Róża w granacie

 

"Wczorajsza róża istnieje tylko z imienia, imiona tylko puste pozostały."

                                                                             Dante Alighieri

 

 

Za oknem ciemność, pustka, wszechobecny mrok.

Stoję na wpół przytomna w ogrodzie. Łzy same cisną się do oczu… Nie wiem jak nazwać to uczucie… Upokorzenie? Nie, ja naprawdę nie mam o tym pojęcia, jednak tak określiłabym stan w jakim się znajduję. Skąd mam wiedzieć, czy ta nazwa jest słuszna? Przecież żyję dopiero od wczoraj.

Cały mój ład i porządek wewnętrzny zostały w jednej chwili, w jednym czynie zburzone. Pomyłka, zła analiza życia. Nienawiść. „Ktoś” znów wygrał, pokazał swą wyższość…

Moje myśli pogrążają się w agonii… Cały optymizm umarł wraz z jednym obojętnym, mylnym i jakże bolesnym gestem.

Błędna interpretacja słów, gestów, zachowań, doprowadzenie do stanu najniższego. Jedna obojętność budząca po raz pierwszy w moim krótkim życiu złość i chęć zniszczenia... Ale co może róża?

Poświęcenie – również odebrane jako dowód na coś, czego nie ma. Te wszystkie aluzje, nie wypowiedziane wprost, odczytane przeze mnie między potokami zbędnych, nic nieznaczących, pustych słów. Zimna obojętność budząca odrazę i wstyd. Jedno słowo gorsze niż nóż wbity w fałszywe serce. „Nasze”, „Wasze” kłamstwa i intrygi. Czy tak przyjemnie jest bawić się w Boga raniąc innych? Myśleć, że wszystko już jest jasne i zrozumiałe a tak naprawdę mylić się, trafiając na równego duszą? Dopatrywać się czarnej gwiazdy pośród pogodnego nieba…

Tyle razy wpatrywałeś się w moje aksamitne płatki, wtedy niemal czułam na nich Twój oddech...

 

Nadszedł poranek – to już trzeci dzień. Cała frustracja zbladła niczym noc. Jestem spokojna. Czekam na kolejny cios. W rękach trzymam dowód mego poświęcenia. Mogłabym go podrzeć, wyrzucić – mam taką chęć, jednak boję się okazać swoją słabość. Więcej – boję się tym zawieść.

Parę godzin, zimne parę słów, gest i ucieczka. Wtedy wszystko pokaże swą prawdziwą twarz.

Ten drugi dzień życia nauczył mnie wyniosłości i oschłości. Nie będę już nigdy rozwijać przed Tobą swych płatków i zmuszać się do uśmiechu. Koniec! Nie pozwolę już by ktokolwiek zabijał moje wnętrze w tak głupi i naiwny sposób.

 

Znów przeszedłeś niedaleko. Uchyliłam z ciekawością skropione poranną rosą listki i ujrzałam Twe spojrzenie – umyślne czy przypadkowe?

Pierwszego dnia mojego życia, wmawiałabym sobie, że celowe, jednak przez wczorajszą sytuację, wiem jaka jest prawda. Obojętność stała się moją dewizą. Nie słucham już słów, że czekałeś, szukałeś – mam tego dość. Impertynencja, ignorancja, nienawiść – to wszystko zajęło miejsce jednego słowa „przyjaźń”. Czym jest przyjaźń? Dowiedziałam się o niej w pierwszej godzinie życia. Ceniłam ją i szanowałam, jednak jak cienka i krucha jest granica dzieląca ją od ułudy i pomyłki…

Już mi nie zależy. Nie wywyższam się z ogrodu, czekając na Ciebie. Wreszcie (?) uczę się żyć normalnie. Brakuje mi tamtych rozmów? Być może, ale z czasem to minie. Tak samo jak przyjaźń, trwająca pierwszy, jeden dzień mojego życia.

Nie obchodzi mnie, co teraz robisz i co myślisz! Zostawiłeś mnie w tej zimnej i mokrej od łez trawie, a sam udałeś się do ciepłego domu. Moja dusza pogrążona jest przez Ciebie w mroku. Wypełnia ją nienawiść i oplata wszystko cienkimi, pajęczymi nićmi.

Dopiero teraz zrozumiałam czym jest przyjaźń. Przypomina truciznę. Na początku jest przyjemna, lecz potem staje się zdradliwa i uśmierca od najwrażliwszego miejsca.

W tym czwartym dniu nauczyłam się całego okrucieństwa świata, zebranego na jednej, małej planecie.  I to właśnie Ty mi to pokazałeś… Nie wrogowie, lecz Ty, który tak umiejętnie mnie podlewałeś i ceniłeś. Chciałabym powiedzieć „Zgiń!”, jednak nie upodobnię się do Ciebie.

 

Koszmar znów się zaczyna. Już całkiem nie rozumiem Twojego zachowania. Wczoraj mnie zignorowałeś, a dziś… Dlaczego nie pozostawiłeś mnie w spokoju? Dlaczego wszedłeś do mojego ogrodu? Dlaczego wziąłeś w dłoń właśnie mnie? Dlaczego zignorowałeś moją obojętność, na którą zużyłam tak wiele sił? Obdarzyłeś mnie uśmiechem… Byłeś miły… Ale po co? Co Ci daje cała ta piekielna maskarada? Dziś zachowywałeś się tak, jakby minionych dni nie było. Mam w głowie totalny mętlik. Nie wiem, czego ode mnie wymagasz... A może... Nie... chyba nie mógłbyś mnie zerwać... Nie po tym wszystkim...

Odszedłeś... została mi w pamięci Twoja do bólu okrutna uprzejmość…

 

Jesień… Wszystko dookoła umiera – moja dusza też. Dziś rano obudziłam się pokryta szarym, zimnym pyłem. Wszystkie kwiaty zwróciły na mnie swoje głowy szepcząc coś z rozpaczą. Nie rozumiałam ich słów. Moje ciało przeszywał bolesny chłód. Wspomnienia zaczęły się zacierać. Ostatkiem sił spojrzałam w kawałek szyby… Moje płatki przestały być czerwone… Byłam czarna… Jedyne co przyszło mi na myśl to to, że już nigdy na mnie nie spojrzysz. Dlaczego akurat ja? Nienawidzę zimy... Zamykając oczy, poczułam na sobie ciepło. Nie wiedziałam czy to złudzenie konającej rośliny, czy też może taki jest efekt mrozu, gdy osiągnął już swój cel... Chciałam się poruszyć, ale nie byłam w stanie. Usłyszałam jedynie ciche pocieszenie i ktoś pogładził moje zmarznięte, aksamitne płatki... To byłeś Ty…

Umarłam na Twoich rękach…

 

 

                                                                                                                                                                     Lamentia

                                                                                                                                                                lamentia666@wp.pl