Waga pustego pistoletu.

 

Strych mojego dziadka to była dla mnie zawsze kopalnia wspaniałych rzeczy. Mimo tego, że belki stropowe zdradzały swój wiek trzaskając co pewien czas, pachniało tam migdałami oraz paloną stalą. Mogłem znaleźć tam wszystko. Stare książki ( które teraz kiedy to piszę, pewnie zakończyły swój żywot w piecu), zabawki strugane w drewnie, oraz drogocenne pamiątki rodzinne, których zawsze był w moich zbiorach deficyt. Bywałem tam wiele razy, lecz nigdy nie zbadałem tego miejsca tak dobrze, jak bym sobie tego życzył. Mimo, że byłem tam wiele razy, nikt mi w tym nie towarzyszył, nad czym oczywiście ubolewałem.

 

Moje bóle jednak pewnego razu zostały złagodzone, gdyż na pewnych urodzinach dziadka po tym, jak uroczyście wręczyło się staruszkowi prezenty, a pełnoletnia publiczność wysuszyła w kieliszkach to co miała do wysuszenia, zgadałem się z jednym z kuzynów. Okazało się że jego hobby to też buszowanie po strychu niczym pirat po jaskini pełnej skarbów. Bez zbędnego gadania, po uprzednim sprzątnięciu wszystkiego co słodkie ze stołu udaliśmy się do naszej ziemi obiecanej.

 

Z racji tego, że byłem troszeczkę starszy, udało mi się być pierwszym i chociażby z tego tytułu zaklepałem sobie najciekawszą część rupieciarni i rozpocząłem prywatną podróż w czasie. Znalazłem zdjęcia ojca, o których nie miałem pojęcia że istnieją, stare obrazki ze świętymi, o których ojciec często mi opowiadał. Podczas tak radosnej zabawy mój niezastąpiony i nieoceniony w towarzystwie kuzynek przycisnął mi coś do tyłu głowy. Powiedziałem tylko "ej, frajerze jak to jest jajko i masz zamiar rozgnieść mi je o głowę to dostaniesz lanie". Gdy się odwróciłem, zrozumiałem, że raczej to, co trzymał w dłoni zbyt łatwo by się nie rozgniotło o moją głowę.

 

Aby bezkonfliktowo odebrać mu tą ciekawostkę, w przypływie wspaniałomyślności dałem mu scyzoryk, kalkulator i parę innych drobiazgów, które wygrzebałem w pośpiechu. Po wręczeniu barwnej łapówki dał mi to cudeńko, z zastrzeżeniem że to tylko na chwilkę. Podczas gdy odbierałem go z jego dłoni, dziwnie mi zaważył. W przypływie euforii z faktu jego posiadania przystawiłem go do swojej głowy i krzyknąłem na całe gardło coś w rodzaju " pif, paf" po czym wyprostowałem rękę i skierowałem pistolet w stronę kuzyna. Drobne, lecz istniejące mięśnie w moim palcu napięły się na cynglu. W umyśle przeleciały mi obrazy ile razy to bawiłem się tego rodzaju zabawkami, coś naciskałem w kierunku drugiego człowieka co wyłącznie kończyło się hukiem lub jakąś muzyczką która imitowała dźwięk lasera. Żeby nie było wątpliwości, piszę ten tekst po latach i wiem że miałem życie swojego kuzyna zawieszone na palcu wskazującym niczym śmierć w bardzo barwny sposób przyodziana w ludzkie kształty.

 

Na szczęście cyngiel nie uruchomił kurka, który nie uderzył o iglice która w czarnym scenariuszu moich koszmarów miała zakończyć nie tylko jedno życie. Dziś nie wiem, czy ten pistolet był pusty czy naładowany lecz wiem że był prawdziwy. Po latach od tamtego zdarzenia zastanawiam się, co mnie powstrzymało przed naciśnięciem spustu, w końcu kojarzyło mi się to z czymś bardzo fajnym, to była tylko zabawa a ja nigdy nie rezygnowałem z jej kulminacji! Szczerze mówiąc, dziś biorę pod uwagę wyłącznie interwencję sił wyższych, które zapobiegły temu pożałowania godnemu wypadkowi. Mimo tego, że w modlitwach dziękuję Bogu za to, że nie stało się najgorsze, wyłuskałem z tego doświadczenia pewną regułę i mechanizm który znajduje zastosowanie w nowoczesnym wojsku. Tym mechanizmem jest kodowanie w głowach chłopaków pogardy dla ludzkiego życia! W jaki sposób? Poprzez strzelanie do tarczy w kształcie człowieka. Za czasów pierwszej wojny światowej gdy to tarcze strzelnicze były tylko paroma kółkami większość żołnierzy po konfrontacji z żywym człowiekiem strzelało tak aby nie trafić. Ja lata temu strzelałem z imitacji broni do żywych ludzi, mimo tego gdy dostałem prawdziwą broń do reki coś mnie powstrzymało.

 

Pisał: Sato