Tekst z trąbą
Spróbujmy się najpierw umiejscowić w czasie i przestrzeni; od tego, koniec końców, zawsze zaczynam. Mamy pierwszą czterdzieści pięć czasu środkowoeuropejskiego dnia dwudziestego siódmego grudnia roku dwa tysiące szóstego. To, przyznajmy, mówi niewiele: lepiej więc powiedzieć, że jeszcze trzy dni wcześniej nie wiedziałem, co dostanę na gwiazdkę, a za niespełna tydzień (siedem dni, sto sześćdziesiąt osiem godzin) będę już w roku dwa tysiące siódmym. Będę w nim z całą moim światopoglądem: szczelnie uporządkowanymi szufladkami, rozpisanymi według dat, nazw i wartości. Rozstawie sobie świat według stron, pionów-poziomów, dobra-zła, lewej i prawej strony. Będę, tę frazę dedykuję Donaldowi, symetryczny. Dlatego, choć raz w tym roku, zacznę drugi raz. Rzadko dwa razy zaczynam.
|
Widzicie, mam w sobie coś, co chyba winno się nazwać syndromem niesionej szyby. Jak widzę coś takiego na ulicy, to mam w sobie małe, fikuśne zwierzę: chciałbym skoczyć przed siebie, rozbić ją głową i pomachać w przelocie rodzicom. Podobnie mam z ludźmi-maskotkami: zawsze, ale doprawdy zawsze gdy ich widzę mam ochotę im, tak szczerze i radośnie, przypierdolić. Tak dla kontrastu. I, ale to już trochę rzadziej, wprowadzić konia na czwarte piętro akademika i patrzeć, jak straż go stamtąd sprowadza. I żeby im jeszcze, choć raz, narobił na buty. |
![]() |
Ot, mam w sobie takiego małego, fikuśnego zwierzyńca. Rzecz jasna, na smyczy: poza tym jestem, mam takie wrażenie, mokrym snem Horacego.
Jak z rubryki dla dawców nasienia: młody inteligentny wykształcony bez nałogów. Nie ćpa. Nie upija się. Mówi "Dzień dobry". Nawet nie siada w
tramwajach. Przed półką z porno myśli o moralności. Przed półką z filozofią nie myśli o porno. Stawia kropki w miejscach przykładnych. Przechodzi na
czerwonym, ale jakoś mu głupio. Jeśli jeszcze nie wybrał funduszu emerytalnego, to tylko dlatego, że się
zastanawia.
A przecież, wracamy do pierwszej osoby, siedzi we mnie to małe, nierozsądne, potargane, fioletowe, włochate i z trąbą. To żyjątko, które drze ryja,
gdy słucham Hair lub myślę o Kasi: takie natlenione, rozdęte żyjpełniążycia. Takie coś, co mówi, żebym jednak inaczej: żebym zmienił fryzurę, kupił
sobie kolorowe soczewki, wyjechał do Afryki, odciął się od internetu, przeczytał Prousta, przepisał ręcznie Silmarillion albo pojechał do Warszawy i
podał się za chłopaka Wierzejskiego. Takiego małego dzikacza: żeby pojechać na deskorolce do Piły, przejść samemu całe Bieszczady, tydzień
śledzić Donalda i żeby nic nie wiedział. Ćpać przez tydzień LSD. Pojechać na rok do Paryża i wysyłać codziennie Gosi pocztówkę; kupić Rafiemu
składaka, zagrać Laurze o czwartej serenadę na trójkącie, powiedzieć jakiejś profesor, że się z nią ożenię. Napisać obywatelski projekt ustawy i
sfałszować wszystkie podpisy. Jeść codziennie pizzę. Przejechać Nową Zelandię rowerem, razem z tym małym fioletowym czymś, co siedzi właśnie w
środku, i co właśnie nazwałem Faustem.
Jeśli jeszcze nie wiecie: to tekst wentyl. Tak naprawdę wypuszczam nim powietrze z Fausta. Potem czytam, co napisałem - i znowu go pompuję. Pfu-fiu, pfu-fiu, pfu-fiu, z każdym zdaniem. Syndrom Roweru Rafiego: zawsze gotowy do drogi i zawsze bez powietrza. Duży, tłusty hobbit :) Więc,
Państwo Pozwolą, postaram się wykopyrtnąć za drzwi. Mentalnie break on through, who-hoooo. Dla Ciebie Kaśka: kciuk w górę, autostopem przez
galaktykę, w sam środek mandali. Na drugą stronę. Zion, Etiopia. Tam musi być jakieś życie. Tym razem więc zacznijmy naprawdę: zacznijmy od
środka.
Mam na imię Michał. Żyję, bo lubię. That's me, that's me, thaaaaaaaaaat's me!
Michał "UnionJack" Krotoszyński
PS. Wiem, że ten tekst się wydaje trochę Donaldowy. Ale to nie zabawa w Taliba - Donald nie ma monopolu na takie stany. Przynależą chyba całej ludzkości; owszem, Donald od wielu numerów je twórczo eksploruje, ale przychodzi taki czas, że nawet symetryczne elfy zamieniają się w drowy. Więcej tu zresztą Kasi i Rafiego; najwięcej, po prawdzie, jakiejś części mnie :)