Marzenko...


Kopernik, pierniki, Rydzyk, starówka. Toruń jednym słowem. Kiedy mówię o tych rzeczach ludzie natychmiastowo kojarzą je z Miastem Aniołów. Turyści, którzy tu przyjeżdżają a raczej przejeżdżają, zatrzymując się na jeden dzień, starają się to wszystko zobaczyć może oprócz Rydzyka, bo ten zalicza się do dóbr luksusowych. Najbardziej znana ulica to Szeroka. Główna ulica Starego Miasta. Spacerując nią można rzucić okiem na ładne kamienice a także zjeść Big Maca - niestety, bez dowozu przez policjantów. Po co ten cały krótki wstęp przypominający wykład przewodnika wycieczki? Mianowicie chciałbym napisać drogi Czytelniku o drugiej, ciemnej stronie medalu. O tym czego nie zobaczysz w trakcie jednego dnia, o tym czego nie poznasz, o tym o czym nie raczysz nawet pomyśleć. O patologii, biedzie, bezsensie, wegetacji ludzi żyjących na Starówce. W zasadzie temat nie będzie pewnie niczym nowym . Ile to już artykułów powstało opisujących owe zjawiska, ale tak sobie myślę, że im więcej o tym piszemy, myślimy, tym bardziej stajemy się wrażliwsi na tego typu sprawy. Przestajemy być moralnymi atletami, którzy na alkoholika czy 6-letniego chłopaka palącego fajki w bramie spojrzą w kategoriach czarne lub białe. Może warto prześledzić życie, środowisko, w którym dorastali tak piętnowani przez niektórych degeneraci. A więc i dwója bęc opowieści czas zacząć.

Jakiś czas temu kolega poprosił mnie bym zastąpił go z dwa, trzy razy w tygodniu, w pracy na lodowisku podczas gdy on będzie biegał na ćwiczenia i zaliczał kolokwia (zawsze trzeba dobrze życzyć znajomym). Zgodziłem się bez wahania, ponieważ mobilizowałem wtedy swoje środki materialne, których posiadałem stanowczo za mało. Ślizgawka znajduje się na Rynku Nowomiejskim, więc dane mi było poznać ludzi tam mieszkających. Krótko mówiąc patologia społeczna. A skąd bierze się taka patologia? Proste. Z patologii. Pod kruchymi skrzydłami pijanych tatusiów i puszczalskich mamusi rośnie pokolenie, które z wartości ogólnie uważanych za pozytywne potrafi się tylko nabijać. I to mnie właśnie najbardziej wkurwia. Wcześniej kiedy nie miałem z tym wszystkim bezpośredniego kontaktu najzwyczajniej w świecie nie obchodziło mnie to zbytnio. Lecz później zacząłem patrzeć na to inaczej. Pamiętam Marzenkę. Mała dziewczynka z liszajami na twarzy. O 21:30 pytam się dlaczego nie jesteś jeszcze w domu? Jest już ciemno, niebezpiecznie, zimno a Ty tak marnie ubrana. Odpowiedziała mi, że rodzice właśnie piją i nie chce wracać. Pójdzie za godzinę jak już będą spali, po drodze kupi piwo dla Mamusi i Tatusia na kaca od zaprzyjaźnionej sklepikarki, która już wie o co chodzi. Najbardziej przerażające w tym wszystkim było to, że mówiła o tym tak spokojnie, normalnie jak inne dziecko o tym czego nauczyło się dziś w szkole. Była wręcz dumna z powodu swojej troski o rodziców. Jakby to był utarty schemat powtarzający się co drugi dzień. Może gdyby wyrzucić dni (nie)parzyste byłoby jej lepiej... Agatka. Tego dnia była taka szczęśliwa. Tatuś zabrał ją na łyżwy. Mało od życia dostaje, więc wyobraźcie sobie proszę jej radość. Nie jestem w stanie opisać swojej wściekłości kiedy nie zdając sobie sprawy lub wręcz przeciwnie, całkowicie do niej przyzwyczajona, szarpała swojego Ojca, który pijany przewrócił się na lodowisku. Przykładów mógłbym wymieniać jeszcze wiele lecz wydaje mi się, że generalnie Marzenka, Agatka i im podobne dzieci pragną tylko miłości ze strony swoich rodziców. Nieważne czy będą oni nietrzeźwi czy naćpani. Ważne, żeby byli. Wszystkie okoliczności, zdarzenia przestają się liczyć. Chodzi tylko o obecność i świadomość. Pogodzone ze światem i z rzeczywistością starają się z niej wydrzeć tyle ile to tylko możliwe. Odrzucają z niej pewne fakty. Wykrzywiają ją w ten sposób, że jest im wygodnie i nie myślą o swoim ciężkim losie. Tragedią byłby dla nich dom dziecka, opieka społeczna, rodzina zastępcza. Sytuacja bez wyjścia. I tak źle i tak niedobrze. Oczywiście zabranie ich rodzinie długofalowo mogłoby przynieść dodatni skutek, ale zanim te dzieci uświadomiłyby to sobie, przeżyłyby prawdziwe piekło i nie jest wcale powiedziane, że to by je wyprostowało. Lepiej, choć wciąż beznadziejnie. Jedyne co bezkrytycznie chłonęły to przejawy ciepłych uczuć. Po jakimś czasie zacząłem nosić ze sobą słodycze. Gdyby tylko każdemu głupi baton przynosił tyle szczęścia... Bezinteresowność. Nie mogły tego zrozumieć lecz wiedziały, że rzadko będą tego doświadczać i dlatego tak bardzo się cieszyły. Myślę teraz jak będą wyglądać za 15 lat. Czy wyjdą na ludzi, czy też skończą na samym dnie drabiny społecznej, z której zdecydowanie łatwiej spaść niż się na nią wspiąć? Nie szukałem w tym tekście rozwiązań systemowych problemu, ale najwyższy czas się nad nimi zastanowić, bo serce mi pęka kiedy pomyślę, że Marzenka będzie uprawiała seks oralny ze zboczonymi staruchami, by wydębić pieniądze na fajki i wódkę. Tymczasem mam do Was Czytelnicy serdeczną prośbę. Noście ze sobą zawsze tego batonika. Nigdy nie wiadomo komu sprawicie radość w tym i tak już pojebanym życiu...

tomusinski
tomusinski@hotmail.com