(Karol
B.)
Niniejszy tekst zawiera kilka wątków z życia pewnego człowieka. Dowiecie się, jak Dżugaszwili zamienił się w Stalina… Sorry, to nie ta bajka. Zatem – jak Bieńkowski zmienił się w Kewlara. Tym zwłaszcza, którzy znają Go bliżej, chciałbym doradzić, aby może tego nie czytali. Głupio byłoby stracić…
BALLADA
O CZŁOWIEKU W SWETRZE
Kiedy poznałem Marcina, był ubrany w swój zwykły wyjściowy
uniform – spodnie od dresu i flanelową koszulę. Właśnie przejeżdżałem
przez R. wysłużonym poldkiem pożyczonym od ojca. Musiałem się zatrzymać i
zapytać o drogę. Był miły, bez zbędnych słów powiedział, którędy mam
jechać, ale jego oczy były dziwnie smutne. Tego samego chłopca spotkałem
kilka dni później na konkursie recytatorskim, gdzie byłem jednym z jurorów.
Chciałbym dać mu chociaż wyróżnienie, ale mówił zbyt cicho i mało wyraźnie.
Miał na sobie zielony obwisły sweter i czarne sztruksy, tylko obuwia nie
zmienił. Te same sportowe mokasyny, mam wrażenie, że nosił przy każdej
okazji. Nie wiem, czy z oszczędności czy dla podkreślenia swojego nastroju,
swojej osobowości. Marcin bał się wystąpień publicznych i spotkań z ludźmi.
Był zakompleksiony, z góry skazany na porażkę. Postanowiłem bliżej go
poznać. Zaczepiłem się w pobliskiej szkole. Prowadziłem świetlicę dla
uzdolnionej młodzieży.
Na któreś z kolei spotkanie przyszedł Marcin. Wiedziałem, że
kiedyś to nastąpi, zwłaszcza teraz, kiedy dostał się do szkoły, w której
pracuję. Nie wiedział, że jestem tym, kim jestem – jurorem konkursu, w którym
brał udział, przypadkowym kierowcą, któremu wskazał drogę. Odradziłem mu,
kiedy powiedział, że na mich warsztatach chce nadal recytować wiersze.
Zaproponowałem, żeby zamiast odtwarzać, spróbował tworzyć. Przestraszył
się, że próbuję na niego wpłynąć, tak jak inni to robią, i przestał
przychodzić na moje zajęcia. Jakiś czas potem poznałem Kamilę. Kiedy do
mnie przyszła i zaśpiewała, czułem się, jakbym słyszał Edytę
Bartosiewicz. Ta zjawiskowa dziewczyna dysponował takim silnym głosem, prawie
jak mężczyzna. Pewnego dnia przyprowadziła z sobą Marcina. Zachowywał się
tak, jakby był tu po raz pierwszy. Kiedy zostaliśmy sami, wyznał mi, że
zakochał się w Kamili i że zaczął pisać dla niej wiersze. To ją przekonało
do niego i dał się do mnie przyprowadzić. Rozmawialiśmy kilkanaście minut i
chyba się zaprzyjaźniliśmy. Też kiedyś pisałem wiersze.
Siedziałem sam w świetlicy, czekając na podopiecznych przed rozpoczęciem
zajęć do sali naszych spotkań wszedł Marcin. Posadził mnie na krześle, a
sam usiadł naprzeciw. Chciał mi powiedzieć, że Kamila ma chłopaka, a
raczej, że odkrył, iż tak jest. Byłem w szoku, ale wcale nie z powodu
odkrycia Marcina, tylko dlatego, że użył drugiej osoby. Zawsze wymagałem od
tej młodzieży na progu dorosłości form grzecznościowych (pan, pani),
sam też tak się do nich zwracałem. Coś między nami pękło. W takim razie
zaproponowałem, żebyśmy spotkali się wieczorem na neutralnym terenie. Nie będę
ukrywał, że zaprosiłem go na piwo. Zajęcia odbyły się normalnie. Kiedy
wszyscy się rozeszli i zostaliśmy sam na sam, Marcin zapytał, czy propozycja
nadal jest aktualna. Zrobił postęp. Siedliśmy w knajpie, zamówiłem piwo, a
Marcin opowiedział mi swoją historię. Nie przytoczę jej, zresztą była zbyt
chaotyczna.
