukazywało się przed nim. Pokonał ostatnie gałęzie i upadł na skraj polany. Czuł takie zmęczenie, że nie dał rady się ruszyć. Ale podniósł głowę.

"And i'm searching to find my reason..."

I w końcu znalazł to miejsce. Tak niepodobne do innych. A każdy pomyślałby o nim, że jest takie samo jak milion innych. Ale on wiedział, że to nie jest zwykłe miejsce, nie dla niego. Drzewo stojące na polanie mówiło mu: "To ja, to mnie szukałeś"... Wstał, otrzepał się, poprawił ubranie
i ruszył przez to wymarzone miejsce ku niesamowitemu drzewu. Rozłożysta korona, olbrzymi pień, rzucany cień, to wszystko sprawiało niesamowite wrażenie. Już sam widok wynagrodził mu wszystkie trudy podróży. Mimo braku sił podbiegł do drzewa i zaczął je badać. Dotkął kory, obszedł wokoło, spojrzał w górę. "Coś niesamowitego..." Piękny widok, tylko raz wracając do domu ze studiów słońce oświetlające spiętrzone chmury zrobiły na nim większe wrażenie. Zdjął plecak i położył się w cieniu drzewa. Musiał trochę odpocząć przed kontynuacją planu.
Obszedł drzewo jeszcze raz, tym razem szukał najlepszego miejsca do wspinaczki. Musiał obejść dwa razy całe drzewo żeby znaleźć punkt zaczepienia blisko wypatrzonej gałęzi. Zarzucił plecak i zaczął się wspinać. Przypomniało mu się jak kiedyś z kolegami wspinał się na zbocze mostu kolejowego, Sporo się wtedy nauczył i mógł to teraz wykorzystać. Noga, ręka, spokojnie, powoli, trochę szkoda by było żeby teraz przez głupi błąd spaść i coś sobie zrobić, żeby zniweczyć to wszystko. Jest już na górze, powoli przechodzi na upatrzoną gałąź. Na miejscu rozejrzał się po okolicy. Miał szczęście, że tu trafił. Polana była szczelnie otoczona gestymi krzakami, gdyby znów ominął przeszkodę nie trafiłby tu, zastanawiał się czy mijał już wcześniej takie miejsca. To było całkiem prawdopodobne. A teraz siedzi tu, na tym drzewie, na skraju życia, sam, tak jak je pokonywał, w końcu świadom i gotów aby wybrać, aby samemu pokierować swoim życiem. Tu, na tym drzewie ma skończyć to życie. Zamknąć ten rozdział, porzucić przeszłość. Wyciągnął sznur, przewiązał przez gałąź i opuścił z zawiązaną pętlą na końcu.

"Jeremy spoken..."

Zszedł z drzewa, miał jeszcze parę rzeczy do zrobienia na dole. Wyciągnął z plecaka paczkę. I szpadelek. Wykopał dołek, półmetrowy. Przejrzał jeszcze raz zawartość kuferka i włożył go do dołka. Zakopał starannie i rzucił z całych sił przed siebie szpadelek. Ładnie poleciał, idealnie, na wprost, hehe. Sprawdził wszystko jeszcze raz, kuferek, sznur, zeszyt. Zeszyt, właśnie, zapomiałby. Odszedł od drzewa i zaczął drzeć kartki. Podpalił jedną i rzucał kolejne na ogień, jedna po drugiej, wszystkie, łącznie z okładką. Buchający od kartek ogień przyciągał go i jednocześnie odpychał, był jak zwykle rozerwany. Płomień zgasł.

"Zapomniałem powiedzieć Ci, że jestem zakochany... Więc lepiej mnie zabij, wyrzuć z pamięci, lepiej odejdź, pozwól mi odejść, lepiej zapomnij, pozwól zapomnieć, więc lepiej daj mi następną szansę..."

Wszedł znowu na drzewo. Chwycił sznur. Stał tak i patrzył, nie myślał nic, po prostu patrzył. W tej chwili trzymał swoją przyszłość. Zrobił ruch, rzucił linę i...

"Look on this photograph..."

Czekała go długa droga do domu, bardzo długa. W końcu nie wiedział gdzie jest teraz jego dom.



"Misza"
gg:3482779
michalluksza@o2.pl
kom: 501455641