| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
C zym byłby ten świat, jakby każdy zabierający się do pisania człowieczyna był jednocześnie Szekspirem, Camusem i Miodkiem w dodatku? Co by było, gdyby lektura czegokolwiek, od krótkiej notki aż po opasłe oraz wiekopomne dzieło, jakim niewątpliwie jest art w Action Magu, wymagała od czytelnika nieustannego intelektualnego wysiłku? Co czytalibyśmy w przerwie między zakuwaniem na jeden egzamin a robieniem ściąg na drugi? Czym relaksowalibyśmy nasze szare komórki po całym dniu ciężkiej pracy za marny grosz? Co pozwoliłoby nam zapomnieć o porażce naszych na mundialu, o walecznych politykach, co tropią układy i o innych politykach, co tropią tych tropiących układy, tudzież o innych smutnych wydarzeniach, których jak zwykle nigdy nie brakuje?
Nie odpowiadając sobie na powyższe pytania (bo retoryczne), postanowiłem przybliżyć wam kilka perełek, które zwróciły ostatnio moją szczególną uwagę. Nie chciałbym bowiem, aby ktoś czytający nasz magazyn wybiórczo (tudzież po prostu czytający byle jak) pominął w swej lekkomyślności któreś z nich, czego mógłby później żałować.
Pierwszym tekstem, który chciałbym przedstawić, to "Ja ich nie rozumiem" pióra niejakiego Hodluma. Jest to tekst wielce pouczający. Możemy się z niego dowiedzieć, jaki jest numer telefonu autora, czym grozi bezprawne jego (tekstu) kopiowanie, ale także: jak wygląda żywot monarowca. Można by się wprawdzie przyczepić, że co niby czytelnik mógłby dowiedzieć się o wspomnianym żywocie z 1 (słownie: jednego) akapitu, ale przecież jest to szczegół zupełnie nieistotny, zwłaszcza jeśli by go porównać z geniuszem autora, który potrafił aż tyle humoru w tej jeden akapit wcisnąć.
Na początku poznajemy definicję słowa społeczność: "Społeczność jak wiecie jest to rodzaj grupy społecznej, która w ośrodkach odwykowych pełni szczególną rolę" [interpunkcja jak w oryginale - PG]. Jest to definicja bardzo interesująca, gdyż nasuwa ważkie pytanie; jeśli społeczność to rodzaj grupy społecznej, to czym jest w takim razie grupa społeczna? Wnioskując przez dedukcję, grupa społeczna jest to grupa rodzajowo-grupowo-społeczna. Żeby zrozumieć rekurencję, musisz najpierw zrozumieć rekurencję.
Zakładając, że mimo wszystko dowiedzieliśmy się, co to społeczność, przechodzimy parę zdań dalej. Tam autor raczy nas kolejną rewelacją: "(...) społeczność zwykła odbywa się codziennie, i dotyczy spraw codziennych." [interpunkcja oryginalna - PG]. I znów mamy kolejny dowód na bezcenność omawianego tekstu jako unikalnego źródła wiedzy o świecie. Nie tylko autor zdradza nam, że istnieją społeczności zwykłe i niezwykłe, ale też usłużnie informuje, że społeczności czasem się odbywają i że dotyczą rzeczy codziennych. No i przyznajcie - skąd dowiedzielibyście się tego wszystkiego, gdyby ten tekst nie powstał?
Niczym są jednak wszystkie te drogocenne informacje w porównaniu z blichtrem ostatniego zdania. Błyszczy ono blaskiem nieziemskim, ponieważ z autora na chwilę wyszedł skrywający się w nim dotąd poeta. Pozwolę sobie wyróżnić ten cytat w odrębnym akapicie:
"Zostaje z nich niemy pomnik tchórza, bezwładnie powiewający na lekkim wietrze"
Niechaj słowa te będą przestrogą dla kolejnych dziesięciu pokoleń! Któż chciałby aż tak marnie skończyć? Jako pomnik, zupełnie niemy i w dodatku powiewający na wietrze? Aż trudno sobie te okropności wyobrazić.
