Wielki
tort do podziału.
Globalne społeczeństwo to wielka mozaika wszelakich kolorów. Niestety, ta
mozaika, gdy się na nią patrzy z pewnej odległości, zaczyna szarzeć, ot
okrutne prawo fizyki. Najłatwiej to zaobserwować oglądając szklaną
powierzchnię startego telewizora, gdy się zbliża szkło powiększające można
dostrzec wiele barw. Do czego zmierzam? Otóż do tego, że szarość tak na
dobrą sprawę jest odpadkiem, zarazem sumą wszystkich nacji. Smaki, kolory, dźwięki.
Wszystkie one tworzą mozaikę. A dyrygują tym ręce, które zamiast układać
to wszystko w piękne obrazy, układają pojedyncze plamki przy sobie. Które się
nawzajem gaszą do stopnia szarości. Tymi rękami jest fanatyzm religijny.
Fanatyzm to bardzo ciekawe pojęcie. Jest spoiwem i zarazem
rozpuszczalnikiem każdej wiary, która zdążyła zyskać status czegoś
ponad pojęciem sekty. Dlaczego spoiwem? Bo czasem słowa nie wystarczą, chociażby
mówiły one o najpiękniejszych wartościach. Każda wiara musiała bronić się
mieczem. Dlaczego rozpuszczalnikiem? Bo fanatyzm to ciężkie brzemię, spycha
ono z czasem swoich nosicieli w obłęd gdyż nie pozwala im na odrobinę
wytchnienia, aby zrozumieć i zapoznać się z filozofią innych religii. Właśnie
ten czynnik jest powodem tworzenia odłamów od monolitów głównych wiar. Te
odłamy stanowią 29% wszystkich wyznań na świecie.
Są one słabe, bezbronne, nie zaopatrzone w
bagaż doświadczeń. Po prostu stanowią tort do podziału.
Biedni oraz słabi indywidualiści
którzy na przestrzeni wieków tworzyli "własne kościoły" i
zostawali ich zwierzchnikami, niejednokrotnie byli splątani silnymi więzami
wspomnień oraz zasad obowiązującymi w tak zwanym" starym systemie".
Dlatego też ich twory nie są niczym, co mogłoby formalnie zagrozić trzonom,
głównym podstawom wiar. Lecz trzeba pamiętać, że każdy rozłam prowadzi do
osłabienia. Może jest to niewidoczne ale "małe wiary" można porównać,
z globalnego punktu widzenia, do mrowiska. W swoim kopcu są mocne, ale poza
nim, gdy się rozpełzną, stanowią łatwy łup. Nie jestem tylko pewien czy
kiedykolwiek istniało duchowe schronienie dla wiernych słabych religii.
A skoro nie istnieje takie miejsce (a jak juz istnieje to jest prawie że
z" papieru") to stalowe oraz skostniałe giganty już wiedzą co należy
czynić! Jednym słowem rozpoczyna się wyścig, w którym jedni mają większe
szanse a drudzy mniejsze, wiadomo jak to w życiu bywa. Według mojej oceny
sytuacji największe szanse na stanie się główną religią (czyli wielką
szychą) ma Islam. Duży wpływ na ten stan rzeczy ma położenie geograficzne.
Jest to dziwna teoria, ale prawdziwa. Kraje zabarwione tą religią należą do
grona miejsc, gdzie ludzie nie są skażeni nauką, a ich życie jest nudne oraz
monotonne. Dlatego ich celem staje się walka. Nie powiem, idee ich religii są
piękne. Dajmy na to, że każdy muzułmanin jest zobowiązany udzielić pomocy
każdemu, kto o nią prosi. Czasami odnoszę wrażenie, że spore rzesze wyznawców
Allacha nie zasługują na jego lekcje.
Mało kto w tej religii absorbuje dobre idee z innych religii na przykład z
Chrześcijaństwa. Fanatyków obchodzi tylko ekspansja religijna. I wiecie co? Są
na najlepszej drodze do zwycięstwa. Podczas gdy większość religii trudzi się
na dyplomatyczne manewry, ludzie którzy przywłaszczyli sobie religię Islamu
wykorzystują ja jako broń, robiąc z ludzi fanatycznych żołnierzy gotowych
na najwyższe poświęcenie. Skoro mamy wygraną religię to musi się znaleźć
i ta przegrana. Bez zbędnego gadania powiem, że będzie nią religia
katolicka. Właściwie to wszyscy doszukują się w niej jakichś rys, w które
mogła by się wkraść jakaś korozja. Bo w końcu trzeba się czemuś
przeciwstawić. A komu i czemu się
najlepiej przeciwstawia? Wiadomo, czemuś wielkiemu i tłustemu z czym mogłoby
się walczyć całymi latami i z całych sił. Kogo obchodzi teraz wartość
energetyczna ideałów?
Pisał:
Sato