Kwiecień 2007      


|:  RECENZJA  :|

Andrzej Sapkowski  - Lux Perpetua
citizen

„Przybliża się Dzień Sądu i kary. Jako stoi w liście Janowym: Antichristus venit, unde scimus quoniam novissima hora est. Nadchodzi, nadchodzi Antychryst, nadchodzi ostatnia godzina. Zbliża się koniec świata i kres istnienia wszelakiego...

 Innymi słowy: nie jest, kurde, dobrze.”

Jak uczy nas proza Sapkowskiego jak i proza życia – wszystko co ma swój początek ma też swój koniec. I niekoniecznie tym razem - „coś się kończy, coś zaczyna”. Przygody Reynevana kończą się wraz z wydaniem przez Sapkowskiego trzeciej części trylogii. Kres już opowieści o dobrych Czechach (palących i mordujących), nie uświadczymy już ni zdania o defensorach prawdziwej katolickiej wiary i pieniędzy ojca świętego. Nikt już gonić nie będzie za medykiem z Bielawy i jego kompaniją. Żadna już zemsta się nie dokona, żadna miłość się już nie połączy, nikt już palić, grabić mordować nie będzie. Opuszczamy średniowieczny Śląsk, musimy ruszać dalej. Ruszajmy więc, a przed nami niech zawsze będzie Lux Perpetua*.

I oto mam przed sobą Grande Finale trylogii husyckiej. Na okładce jak zwykle „Triumf śmierci” Petera Breugla . I ten właśnie triumf śmierci zwrócił moją uwagę dopiero teraz. Bo wcześniej mimo stosu trupów zaściełających karty powieści jakoś nie odczułem piętna kostuchy. Wszak czasy, w których żyją bohaterowie są jak mawiał Szarlej historyczne, ponieważ „dzieje się dużo i szybko”. Demeryt wszechobecną zagładę chyba również podciągał pod to stwierdzenie - zabijano zarówno dużo (iście hurtowo) jak i szybko. Kostucha do swojego danse macabre porywała wszystkich – tych złych wielu, ale tych dobrych jeszcze więcej. Czasem wydawałoby się – za dużo. Nic to, na takim parszywym świecie przyszło żyć Reynevanovi...

Rydwan historii pędzi coraz szybciej. Wpychają się na niego nowi jeźdźcy, wypychając naturalnie tych słabszych. Sytuacja słabszych jest do nie do pozazdroszczenia o ile jest jeszcze komuś zazdrościć. Dobrzy Czesi walczą za prawdziwą wiarę i interesy pewnej kompanii handlowej. Rewolucja zaczyna pożerać swoje dzieci. Katolicy stawiają zaciekły opór heretyckim hordom wykonując swój ulubiony manewr taktyczny niezorganizowanego odwrotu, aby nie mówić o panicznej ucieczce. Książęta przeglądają na oczy i stają po stronie walczących o komunię sub utraque. Z zapałem wspomagają słuszną sprawę i walkę o ziemie, które niedługo poszerzą ich księstwa. Szarlej przedstawcie sobie państwo odnajduje miłość, Samson również. Tylko Reynevan ciągle szuka tej jednej jedynej. Tej, którą odnalazł, aby zaraz utracić. To jednak nie załamuje medyka on szuka dalej niczym Parsifal Graala.  Od czego wszak są przyjaciele. I tajemniczy szpieg. Płci nadobnej.

Zakończenie trylogii pozbyło się denerwujących dla niektórych wątków pobocznych, które podobno autor niepotrzebnie powtykał tu i ówdzie. Wrogowie staja się coraz potężniejsi, ale i Reynevan zyskuje niczego sobie sojuszników. Akcja galopuje niczym rumak bojowy czy katolicki pieszy uciekający przed czeskimi cepami. Zwroty akcji nie są może nieprzewidywalne, ale dodają fabule dodatkowego pędu. Jak to zwykle u Sapkowskiego, mamy multum bohaterów epizodycznych, którzy dodają powieści niesamowitego kolorytu. Sprawiają, że świat nie jest tylko tłem dla naszych herosów ratujących dziewice (niekoniecznie dobry przykład) i zabijających smoki. Bohaterowie są tylko trybikami wielkiej machiny dziejów, trybikami często ważnymi, ale zawsze tylko trybikami. Rzuconymi pomiędzy sprzeczne interesy prawdziwych możnych ówczesnego świata. Naturalnie nie mogło zabraknąć lingwistycznych wariacji Sapkowskiego. Łacina, niemiecki, czeski, angielski, jidysz... „Lux Perpetua” trzyma się faktów historycznych - niekoniecznie kurczowo. Ale jeżeli na historii szanowny czytelnik nie sypiał zbyt wiele to zna już zakończenie – przynajmniej w charakterze nazwijmy to: globalnym. Bo nie uświadczymy Reynevana w podręcznikach. Zatem nie macie wyjścia, musicie sięgnąć po zakończenie trylogii.

  Lux Perpetua
  historyczna/fantasy
 

 



 

Koniec mowy. Bo choć, jako rzecze mędrzec Eklezjastes, pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, kończyć jednak trzeba. Mus taki”

 Rzeczywiście mus. „Lux Perpetua” to Sapkowski w najwyższej formie. Piękne zwieńczenie historii. Niekoniecznie do gustu przypadło mi same zakończenie losów Reynevana, ale jak dało się zauważyć w Wiedźminie – zakończenia Sapkowski ma ciężkie. Ciężkostrawne rzekłbym. Powiem więcej – brzydko prawdziwe. Pochwała należy się autorowi za ogromną pracę, jaką włożył w studium epoki. Nie mógł pozwolić sobie na taką dowolność jak w przypadku Wiedźmina. Nasuwa się przy tej okazji porównanie tych dwóch powieści. Czy można wyłonić lepszą? Chyba nie, ważne jest, że autor dalej pisze na wysokim poziomie a nie odcina kupony od sukcesów poprzedniej książki. Tak też - pozycja obowiązkowa dla każdego.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!