Kolejny autor każe się nazywać Mark Kewlar, ale swój tekst tytułuje przewrotnie "I am nobody". Przewrotnie, bo tekst wcale nie jest o nikim, tylko o kolegach. Słowo "kolega" budzi w autorze mieszane uczucia - dziw nad dziwy, ale zaraz autor wyjaśnia (choć konia z rzędem temu, komu po tym wyjaśnieniu cokolwiek się przejaśni): "Może dlatego, że nazywałem tak ludzi, którzy z powodów obiektywnych znaleźli się w tej samej grupie społecznej". Co to jest grupa społeczna - już wiemy. A co to "powód obiektywny"? W słowniku wyrazów obcych o słowie obiektywny czytamy między innymi: istniejący niezależnie od czyjejkolwiek świadomości. Czy nikt nie jest świadomy, dlaczego koledzy autora znaleźli się w tej samej grupie społecznej? A może autor nie za bardzo jest świadom znaczenia słów, z których korzysta?
Nieważne zresztą. Oto jedna z porywających historii, które przybliża nam autor. Cytujemy ją w całości, gdyż nie chcemy uronić choćby jednego słowa w obawie, by historia nie zatraciła swego niepowtarzalnego klimatu:
"Anię znam od czasów, kiedy oboje mieliśmy po siedem lat. Z powodów niezależnych od nas chodziliśmy do tej samej szkoły. Ania, co tu kryć, była najbardziej zjawiskową dziewczyną w klasie. Jeździliśmy razem do szkoły w mieście. Była najbardziej zjawiskową dziewczyną w autobusie. Potem już nie. Przyznam, że i tak objawiła mi się w sposób szczególny. Pod jakimś pretekstem zaprosiła mnie do domu. Nic takiego się nie wydarzyło, ale już byłem jej. Tak myślałem – jak większość moich znajomych. Odrzuciła nas jak stare zabawki. Najporządniejsza dziewczyna we wsi. Do dwudziestego roku życia nie wiedziała, co to znaczy „mieć kogoś”. Teraz – wie aż za dobrze."
Wszystko byłoby tu w jak najlepszym porządku - zwykły tekst o dziewczęciu, które posiada imponującą zdolność bycia zjawiskową zarówno w klasie, jak i w autobusie. Szkopuł w tym, że akapit nosi wyraźny tytuł "Agnieszka". Szukam więc tej Agnieszki, a tu w tekście tylko Ania i Ania. Ja rozumiem, że to popularne imię i że w związku z tym więcej na świecie "Ań" niż Agnieszek, że statystycznie rzecz biorąc Agnieszka nie ma tutaj racji bytu. Niemniej jednak czuję się zawiedziony oraz oszukany. Miało być o Agnieszce, a nie jest. Chciałem Agnieszkę, a dostałem Anię. W mojej bystrości dopuściłem do siebie myśl, że może imię Ania jest zwykłym skrótem imienia Agnieszka, co wydaje się dość prawdopodobne. Zaglądam do internetowego słownika imion, coby hipotezę taką zweryfikować. Okazuje się, iż imię Agnieszka w całym swym uroku posiada wiele wariantów: Aga, Agusia, nawet Jagnieszka, Jagna i Jaga. Próżno jednak szukać tam Ani. Konkluzja jest prosta: autorowi w jego zapale twórczym wymyślania fikcyjnych imion dla prawdziwych historii zwyczajnie się coś pop...iło.