Poradziłem mu, może trochę głupio, żeby udawał, że nic się nie
stało. Nie posłuchał mnie, na jego miejscu zrobiłbym pewnie to samo. Kilka
dni po naszej rozmowie przyniósł mi kilka aluzyjnych wierszy i powiedział, że
ona również je zna. Chciał wywołać u Kamili poczucie winy, co mu się nawet
udało. Minęło trochę czasu. Marcin przybiegł do mnie, tym razem do
mieszkania, i oznajmił, że Kamila rozstała się z Arturem. Zapytałem, czy już
zajął jego miejsce. Przyznał, że jeszcze nie, ale jest na dobrej drodze.
Kilka dni później spotkałem Kamilę na mieście. Przywitaliśmy się i poszła
w swoją stronę, trzymając za rękę jakiegoś chłopaka. Ale to nie był
Marcin, to znaczy był, tylko nie ten. Mój młody przyjaciel o niczym nie
wiedział. Na bieżąco informował mnie o postępach w zdobywaniu Kamili. Nie
powiedziałem mu, że jego starania są daremne, przynajmniej na razie. Wolałem
nie być przy tym, jak się dowie.
Wbrew moim obawom, Marcin nie zrobił nic głupiego, nie rozpowiadał
dokoła, że życie mu się zawaliło. Widziałem nawet kiedyś obu Marcinów
przy jednym stoliku w barze, oczywiście z Kamilą. Drugi Marcin nie wiedział o
tym, że jego imiennik podkochuje się w jego dziewczynie, chyba że sama mu
powiedziała. Wszyscy troje w tamtym roku zdali maturę i porozjeżdżali się
po różnych uczelniach. Marcin (ten pierwszy) trafił do tego samego miasta, co
Kamila. Powiedział mi w tajemnicy, że poszedł na studia do G. tylko dlatego,
że ona była nadal tylko o kilka kilometrów. Co kilka dni odwiedzał ją w
akademiku i podtrzymywał ją na duchu. To pozwoliło mu zapomnieć o
problemach, a miał i wówczas sporo. Kiedy kontaktował się ze mną
telefonicznie, ani słowem o tym nie wspomniał, mówił tylko o Kamili. Jakiś
czas potem, jak długo nie dzwonił, postanowiłem sam zadzwonić do niego. Usłyszałem
tylko, że nie ma takiego numeru. Widocznie zmienił, a mnie nie raczył
poinformować. Dowiedziałem się, że po pierwszym semestrze Marcin przerwał
studia.
INTERAKCJA
Pod koniec stycznia, jeszcze przed sesją zimową, Marcin wrócił do R. Rodzicom powiedział, że skreślił się na własne życzenie z listy studentów, ponieważ nie dawał sobie rady i nie za bardzo interesowała go geografia, w każdym razie nie tak, jak myślał. Prawdziwego powodu nie znał nikt. Całymi dniami siedział w domu, czytając i pisząc różne rzeczy, to właśnie lubił najbardziej. Dosyć często odwiedzał bibliotekę, chociaż personel (pani Danka) był dosyć specyficzny. Dowiedziałem się w szkole, gdzie mieszka Marcin i z zamiarem niezobowiązującej wizyty pojechałem do R. Jego rodzice mnie znali i uważali za lekkiego świra, mimo to wpuścili mnie do mieszkania. Marcin zaprosił mnie do pokoju, zaparzył kawę i zrobił sobie wieczorek poetycki ze mną jako audytorium. Zrobiło się naprawdę ciemno, a kawa ostygła. Poprosiłem, aby nastawił jakąś płytę. Z głośników popłynął głos Edyty Bartosiewicz. Jemu też musiał coś przypominać. Jednak kiedy zadawałem pytania o Kamilę albo o jego edukację, delikatnie zmieniał temat.
