<< " Zabawa w opowiadanie - 3 słowa" >>




Vene zrobiła nam miły prezent na święta Bożego Narodzenia. Jaki, zapytacie? Ano taki, że otworzyła nowy temat na forum Action Maga. I co z tego? Powiem Wam: zajebiście dużo. :P

Sam temat wydawał się banalny - ot, piszemy sobie opowiadanie. Z tym, że dana osoba mogła napisać tylko trzy słowa, po czym musiała czekać na napisanie minimum dwóch postów przez innych, aby mieć następna kolejkę. Inni mieli, w sposób gramatycznie poprawny (Buahahaha! Akurat! :D), rozwijać historię. Z pozoru - łatwe i niezbyt ciekawe. W praktyce wyszło to zdziebko inaczej. :P

To co się działo, było - mogę to stwierdzić z całą pewnością - zabójcze. Miast stroić choinki, pakować prezenty, czy masakrować karpia, siedzieliśmy przed monitorami, a ciszę w naszych pokojach przerywały na przemian: dzikie, szaleńcze i masakrycznie szybkie stukanie w klawiaturę oraz obłąkańczy śmiech. Dziś mogę tylko podziękować Vene za tę iskierkę, którą wznieciła pożar, jak i pozostałym forumowiczom, za to, że zamiast go gasić, dolewali do niego spirytusu. :P Nie pamiętam, kiedy ostatnio równie przednio się bawiłem. Palce bolały od pisania, przepona od ciągłego rechotu, a d**a - od spadania z krzesła. :D Było BOSKO i tyle. 

Tekst, który w ten sposób powstał i który poniżej zamieszczam, nawet w ułamku nie oddaje atmosfery, jaka panowała wtedy na forum. Wyobraźcie sobie tylko kilkanaście osób, które ledwie usiedzieć mogą czekając na swoją kolejkę, a później łamią palce na klawiaturze! I to ciągłe "wyślij" - "edytuj", "wyślij" - "edytuj"! :D Wystarczyło tylko, by jedna osoba przeoczyła, że między "ostatni" post, a jej dopisek wkradł się ktoś szybszy, a następowała reakcja łańcuchowa. Potem zmieniało się tak, by było poprawnie, nie wiedząc, że post, do którego nawiązuje, już pewnie jest zmieniony (Bo i ci zawczasu szybsi się mitygowali). Innymi słowy: chaos jak jasna cholera. :P Nikt nie wiedział co się dzieje, a każdy pisał. :D Pamiętam jak w wyniku małego zamieszania gdzieś tam w środku zdania ostał się jakiś zagubiony post Metisa, głoszący nieśmiało, że "(to się wytnie)". :D Albo gdy Publo napisał coś w stylu "Piła śmierdziała(...)", a ja dodałem "jak śnięty łosoś" nie wiedząc, że zanim mój post został wysłany, Publo zdążył zmienić swój. W efekcie wyszło "Rzekł Domański z patosem machając lekko fajką jak śnięty łosoś". :D Nowe osoby już się dopisywały, stare jeszcze w międzyczasie zmieniały posty... Tak, że przykładowo dzięki interwencji Marigold Mary i nZorki Domański stał się - nie wiedzieć skąd i czemu - "pośladem". :D No comment. :D

Poniżej macie namiastkę tego, co się działo. Jeżeli ktoś ma dostęp do internetu, to zapraszam na forum, by tam przejrzeć wersję oryginalną, z ciekawymi dopiskami autorów. Lepiej tam też widać kto i co pisał - LCD dla przykładu z maniakalną uporczywością uśmiercał wszystko i wszystkich (samego mnie zabijał trzy razy - z miernym skutkiem :P), Donald co chwilę mścił się na Pile, Obywatel wprowadził Buldoka i inne takie "cuś'e", Hazardius dodawał coś z zupełnie innej beczki itd. itp.

Śmieszne jest to, że fabuła układała się z początku całkiem składnie (choć dziwnie :P), lecz gdy ktoś rzucił hasło "Rymujmy!!!" (nie będę wskazywał palcem, że to była nZorka :P), to już nigdy nie było takiego lata. ;) Zabawa zaczęła się od nowa, a spójność i sens opowiadania poszły sobie na piwo. :P A pod koniec do pisania wzięła się młodsza część forum i jeśli wcześniej ktoś mógł nie wiedzieć o co chodzi, to teraz sytuacja się całkowicie wyjaśniła - znaczy: nikt już nie wiedział. :D


Ostrzegam!!! Czytasz na własną odpowiedzialność. :)