Po raz drugi przyjrzymy się młodzieńcowi o ksywie Hodlum. Tym razem w tekście pod wiele mówiącym tytułem "Kara śmierci" rozprawia on, kolejno: o karze śmierci, o życiu, o tygrysach i wreszcie przechodzi do spraw religijnych. Jednak nie multitematyczność jest największą zaletą tego tekstu, lecz jego wstęp. Muszę przyznać uczciwie, iż niejednokrotnie zastanawiałem się, jak by tu zacząć tekst, ale coś tak błyskotliwego nigdy nie przyszło mi do głowy. Tak pięknie, spontanicznie, niewymuszenie, bez silenia się na zaskoczenie czytelnika: "Jedni są za, Drudzy są przeciw. Są też ludzie którzy w całej dyskusji nie mają swojego zdania" [wielkość liter jak u autora - PG].
Kolejne zdania odsłaniają dalsze rewelacje. "Według mnie wysokie kary nic nie dadzą. (...) W takim ośrodku za popełnienie recydywu chętnie bym kastrował, i kazał połknąć genitalia. [pisownia oryginalna - PG]" Nasuwa się pytanie, czy wspomniane okropności są, zdaniem autora, karą lekką, czy też może autor ów skłonny jest kastrować jedynie dla własnej satysfakcji, mimo bycia w pełni świadomym nieskuteczności tej metody? Ot, zagadka.
Postanowiłem dołączyć się do apelu ni(e)jakiego KamikazeMario, który to człowiek brawurowo walczy z dyskryminacją motocyklistów w Polsce: "Na zakończenie mam prośbę do wszystkich tych, którzy do tego miejsca dotrwali – gdy zobaczycie motocyklistę nie myślcie o nim jak o szaleńcu i samobójcy, ale jak o normalnym człowieku, który po prostu kocha jazdę na motocyklu i jest to jego hobby". Teraz mój dodatek do apelu (tak zupełnie przy okazji). Mam prośbę do wszystkich tych, którzy do tego miejsca dotrwali - gdy zobaczycie człowieka z miotaczem ognia w środku miasta, nie myślcie o nim jak o szaleńcu i samobójcy, ale jak o normalnym człowieku, który po prostu kocha podpalać innych miotaczem ognia i jest to jego hobby!
Na zakończenie zajmiemy się tekstem osobnika o ksywie Hodlum. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że ów Hodlum jest tym samym Hodlumem, który napisał omówione uprzednio dzieło "Ja ich nie rozumiem", a może nawet tymże samym Hodlumem, co wymyślił resocjalizację przez kastrację. Tym razem zajął się naszym systemem oświatowym - bardzo dobrze, bo system ów niewątpliwie jest zły i wymaga natychmiastowej interwencji.
"Kiedyś zapytałem się fajnego nauczyciela po co nam te niektóre przedmioty? Wiecie co odpowiedział? A Ja wiem? Według mnie to bez sensu [pisownia oryginalna, o czym chyba nie muszę już przypominać - PG]. Przyznaję, to bez sensu. Gdybym ja nie wiedział, co nauczyciel odpowiedział, to bym o tym w ogóle nie wspominał. Ale autor potrafi nie tylko przyznać się do błędu, ale i otwarcie skrytykować samego siebie: "Niestety Ci co kreują nasze młode, chłonne umysły są bezradni [pisownia... słów brak - PG]".
To już jest koniec. Co prawda, przykłady podobnych i jeszcze bardziej błyskotliwych cytatów można by mnożyć w nieskończoność, ale pamiętajmy o starej mądrości ludowej; co za dużo, to niezdrowo. Nie można cieszyć się bez końca. Zagłębijmy się tedy w lekturze rzeczy poważnych oraz smutnych, pamiętając wszakże, iż prędzej czy później ktoś znów napisze jakieś głupoty ;-).
Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl
PS. Podejrzewam, że tekstów zaszczyconych tutaj zacytowaniem nikt już nie pamięta, ale to drobiazg. Tak to już jest, jak się wysyła teksty pół roku po napisaniu :-). Zawirowania życiowe, które zadecydowały o niewysłaniu tego tekstu na bieżąco niech może lepiej pozostaną tajemnicą.
13.07.2006