Wynająłem mieszkanie w R. Teraz mogłem go widywać codziennie albo prawie codziennie, jeśli nie w sklepie, to przy innej okazji. Z zadowoleniem odnotowałem fakt, że wraz z nadejściem wiosny Marcin zaczął spędzać wolny czas poza domem. Chodził na spacery, dużo jeździł rowerem, wreszcie zaczął grać w piłkę z młodszymi kolegami. Nie odbiegał zbytnio poziomem, co więcej od niektórych był gorszy. Przychodziłem podglądać te występy. Nie grałem razem z nimi, bo blisko trzydziestoletni facet uganiający się za piłką musi wyglądać nieco dziwnie, zwłaszcza jeśli średnia wieku pozostałych graczy nie przekracza szesnastu lat. Któregoś dnia poczekałem na Marcina, który jak zwykle wracał ostatni, i poszedłem za nim do domu. Niechętnie wpuścił mnie do środka, ale potem przy herbacie pokazał mi swoje nowe wiersze, które zaczął pisać, będąc w G. Było w nich dalekie echo pożegnania i rozliczenia z przeszłością. Uspokoiłem się.
Latem niewiele się zmieniło. Marcin nadal korzystał z wolności, w międzyczasie zdał na polonistykę. Zainteresował się tym ze względu na swoje pisarskie doświadczenia. W tym czasie zaczął pisać piosenki, do których ja dopisywałem muzykę, nie miał ich tylko kto zaśpiewać. Pomyśleliśmy o Kamili. Nawet się zgodziła, ale do większości piosenek potrzebowaliśmy jednoznacznie męskiego głosu. Marcin nie miał zbyt wielu kolegów, ale mimo to wśród nich znalazło się kilku z muzycznymi uzdolnieniami i co ważniejsze z instrumentami. Zespół nasz istniał w sumie trzy miesiące. Potem, kiedy założyciel wyjechał na studia, pozostali nie widzieli sensu dalszej zabawy. Ja też miałem swoje sprawy. Marcin, wyjeżdżając, nie zostawił mi swojego numeru. Nie miałem jak się z nim skontaktować.
Na początku października, zaraz po wyjeździe Marcina, otworzono w naszej wsi bar, taki o wyższym standardzie, niż te knajpy, które już istniały. Kiedy Marcin przyjechał po raz pierwszy z B., nowy lokal działał w najlepsze. Wiedziałem, że mój przyjaciel również tam zajrzy. Z zamiarem spotkania z nim poszedłem wieczorem do baru, zamówiłem piwo i cierpliwie czekałem. Po dwóch godzinach i trzech piwach wszedł do baru jakiś człowiek, którego nie znałem. W błyszczącej kurtce i krótko ostrzyżony wyróżniał się na tle wiejskiej rzeczywistości. Usiadł przy moim stoliku i również zamówił piwo. Dopiero po głosie go poznałem, to był Marcin. Nie pamiętam, o czym wówczas rozmawialiśmy, pamiętam za to przerwę świąteczną. Marcin przyjechał do R. na całe dwa tygodnie. Spotykaliśmy się prawie codziennie, a on czytał mi swoje nowe wiersze, strasznie dużo nowych wierszy. Trening czyni mistrza. Potem przyszedł nowy rok i noc sylwestrowa, której nie zapomnę. Kilka dni później Marcin wrócił do B. Znowu nie dał mi numeru.
JA TEŻ JESTEM ŚMIERTELNY
W okolicach zimowej sesji egzaminacyjnej (sprawdziłem terminy) Marcin sam się ze mną skontaktował. Zadzwonił do mnie do szkoły, tylko ten numer znał, i zostawił mi namiary na siebie. Mniej więcej co tydzień do niego dzwoniłem, on do mnie dużo rzadziej, wiem, że studentom się nie przelewa. Pierwszy semestr zaliczył piorunem i znowu przyjechał na kilkanaście dni. Rytm naszych spotkań był podobny do tego z końca grudnia. O swoich studiach mówił jeszcze entuzjastycznie. Piszę „jeszcze”, bo wiem z doświadczenia, że życie weryfikuje te poglądy. Zapisał się między innymi do Koła Filozoficznego. Spotkania kończyły się często poza siedzibą koła i Marcin wracał na stancję w stanie wskazującym. Było to co dwa tygodnia na ogół, więc nikt się nie czepiał. Opowiadał mi dużo, ale w końcu wyjechał. Aż któregoś razu to on zadzwonił do mnie, miał powód. Podobno zrobił furorę na studenckim przeglądzie twórców. Pogratulowałem, co miałem zrobić, ale trochę się bałem, że sodówa mu uderzy do głowy. Niepotrzebnie.
