OSTATNI
RAZ O PRZESZŁOŚCI
„...rozgrywają
piłkę w środku... prostopadłe podanie, Ronaldinho przyjmuje piłkę, mija
obrońcę, kolejny zwód, strzaaaaał... jest, jest... kapitalna interwencja
bramkarza!”
Zastanawiałeś się kiedyś co takiego ludzie widzą w futbolu? Niektórzy
mówią, że to dwudziestu dwóch zdziecinniałych facetów biegających za jedną
piłką. Dla mnie to dwadzieścia dwie historie pełne trudu i wyzwań, dwadzieścia
dwa spełnione marzenia. Gdy przez szklany ekran oglądam poczynania najlepszych
piłkarzy świata doznaję swoistego oczyszczenia, osiągam stan wewnętrznej
fascynacji, którą przewyższyć może jedynie sam udział w grze. Nie
uwierzysz, ale gdy byłem młody płakałem gdy polska reprezentacja przegrywała,
dziś już tego nie robię, bo nie robi tego już żaden z moich bohaterów.
Uwielbiałem Claudio Lopeza, Henrika Larssona i wielu innych, którzy
byli dla mnie herosami, odległymi i niedoścignionymi wzorami. Ale od zawsze
nader wszystko podziwiałem bramkarzy. Ostatni strażnicy, wyjątkowo
niedoceniani, a stanowiący podstawę zwycięstwa. Gdy myślę o bramkarzach
przypominają mi się dwie sytuacje i dwa nazwiska. Są to bohaterowie, można
by powiedzieć współcześni. Pierwsza sytuacja - finał Ligi Mistrzów,
Liverpool, Jerzy Dudek... wszystko jasne, nigdy nie czułem się podekscytowany
oglądając mecz. Druga sytuacja to mecz Premiership, West Bromwich - Wigan i
kapitalna interwencja Kuszczaka, wybrana paradą sezonu. Czegoś tak niezwykłego
jeżeli chodzi o sztukę bronienia nie dane było mi doświadczyć. Strzał z
czterech metrów, Tomek stojący akurat przy drugim słupku w magicznym niemalże
tempie pokonuje cholerne siedem metrów i rzutem na tygrysa odbija piłkę
jeszcze przed linią. Mam świadomość, że jeśli ktoś tego nie widział, to
po moim opisie dalej nie zrozumie mojej fascynacji. To była poezja. Mogę tą
interwencje oglądać bez końca, rok temu bym nie mógł, ale dziś mogę.
„Stadion
to Teatr Marzeń, ale najtrudniejsze przedstawienie odbywa się w Teatrze Życia”
George Best
Rok temu spełniałem
swoje marzenie, grałem w klubie jako bramkarz, ale z przyczyn nie zależnych
ode mnie musiałem zakończyć karierę i przejść operację. Tęsknie za
uczuciem ciągłego oczekiwania na strzały rywali, za podekscytowaniem po każdej
udanej interwencji. Nigdy nie zapomnę przeszywającego poczucia dumy, które
wypełniało każdy milimetr mojego ciała, po uratowaniu drużyny przed stratą
bramki. Pamiętam swój pierwszy mecz, wszedłem na ostatnie pięć minut i
modliłem się, żebym nie musiał dotykać piłki. Pamiętam straszliwe kiksy,
bramki pomiędzy nogami, za kołnierz, ale rzecz jasna pamiętam również moje
kapitalne interwencje, które notabene śnią mi się po nocach. Bez przerwy oglądam
mecze w telewizji i drugą ligę na stadionie, ale nic nie nauczyło mnie tego o
piłce nożnej co gra pod presją w meczach o stawkę. Dzięki temu zrozumiałem
istotę tej gry. Dziś wiem, że błędne jest zachowanie telewizyjnych ekspertów,
którzy w każdej sytuacji potrafią znaleźć winnego. Są czasami na boisku
takie sytuacje, w których nie ma żadnego, dobrego wyjścia. Nauczyłem się,
że winnych nie trzeba szukać, winni albo są widoczni na pierwszy rzut oka,
albo ich w ogóle nie ma .
Wiele razy broniłem rzuty karne, uwielbiałem to robić. Gdy stawał
przede mną strzelec, wiedziałem, że w oczach innych tylko on może być
winny, jeżeli nie strzeli, ja mogłem być tylko bohaterem. Kibice uważają,
że bramkarz nie musi obronić rzutu karnego, bo ma na to zbyt małe szanse. Ja
zawsze musiałem obronić, wszystko co było do obronienia i nawet to czego z
pozoru obronić nie można było. Często zdarzały się błędy, ale byłem na
początku drogi i wierzyłem, że kiedyś osiągnę perfekcję.