Link do wersji oryginlanej -> TUTAJ

Było ciepłe popołudnie kiedy Dżon opuszczał swój przytulny domek. Odwrócił się na pięcie, przystanął, westchnął. "O kur*a mać!!". Nie wiedział, dokąd zaprowadzi go postanowienie kupienia torebki rodzynek, w prawdziwej, wedlowskiej, nasączonej wódką czekoladzie, o której myślał, że jest humorogenna. Niestety nie była. Zasępił się lekko i mruknął cicho: "Do diabła! Dzieci!". Po czym ruszył w stronę parku, gwiżdżąc pod nosem i miętosząc w pasiastych obszernych spodniach znaleziony niedopałek cygara. Rozejrzał się wkoło i zobaczył wielki wóz zaprzężony w rączą parę puchaczy, z czego pierwszy miał w dziobie bilet do Piły, do niejakiego Krotoszyńskiego, znanego co najmniej w kilkunastu stanach Wielkich Zjednoczonych Kaczorów. Wsiadł więc na pierwszego z puchaczy ze słowami: "Niech będzie chwała i żyje nam Ojczyzna! Niech Giertych i David Boski Hasselhoff, jak również Kaczyńscy, dadzą nam wiele powodów, żebyśmy mogli strzelić sobie w kuku na muniu!".

Piła była brzydka - jak zwykle zresztą - o każdej porze i Dżon chciał do ogólnego syfu dodać coś swojego, zupełnie mniej syfnego. Pomyślał więc, że warto by było spytać sie Puchacza. Ale w tym mieście i tak nie da rady nic porządnego zrobić, gdyż Piła od zawsze jest wyprana z piękna i Puchaczy, którymi Polska stoi. Gdyby za Rzymian Puchacze były hodowane codziennie, jak dziś, za przykładem Ramzesa, to nie byłoby na świecie tylu zmiennokrwistych chodzących do psychiatrów. W Pile, nieopodal mieszkania Krotoszyńskiego, który pędził budyń gdy tylko miał dość taniego wina marki Tanie Wino oraz ukraińskiego spirytusu, mieszkała biedota. Krotoszyński tańczył poloneza z boskim El Macierewiczem i jego garbatą siostrą-pingwinem. Razem robili bardzo długie przytupy z przysuwami. Wszystko to rysowało gładkie linoleum sali, nieczyszczone maxi Ajaxem, więc postanowili wyjść z liceum Grabaża. Udali się w stronę nadjeżdżającego pociągu. Krotoszyński i ekipa zatrzymali ich siłą. Tej mieli sporo. Dżon i Puchacze musieli tu niestety pojechać do Rzeszowa, gorszego od Piły w ilości smrodów, które wytwarzała. Dżony zapragnął odwiedzić Domańskiego. Ruszył więc dzielnie. Ale na chwilę musiał tu zostać, choć pragnął Domańskiego przytroczonego do drzewa i przybitego gwoździami. "Trzeba oczyścić Piłę!" - wyryli Domańskiemu gwoździem na lewym pośladku. Było to proroctwo zapowiadające strajk na szesnastą rocznicę śmierci ostatniego sympatycznego Pilanina. Odważny Dżony poszedł do najbliższego czynnego całodobowo sklepu monopolowego po wódzię czekoladową i paczkę fajek. Wracając spotkał niestety menela Juzefa, który poprosił o rękawiczkę. Widząc znajomą mordę Dżony spanikował i zaczął przeszukiwać kieszenie, ale znalazł jedynie starą zużytą gumę i bilet do starosłowiańskiej opery leśnej. "To moja szansa!". Nie myśląc wiele McZenona dogonił i uściskał go mocno, kiedy Śmierć za rogiem zbierała żniwo jasełkowych chłopaczków z zamaskowanego oddziału Hitlerjugend. Dżony odepchnął Juzefa stalowym grzechotnikiem, który po drodze połknął bilet do opery, po czym ugryzł jabłko pani Jadzi, popijając obficie gorzałą. Juzef ryknął przeraźliwie, krzycząc wniebogłosy: "buldooook!". I zamykając lewe ucho rzucił się aby wyrwać Dżonowi kiść kakaowych marchewek skąpanych w spirytusie.