Bez specjalnych przygotowań Marcin przeszedł sesję letnią i przyjechał na wakacje. W perspektywie trzy miesiące wolnego. Ja też zaczynałem pracę w szkole dopiero od października. Marcin przez ten czas bardzo rozwinął się kondycyjnie, głównie dzięki zajęciom wychowania fizycznego, w których na wcześniejszych etapach edukacji nie brał udziału z powodów zdrowotnych, a tak naprawdę z powodu przewrażliwionych lekarzy. Coraz lepiej grał w piłkę, był szybszy, już nie był outsiderem. Z wycieczek rowerowych nie zrezygnował (twierdził, że to ćwiczy charakter), co więcej, namówił mnie, żebym mu towarzyszył. Narzucał duże tempo, nie było łatwo, ale po skończonej wycieczce naprawdę czuło się ulgę i satysfakcję. Marcin miał rację. Mało wtedy pisał, jak na niego oczywiście. Tylko któregoś dnia pokazał mi nagrodę z konkursu poetyckiego. Nie, nie z tego studenckiego, ale tę, którą wywalczył, będąc jeszcze uczniem liceum. Wcześniej się nie pochwalił.
Zapytałem, czy może Kamila wie o tej nagrodzie. Kiedy zaprzeczył, poradziłem mu, aby jej o tym powiedział, bo to trochę dzięki niej. Następnego dnia rano pojechał do L., ale nie zastał Kamili w domu. Jej ojciec (były nauczyciel Marcina) powiedział, że wyjechała na obóz żeglarski i że wróci za dwa tygodnie. Marcin zostawił numer telefonu, w razie czego. Pan Krzysztof uśmiechnął się tylko. Rzeczywiście pod koniec następnego tygodnia zadzwoniła, Marcin nie omieszkał mi o tym powiedzieć. Dodał, że Kamila wraca za trzy dni znad J. i że mamy do niej jechać. A po co ja tam jestem potrzebny? Dowiedziałem się, że kontaktowali się już wcześniej, a zostawianie numeru miało zmylenie mnie. Kamila wiedziała o wszystkich nagrodach Marcina (czyżby było ich więcej) i dostawała na bieżąco wszystkie jego teksty. Znalazła jakiegoś umuzykalnionego kolegę i razem napisali do kilku z nich piosenki, nowe piosenki.
W pokoju stały dwie gitary. Podała mi jedną, sama wzięła drugą. Podsunęła mi zeszyt z akordami, nie potrzebowała go, bo znała je na pamięć. Zagraliśmy piosenki napisane przez Marcina. Kamila śpiewała, a autor tekstów tylko słuchał. Wpadliśmy na pomysł, żeby założyć zespół, w którego skład weszłaby nasza trójka i Piotr, chłopak, który napisał muzykę do większości piosenek. Tylko co miałby w zespole robić Marcin, wszak był tylko autorem tekstów? Nie wiedziałem wówczas, że Kamila nauczyła go grać na gitarze. Graliśmy więc w zespole na gitarach, mieliśmy wokalistkę i klawiszowca w osobie Piotra, który zgodził się również zaśpiewać niektóre piosenki. Wszystko układało się pięknie, nawet wtedy, gdy większość członków zespołu powyjeżdżała na studia. Mieliśmy nawet zagrać koncert bożonarodzeniowy w L. Musiało się jednak coś zdarzyć. U mnie w szkole były cięcia kadrowe i od początku nowego roku nie miałem pracy.