„Porażka jest gorsza niż śmierć,
bo po niej trzeba się obudzić”
Czesław Michniewicz
Gdy stoisz
naprzeciw zawodnika, który strzela rzut karny nie ma innych osób, nie ma kibiców,
trenerów, jesteś tylko ty i on. Często udawało mi się bronić rzuty karne,
ale z reguły działo się to na treningach, bo znałem swoich kolegów na
wylot. Wiedziałem, że jeśli patrzą w jedną stronę to strzelą w drugą, każdy
miał swój ulubiony sposób strzelania karnych i gdy tak strzelał to ja z reguły
broniłem. Wydaje mi się, że oni strzelali w ten sposób podświadomie, może
ja też rzucałem się podświadomie. Teraz wszystko wydaje się być
wolniejsze, każda sekunda, strzał, obrona, wszystko wydaje się być takie
subtelne i romantyczne.
Jest jeszcze
coś czego mi brakuje. Poza wspomnianym powyżej ciągłym napięciem. Brakuje
mi spełnienia i efektów ciężkiej pracy. Kiedyś nienawidziłem gdy po każdym
meczu, mama - orędowniczka mojej piłkarskiej kariery, pytała czy broniłem,
nie lubiłem tych ciągłych odpowiedzi, że jeszcze nie, że kolega jest
lepszy, że trener mnie nie lubi, itd. Dziś odczuwam swoistą nostalgię za
uznaniem, które musiałem własnymi rękoma zdobyć. Uwierzcie, ale trudno jest
wysiedzieć na ławie nawet jedno spotkanie, a co dopiero pięć, sześć, aby
dostać swoją szansę. Ale warto było, ponieważ chodź przez chwilę mogłem
być bohaterem, nie takim wyimaginowanym, ale rzeczywistym, bo my wśród piłkarzy
nie mieliśmy większych bohaterów ponad siebie samych. Niezwykłym było
uczucie gdy podchodził do mnie kolega i mówił, że po pierwszym treningu myślał,
że jestem szmaciarzem, ale teraz na obozie uważa, że zrobiłem wielkie postępy.
To dawało ogromnego motywacyjnego kopa.
„Wygrana w tym meczu nie jest najważniejsza,
ona jest wszystkim.”
Antoni Piechniczek
W życiu najgorsza jest ironia losu. Pewnego dnia uważałem, że już
osiągnąłem szczyt, jeżeli chodzi o ranking bramkarzy w zespole juniorskim.
Czułem się pewnie, a mimo to na treningach dawałem z siebie wszystko, mając
świadomość, że jestem jeszcze daleko od spełnienia marzenia. Na jednym z
takich właśnie treningów obroniłem rzut karny, po którym już nigdy więcej
nie stanąłem w bramce. Gdy przypominam sobie ten moment cisną mi się do oczu
łzy. Gdyby złota rybka pozwoliła mi spełnić swoje jedyne marzenie nie wahałbym
się ani chwili. Nie chciałbym być bogaty ani znany, nie chciałbym być świetnym
bramkarzem, chciałbym tylko móc nie obronić tamtego rzutu karnego.
Dziś po operacji czekam, aż ręka powróci do pełnej sprawności, Mam
świadomość, że to koniec. Cholernie szybko upływający czas pozbawił mnie
nadziei na spełnienie swojego największego marzenia. Gdy oglądam mecz w
telewizji wiem, że jestem lata świetlne od nich, wiem że byłem od nich o dwa
kroki i wiem, ze już nigdy tak blisko nie będę. Rozczarowanie? W pewnym
sensie, ale nie dlatego, że jestem za słaby, lecz dlatego, że nie mogę mieć
pewności, że po strzale moja ręka nie wpadłaby do bramki razem z piłką.
Pewnie zacząłem już was trochę przynudzać, o sporcie mógłbym pisać
bez końca, ale przecież Action Mag to periodyk dla intelektualistów, a nie
dla kopaczy. Więc to by było na tyle, bez szczęśliwego zakończenia, ciąg
dalszy nie nastąpi. Ostatni raz o przeszłości.
Chciałbym
podziękować Doorslaqowi - który napisał bardzo dawno temu świetny
tekst o braku gitary basowej, za natchnienie. Ten tekst to mój wkład do kącika
niespełnionych marzeń.
Do samego
siebie:
„Mogłeś być
królem, a jesteś chu...” (Wojciech
Łazarek)
QUASIMODO