Tymczasem Domański przyglądał się całemu zdarzeniu. "Skąd się wziąłem jako Stalin bezwąsy w tym mieście?" odrzekł lustrując pośladek. Nagle krzyknął: "NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! JESTEM W PILEEEEE!!! Ratunku!!! Pomocy!!! Ja przecież kocham Piłę! Mimo, że nie wiem jak wygląda.". Rzekł Domański z patosem machając lekko fajką jak śnięty łosoś i trzęsąc pośladem, którym zresztą był. "Kocham Piłę... niszczyć" - rzekł do nich. Po czym sczezł jak dziki pies. Juzefowi wypadł pet na zgniłą poduszkę, która przechadzała się pod znanym mostem, gdzie śmierdziało porostem. "Puchacze, zostajemy tutaj!" - Zawołał ich przewodnik z brodą przykrótką i niewielkim wąsem. Księżniczka tupnęła nóżką, aż noga jej oczarowała wszystkich zebranych. Bo była ona długa, cętkowana, kręta i zielona nieco - jak UFO znane - lecz była kobiecą! "Ach nogi kochane! Jestem Odgruzowywaczką Piły!" - rzekła Księżniczka biegając ciągle w kółko. "Ja wysłałam puchacze". Słysząc to Dżony podrapał się po lewej swej głowie (jej górnej połowie). Przybiegłszy McZenon zawołał, że długo kołował. "Rzeszów wiocha, stodoła! I buraczki dokoła!". Miał pretensje do Juzefa, że ten głupi niczym decha, mimo iż żwawo na Dżonego polował, choć ledwo dycha. Cała dziwna brygada do Pacanowa zmierzała. Mimo wielkich trudności się nie poddawała - odgruzować Piłę chciała. Dużo wódki miała, od Ruskich dostała i się narąbała. Piły na trzeźwo diabli nie wezmą (do siebie ich[??? :D]). Przyszedł Pan Ździch i wyciągnął fajkę, zamykając ich w całkiem inną bajkę. Ożywił ścierwo Domańskiego, by powiedzieć: "Kolego! Musisz zbawić Piłę!". "Tańcząc małego kankana Piłę zniszczymy z rana. I obalimy flaszkę!". "Nie!" - Księżniczka kaszle. "Mamy ją naprawić! Albo zbawić". Dżoniak sięgnął po koniak i walnął puchacza. "Chyba jestem przywódcą" pomyślał Truposz zaraz - taki to ambaras. Puchacz się obraził, znalazł ich, zaraz wyleciał w przestworza, zanurknął do morza błękitów i chmurek. Zobaczył go nurek. Nastukał mu dzielnie waląc w popielnię. A Piła pierdzielnie. A tymczasem Dżony jadł se makarony dość mocno zaskoczony, że zgubił kalesony. Stoi cały czerwony, woła Juzefa, puchacza i resztę gromadki: "Gdzie moje gatki"? - Zaraz krwią (się) zadławi. - "Rozkazuję ją ratować! Mosty odbudować! I moje gatki odnaleźć (inaczej komuś dowalę!) zanim ulegną samodestrukcji". Udzielił dalszych instrukcji: (Gdańsk po liposukcji[??? :D]) "Wezwać zaraz puchacze! Niechże je zobaczę! Zaraz kakaem uraczę!". A Księżniczka płacze. Dlaczegóż to płacze? Bo Giermek daleko! Za górą, rzeką. Szybko i bajecznie bawi się świątecznie po wsiach okolicznych wśród kobitek ślicznych. Jednak jest kaleką, jeździ na wózku, ma niesprawne oko i sztuczną szczękę oraz trzecią rękę. Ale to nieprawda. Mimo to odważnie chętnie choruje zakaźnie (bo tak raźniej). Taka to natura. Wyraża się wyraźnie, chodząc po kamieniach łowi sobie ryby - chociaż woli grzyby zrywane po polach - przebierając w kolorach i smakowych walorach.

"Piło! Ojczyzno Moja!" zawołał Pan Dżony. "Bóg cię skrzywdził!!! Lecz ja Ciebie kocham nad te łąki, pola, makarony! I kraczące wrony!". Czyżby był Dżony aż tak napalony? Nie! To niemożliwe! To Księżniczki nogi do samej podłogi, krzywe jak rogi jelenia! Księżniczka uciekła, bo była agentką. Czmychnęła więc prędko do Rosyjskiej mafii. Ona tak potrafi znikać bez słowa w rozwścieczonym tłumie, bo jest odlotowa i zawsze gotowa. Puchacze w ślad za Dżonym i całą bandą buldoków, dotrzymujących raźno kroku wesołej grupie terrorystów z bandy naturystów, łykających stare plomby i chowających bomby po kieszeniach surdutów i cholewkach butów. Skoczyli więc razem, za jednym rozkazem atakując ich gazem oraz rzucając cukierkami od zgnuśniałej pani będącej na bani. Dżony, Księżniczka, Pingwiny, lubią jeść maliny, pić szampon ogórkowy (bo jest zdrowy). Przynajmniej do połowy będziemy doić krowy. I Piłę odbudujem! Będziemy kuć podkowy przynajmniej do połowy, aż polecą głowy!