PRAWIE JAK PRZYJACIEL
Szkole nie byłem już potrzebny, interesowali się mną tylko o tyle, że do końca roku musieli wypłacać mi pensję – niewielką, ale zawsze. W grudniu, z uwagi na zbliżające się święta, dostałem możliwość zarobku w jednym z marketów w L. Przesiedziałem za kasą trzy tygodnie. W tym okresie nie miałem specjalnych problemów finansowych, bo nie dość, że dostawałem pensje ze szkoły, to z tego marketu też przecież były jakieś pieniądze. W sumie starczyłoby na miesiąc spokojnego życia. Ale co dalej? Na roztrząsaniu tej kwestii upłynęły mi całe święta. Na szczęście nie musiałem ich spędzać w pustym mieszkaniu. Trochę się jednak zdziwiłem, że rodzice Marcina zaprosili mnie na wigilię w charakterze niespodziewanego gościa. Te trzy dni, a potem jeszcze sylwester, w jego towarzystwie minęły bardzo szybko. Kiedy wróciłem do domu, znalazłem zatknięta w drzwiach kartkę od Kamili. Przecież widzieliśmy się na koncercie, w drugie święto.
Poza tym, że nie miałem legalnej pracy (pracowałem dorywczo i oczywiście na czarno) i że coraz mniej ludzi przychodziło na nasze koncerty, było normalnie. Graliśmy co drugi weekend, z powodu studiów członków zespołu. Na wiosnę własnymi środkami wytłoczyliśmy czterdzieści cztery (sic!) płyty z zapisem koncertu i sprzedawaliśmy na naszych występach, po cenach bardzo nieadekwatnych. Zespół i tak miał się niebawem rozwiązać. Przestało nas to bawić. Wystarałem się o zasiłek dla bezrobotnych. Nie było tego dużo, ale po doliczeniu lewego dochodu miałem nawet więcej, niż gdy pracowałem w szkole. Oboje (Marcin i Kamila, która studiowała na AWF-ie w G.) zaliczyli semestr zimowy na swoich uczelniach i zjechali na ponadtygodniową przerwę semestralną. Zauważyłem, że zaczęło między nimi iskrzyć. Oficjalnie Kamila była jeszcze z tamtym Marcinem, ale była jakaś szansa na zmianę. On jednak chyba już wtedy odchodził powoli w inną stronę.
Marcinowi przestało zależeć na czymkolwiek, rozleniwił się, stracił tę pewność siebie, której uczył się przez ostatnie dwa lata. Opowiadał mi, że ma nadspodziewanie lekki plan zajęć – tylko trzy dni w tygodniu (wyłączając wykłady – dwa) – może w tym powinienem upatrywać przyczyny. Nie wziął nawet udziału w przeglądzie, który był wygrał przed rokiem, nie chciało mu się. A ja dlatego tylko pojechałem do B., aby go tam, na scenie zobaczyć. Marcin co prawda przyjechał, ale rozsiadł się na widowni i tylko pod nosem komentował to, co działo się na scenie. Treść tych komentarzy sprowadzała się do tego, że on by to napisał lepiej. Wiem, co wtedy do siebie mówił, bo siedziałem tuż za nim. Ulotniłem się jednak przed końcem imprezy, nie chciałem wtedy z nim rozmawiać. Przy najbliższej okazji zapytał, czy byłem w B. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy on wie, że ja wiem? Myśli, że jak odniósł jeden sukces, to następne osiągnie bez wysiłku? To nie jest przydrożny bar, gdzie nawet Black&White podają w osobnych szklankach.
Najpopularniejsze miejsce spotkań w R. zdecydowanie nie należy do kategorii „knajpa przydrożna”. Po pierwsze dlatego, że nie leży przy żadnej ważnej drodze. I mimo wszystko ma wyższy standard. Pewnego wieczora spotkałem tam Marcina nad szklaneczką soku jabłkowego, który tylko wyglądał jak piwo. Powiedział mi, że tydzień temu schlał się na urodzinach siostry i od tej pory nie pije alkoholu. Ciekawe, jak długo wytrzyma!? Miesiąc później przyznał się, że nie zaliczył sesji letniej, nie zdał dwóch egzaminów. Głupotą byłoby sądzić, że jakikolwiek wpływ na to miała abstynencja Marcina, ale nie da się ukryć, że jako pijący lepiej sobie radził. Zresztą alkohol nie jest jedyną używką, z której świadomie zrezygnował. Mam na myśli to, że Marcin jest niewierzący. Nie wspomniałem o tym wcześniej, bo uznałem to za mało istotne. Ale skoro jest okazja… Przez to nie miał nad sobą nikogo, kto mógłby go wysłuchać w trudnych chwilach. A może wymyślił sobie jakiegoś przyjaciela, któremu zadawał pytania, a potem sam na nie odpowiadał. Tak czy owak coraz mniej rozmawiał ze mną.
