Andrzej Sapkowski -
Lux Perpetua
citizen
„Przybliża się Dzień Sądu i kary. Jako stoi w
liście Janowym: Antichristus venit, unde scimus quoniam novissima hora est.
Nadchodzi, nadchodzi Antychryst, nadchodzi ostatnia godzina. Zbliża się koniec
świata i kres istnienia wszelakiego...
Innymi słowy: nie jest, kurde, dobrze.”
Jak uczy nas proza Sapkowskiego jak i proza
życia – wszystko co ma swój początek ma też swój koniec. I niekoniecznie tym
razem - „coś się kończy, coś zaczyna”. Przygody Reynevana kończą się wraz z
wydaniem przez Sapkowskiego trzeciej części trylogii. Kres już opowieści o
dobrych Czechach (palących i mordujących), nie uświadczymy już ni zdania o
defensorach prawdziwej katolickiej wiary i pieniędzy ojca świętego. Nikt już
gonić nie będzie za medykiem z Bielawy i jego kompaniją. Żadna już zemsta się
nie dokona, żadna miłość się już nie połączy, nikt już palić, grabić mordować
nie będzie. Opuszczamy średniowieczny Śląsk, musimy ruszać dalej. Ruszajmy więc,
a przed nami niech zawsze będzie Lux Perpetua*.
I oto mam przed sobą Grande Finale trylogii
husyckiej. Na okładce jak zwykle „Triumf śmierci” Petera Breugla . I ten właśnie
triumf śmierci zwrócił moją uwagę dopiero teraz. Bo wcześniej mimo stosu trupów
zaściełających karty powieści jakoś nie odczułem piętna kostuchy. Wszak czasy, w
których żyją bohaterowie są jak mawiał Szarlej historyczne, ponieważ „dzieje
się dużo i szybko”. Demeryt wszechobecną zagładę chyba również podciągał pod
to stwierdzenie - zabijano zarówno dużo (iście hurtowo) jak i szybko. Kostucha
do swojego danse macabre porywała wszystkich – tych złych wielu, ale tych
dobrych jeszcze więcej. Czasem wydawałoby się – za dużo. Nic to, na takim
parszywym świecie przyszło żyć Reynevanovi...
Rydwan historii pędzi coraz szybciej.
Wpychają się na niego nowi jeźdźcy, wypychając naturalnie tych słabszych.
Sytuacja słabszych jest do nie do pozazdroszczenia o ile jest jeszcze komuś
zazdrościć. Dobrzy Czesi walczą za prawdziwą wiarę i interesy pewnej kompanii
handlowej. Rewolucja zaczyna pożerać swoje dzieci. Katolicy stawiają zaciekły
opór heretyckim hordom wykonując swój ulubiony manewr taktyczny
niezorganizowanego odwrotu, aby nie mówić o panicznej ucieczce. Książęta
przeglądają na oczy i stają po stronie walczących o komunię sub utraque.
Z zapałem wspomagają słuszną sprawę i walkę o ziemie, które niedługo poszerzą
ich księstwa. Szarlej przedstawcie sobie państwo odnajduje miłość, Samson
również. Tylko Reynevan ciągle szuka tej jednej jedynej. Tej, którą odnalazł,
aby zaraz utracić. To jednak nie załamuje medyka on szuka dalej niczym Parsifal
Graala. Od czego wszak są przyjaciele. I tajemniczy szpieg. Płci nadobnej.
Zakończenie trylogii pozbyło się
denerwujących dla niektórych wątków pobocznych, które podobno autor
niepotrzebnie powtykał tu i ówdzie. Wrogowie staja się coraz potężniejsi, ale i
Reynevan zyskuje niczego sobie sojuszników. Akcja galopuje niczym rumak bojowy
czy katolicki pieszy uciekający przed czeskimi cepami. Zwroty akcji nie są może
nieprzewidywalne, ale dodają fabule dodatkowego pędu. Jak to zwykle u
Sapkowskiego, mamy multum bohaterów epizodycznych, którzy dodają powieści
niesamowitego kolorytu. Sprawiają, że świat nie jest tylko tłem dla naszych
herosów ratujących dziewice (niekoniecznie dobry przykład) i zabijających smoki.
Bohaterowie są tylko trybikami wielkiej machiny dziejów, trybikami często
ważnymi, ale zawsze tylko trybikami. Rzuconymi pomiędzy sprzeczne interesy
prawdziwych możnych ówczesnego świata. Naturalnie nie mogło zabraknąć
lingwistycznych wariacji Sapkowskiego. Łacina, niemiecki, czeski, angielski,
jidysz... „Lux Perpetua” trzyma się faktów historycznych - niekoniecznie
kurczowo. Ale jeżeli na historii szanowny czytelnik nie sypiał zbyt wiele to zna
już zakończenie – przynajmniej w charakterze nazwijmy to: globalnym. Bo nie
uświadczymy Reynevana w podręcznikach. Zatem nie macie wyjścia, musicie sięgnąć
po zakończenie trylogii.
|
|
|
|
|
Lux Perpetua |
|
|
historyczna/fantasy |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
„Koniec mowy. Bo choć, jako rzecze mędrzec
Eklezjastes, pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, kończyć jednak trzeba. Mus taki”
Rzeczywiście mus. „Lux Perpetua” to
Sapkowski w najwyższej formie. Piękne zwieńczenie historii. Niekoniecznie do
gustu przypadło mi same zakończenie losów Reynevana, ale jak dało się zauważyć w
Wiedźminie – zakończenia Sapkowski ma ciężkie. Ciężkostrawne rzekłbym. Powiem
więcej – brzydko prawdziwe. Pochwała należy się autorowi za ogromną pracę, jaką
włożył w studium epoki. Nie mógł pozwolić sobie na taką dowolność jak w
przypadku Wiedźmina. Nasuwa się przy tej okazji porównanie tych dwóch powieści.
Czy można wyłonić lepszą? Chyba nie, ważne jest, że autor dalej pisze na wysokim
poziomie a nie odcina kupony od sukcesów poprzedniej książki. Tak też - pozycja
obowiązkowa dla każdego.
|