Tymczasem nieopodal Piły mieszkał Union miły, który satanistą był oraz sporo pił. Wyciągnął ze spodni, mających piętno zbrodni, pęk płonących pochodni. Był bardzo modny. Postanowił Dżon zatem zbatożyć się batem. Ściągnął koszulę i pochlastał se skórę. Piła upadła całkowicie. Takie jest życie. Dżony jednak twardo odjechał na zawał, bo się zadawał z pilskim elementem. Jednak koniec był, bo Dżon zwątpił w miłosne harlequiny i garbate pingwiny i odgruzowanie Piły. Tymczasem w Rzeszowie gość ukradł krowie cztery czarne łatki i dorobił kratki, a potem zbiegając zaczepił go zając, który jadł kakao popijając ciepłym grzańcem, bo był popaprańcem na służbie Księżniczki wielkiego i mrocznego Króla Belzebuba Trzeciego. Księżniczka i Belzebub zobaczyli Wielką Ci*ę i złapali grypę. Ale przybył Giermek, który szybko zdechł, lecz potem zmartwychwstał i się wysrał i umarł ponownie, by ponownie zmartwychwstać i porządnie przysrać i wyciągnąć kopyta kratkowanej krowie, bowiem był świetnym krowologiem zrywającym z nałogiem rujnującym jego świetną wątrobę i nerki.

Puchacze tego roku zimy nie dożyły. Bowiem wczesną wiosną w Egipicie były i razem z turystami "kamikaze" piły. Naszego Dżona wybawiły, a potem zlepiły w trudną do rozpoznania białą Masajkę, która cuchnęła jajkiem i zgniłym czosnkiem. Ale mimo wszystko lubiła śmietanowego łososia w sosie homarowym z dwoma jajcami i zgniłymi rodzynami. Nadzwyczaj szybko pobiegł do bimbrowni starego i tam umarł. Smutni więc po jego odejściu goście (o rymy, proście[??? :D]), mimo braku pomysłu skorzystali ze zmysłu kończąc swoje życie i tańcząc wokoło dopełnili mroczny rytuał zjadając dwa koty i spijając krew przy różowych świecach, które paliły się, po czym zgasły i uciekły pędząc bimber. "Ave sałata!" wołały radośnie i turlały się po Renacie Beger, która leżała na sianie przeciągając się rozkosznie, mając w oczach bardzo liczne, czerwone kurwiki - malutkie, lecz widoczne gołym okiem - umierające co chwila w objęciach goryla o imieniu Maryla Rodowicz, co chciała dać czasem ciała ponętnym kobietom uwikłanym w romantycznej bajki zakończenie. Puchaczy pienie morduje ludzkie nasienie, mimo wszechobecnego ZUA, które wielką wyrządziło szkodę, bo przesądziło o losach Maryli, matki trzech debili. Jeden z nich prawie umarł, gdy matkę widział z przystojnym, bogatym i garbatym pingwinem. Dżony powoli wracał do domu po ogromnej libacji alkoholowej z zielonymi marchewkami, rozmyślając przy tym o niemoralnych propozycjach z różowymi świeczkami, które paliły się różowym płomieniem. Lecz zatrwożył się, bo przez przypadek zginął. Jednak świeczki go prawie uratowały, ale nie wyszedł cały z tej strasznej historii, przepowiadającej cięcie nożem po gardle. To jest KONIEC, ale pierwszego rozdziału. Natomiast w następnym, równie przecież pięknym, którego nie będzie już nigdy więcej nikt zaśmiecał bzdetami, a także zwierzętami i innymi puchaczami w mordę strzelonymi, lecz jakże pociesznymi, jednak niestety martwymi. Dżon wstał zasępiony mimo swojej żony pięknej, lecz wrażliwej i przez to okrutnie bardzo zrzędliwej, lubiącej pierogi zjadliwe, idącej na malediwe pieszo, ale jednak trochę na wspak. Mimo bliskiego końca w stronę słońca udał się pięknie, widząc swe przeznaczenie, łamiąc dane przyrzeczenie i kochając Piłę, niczym swą rodzinę. Wsiadł na rumaka i to byłby... KONIEC PIERWSZEGO ROZDZIAŁU :D.


Wystąpili (według kolejności pojawiania się - nijak ma się to do autentycznych zasług ;P): Vene, R_T_N, Axel, Donald, Tuxedo, nZorka, Hazardius, Kulturny, Ninjin, Metis, LCD, UnionJack, Pszczóła, Pe-cze, Rai_Chu, Obywatel, Marigold Mary, Publo, Maciek-kun, Trocinka, Sypee, Evolva, Gloggson i Lord Axis oraz Van Firzen.



© Kulturny << kulturny@interia.pl >>