Bezsensowny art o zabarwieniu psychologicznym

Cóż, może nie powinienem zaraz na początku pisać, że jest bezsensowny, ale trudno, nie będę już zmieniał tytułu, niech nam zyje stoooo laaaaat



Bo nie lubię śród.



Mnóstwo razy zastanawiałem się, dlaczego mnóstwo razy kasuję początki tekstów. Można by pomyśleć, że mam słabe pomysły i jestem na tyle samokrytyczny, że owe słabe pomysły wychwytuję i kasuję. (-uję, uję)



Tak.



Dilejt, dilejt, dilejt.



DILEJT!



Każdy kolejny pomysł krzyczy. Prosi o skasowanie, dopomina się chłosty. Mentalnej, brutalnej, binarnej. Od-koszowej, bo tam koniec końców wyląduje.

Najfajniejsze, że mam tak nie tylko przy tekstach. Ot, na przykład tydzień temu miałem pomysł, żeby się uczyć. Student uczyć się powinien, a już przed sesją to szczególnie. Ale pomysł, jak to zwykle bywa, zaraz się zaczął dopraszać o zdilejtowanie. W efekcie nawet jeszcze nie otworzyłem pierwszej strony książki, ba! – nie pomyślałem, jaka to książka mogłaby być (tak naprawdę to upraszczam, bo w moim pokoju wala się niesamowita ilość kserówek, ale książki akurat nie ma żadnej). Z nauki wyszły nici. Szydło z worka nie wyszło, bo żadnego worka tu nie ma. Chociaż czasami chciałbym słyszeć, że jestem workiem bez dna. Że chłonę wszystko i wszystko po mnie spływa. Jak po gęsi (tak właśnie, jestem do bólu poprawny politycznie. I botanicznie.)

Parę dni temu jeden pomysł mi się wziął i zapomniał skasować. Był to pomysł okrutnie głupi w danych warunkach. Dane warunki były takie, że nad miastem rozpętała się śnieżyca. Wiało. Tramwaje jeździły wszędzie, tylko nie do mojej dzielnicy. Głównie zaś do zajezdni. Autobusami się poruszać jeszcze nie nauczyłem, o czym później. Pomysł zaś polegał na wybraniu się do kina. Na przeciwległym końcu centrum. Ye-e pomyślałem, po czym skończyłem suszyć włosy (rano wyszedłem bez czapki, po powrocie wyglądałem jak Dziadek Mróz. No, może miałem ciut krótsze pióra.)

Match cut. Stoję na przystanku. Czekam.

Jum cut. Wsiadam do tramwaju.

Jump cut. Tramwaj przed nami się wytramwaja.

Cholera.

Co robi dwudziestoletni, przemarznięty człowiek, kiedy w środku podróży traci środek transportu? Oczywiście brnie dalej pieszo. Oczywiście niemal nie wpada pod samochód i oczywiście zbiera opieprz od starszej pani, którą niechcący (bo jak inaczej?) potrącił na chodniu. Oczywiście w ostatniej chwili zdąża na inny środek komunikacji miejskiej i jest fajnie.

Tyle teorii. W praktyce było to samo, tyle że w nieco szybszym tempie i musiałem jeszcze biec. Potem okazało się, że niepotrzebnie, ale przebieżka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Chyba, że mówimy o tej pani, co przebiegała przez ulicę i wpadła pod ciężarówkę. Jej być może bieganie zaszkodziło. Za to teraz już nic jej nie zaszkodzi.

Babel.

Grbavica.

W międzyczasie refleksja: co ja robię sam w kinie? Desperat czy wielbiciel? Żałosny czy zmarznięty?

W kolejnym międzyczasie:

- Daniel!

- ?

- Tutaj!

- O kurwa.

Nie ma to jak spotkać rodzinę na seansie. Zwłaszcza, jeśli jest to siostra cioteczna ze swoim boyfriendem (przyjacielskim chłopcem?). Moja główka naprędce wymyśliła kilka opcji negocjowania mojej trudnej pozycji, w końcu samotne wyjście do kina trzeba teraz tłumaczyć. I tak wymyśliłem:

- wszystkich powaliła grypa (ale to ja mam chronicznie chore zatoki, odpada)

- nie dojechali (a ja z drugiego końca… neeeext!)

- moja dziewczyna jest w łazience (e… widzieli mnie już podczas projekcji. Zresztą kto by uwierzył, zbyt naciągane.)



aż wreszcie



- prawie cały rok uwalił kolokwium, nikt nie miał ochoty.

O. Dobre :)



- Ale ty zaliczyłeś?

- Pewnie.

- To co… idziemy?

- Mam jeszcze bilet na następny film…

- (jak tu oddać wyraz politowania?)

Cięcie.

Wsiadłem do autobusu, który miał właściwy numer. Zbliżała się północ. Mijałem miejsca, których nie znałem… Zaraz, skoro tramwaj miał właściwy numer… No tak, ale zdaje się, że wsiadłem nie w tę stronę :) Wysiadłem w dzielnicy, która nie cieszyła się dobrą sławą. Właściwie to niczym się nie cieszyła, a spokojem to już na pewno nie. Jeśli nie wiecie, co to znaczy przedzierać się przez zaspy w środku nocy, z duszą na ramieniu i świadomością, że – jak to przed chwilą usłyszałem w autobusie – „na ełkaesie kogoś skasowali, słyszałem, że z niego teraz warzywko”, to macie szczęście. Tramwaj (zaczęły jeździć? W nocy? Po cholerę…) pojawił się dość szybko. Wróciłem do punktu wyjścia, tym razem cichutko czekając na już naprawdę właściwy numerek. Dalej nie było już nic emocjonującego. Powrót przez park, jakieś krzyki ubijanej zwierzyny, normalka. Łódź nocą to jest to! (Pomyślałem leżąc bezpiecznie w łóżku :)).

A dzisiaj jest środa. Właśnie usłyszałem hiobową wieść. Na szczęście nie od Hioba, tylko od mamy. Najwyraźniej postanowiła mi poprawić humor przed egzaminami. Joł, mamuśka, pozdrawiam serdecznie z tego miejsca, obyś nigdy nie musiała pić soku ze zdechłego owada, joł!

Mało jest na świecie ludzi, którzy wymyślają jakieś słowo i dorabiają do niego zdanie. Jeszcze mniej takich, co w ten sposób tworzą całe teksty. Ale są. Co najmniej jeden. Czy książki da się tak pisać – nie wiem, nie próbowałem.

Bezmyślne przerywniki. Ciągnę tekst w nadziei, że ktoś jeszcze zrezygnuje z lektury i będzie sobie potem wyrzucał, że jest słaby i nieodporny na grafomanię. A co tam, jeszcze kilka akapitów, jeszcze…

Podczas zeskrobywania przypłaszczki małej bywa tak, że przypłaszczka rozsypuje się w drobne kawałeczki. Co innego malowanie pokoju. Tam to dopiero można poszaleć. Te kolory. Prawie jak reklama kliszy fotograficznej. Magicznej. Czarno-białej. Przypłaszczki są czarno-białe, to i nie trzeba kupować kolorowej kliszy. Ale i tak kupuję, bo jest szpanerska. Niedługo sobie kupię też aparat. Zapewne przypłaszczki do tego momentu już znikną. Tak w życiu bywa.

Zastanawiacie się pewnie nad metaforyką poprzedniego akapitu. Duży błąd. Ja po prostu jestem walnięty.

Tuxedo