Marcin wprawdzie nie pił alkoholu (bardzo był w tym skrupulatny – nie chciał nawet zjeść czekoladki, jeśli ta zawierała alkohol), ale wspomniany już nieraz bar odwiedzał coraz częściej. Znalazł sobie w tym barze grupkę kolegów. Oczywiście zapomniał o sprawach bardziej przyziemnych – że trzeba na przykład przygotować się do egzaminów, do tak zwanej „kampanii wrześniowej”. Wrócił do sportu, z tymi samymi kolegami grał w piłkę, z jednym z nich nawet jeździł rowerem. A znał okolicę jak nikt inny, więc wycieczki były ciekawe. Wiem, bo byłem na jednej takiej. Najczęściej było tak, że zaraz po sportowych zmaganiach wszyscy obecni szli od razu do baru. Marcin czasami tylko wpadał do domu, po to, aby się przebrać. Nic już nie jadł, a wracał na ogół późnym wieczorem, kiedy już nie miał siły na kolację, ani ochoty, a już tylko na sen. Prowadził wtedy bardzo niezdrowy tryb życia. Dodatkową atrakcją baru były różne automaty wrzutowe. Nie zdziwiłem się, gdy Marcin najbardziej zainteresował się tymi, z których przy odrobinie szczęścia można na nich coś zarobić. Zysk miał jednak tylko właściciel lokalu.
Zbliżam się powoli do chwili obecnej i do końca mojego opowiadania. Muszę tu wspomnieć o koledze (a może już przyjacielu) imieniem Jakub. Ów chłopiec był towarzyszem Marcina na wspomnianych wyprawach. Kiedy jednak przyszła jesień (Marcin oczywiście „został” z jednym egzaminem do następnej sesji, już na specjalności dziennikarskiej), podróże się skończyły, a raczej Jakub już nie chciał brać w nich udziału. Po kilku dniach Marcin również przestał jeździć, wolał widocznie inne rozrywki i spędzać czas z przyjaciółmi, a zwłaszcza z jednym. Zaczęto snuć domysły, że zakochał się w tym nastolatku, co nie było znowu takie nieprawdopodobne. Obiekt uczuć o niczym nie wiedział, dziwił się tylko, kiedy Marcin czasem postawił mu piwo albo pożyczył większą gotówkę (dla kogo większą) i nie kazał oddawać. Z czasem ta filantropia rozciągnęła się na pozostałych członków wspólnoty. Niedługo święta, więc znowu będę miał okazję poobserwować Marcina. Czy jeszcze potrafi się zmienić. A ja? Poznałem trochę moich sąsiadów, bliskich i dalekich. Zostałem listonoszem. Nieważne…
*
* *
My, niżej podpisani, zaświadczamy, że osobnik sygnujący się godłem Mark Kewlar, znany szerzej jako Marcin Bieńkowski, jest uczciwym, niekonfliktowym, g(ł)odnym zaufania i przyjaznym dla otoczenia (user-friendly) młodym człowiekiem. A bycie ateistą nie przeszkadza Mu pełnić funkcji autorytetu moralnego i kulturowego. Nie chcemy, aby ktokolwiek szydził z Jego słów i poczynań, a w Nim samym dostrzegać tylko geniusz socjotechniki, zwykłego hochsztaplera. Oświadczamy też, że skrajny altruizm ob. Bieńkowskiego nie wynika li tylko z chęci przypodobania się, pokazania swojej wyższości ani z czystego egoizmu, które to uczucie jest mu całkowicie obce.
[miejsce na podpisy