„Odwrotnie”
„Najlepsi
nie byli czasem wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i
hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności,
brudnego zmieszania.”
„Sklepy cynamonowe”, B. Schulz
Motyle,
motyle...
Skoro
tyle marzymy o cudownej, wiecznej pamięci, wspomnijmy obrazy teraz zamglone w
chaszczach i gąszczu wyparcia.
Wspomnijmy
piękne obrazki i kolorowe nieba, z chmurkami tak waniliowymi, że teraz aż za
brzegi filiżanki się wylewającymi. Latawce wielkie, wyrwane z rączek,
furkoczące, napinające i prężące żyłki.
Wspomnijmy
nagich rodziców a zapomnijmy o ich twarzach. Koleżanki i kolegów w
piaskownicy, łopatki, wiaderka, sterty piasku. Przekopywane tunele, zamknięte
powieki, zabawki, żółte i czerwone.
Żółte
łapska i oddechy, ten błysk w uśmiechniętym oku i rozwarte nozdrza.
Rozchylone
poły materiału w niezrozumiałym pomieszaniu ciała, wychylającego się groźnym
jęzorem.
Paluszek
z paznokciem.
Wiatr
w uszach.
Na
łące ostre trawy i ciepłe podbrzusze, wykrzywienie twarzy, jęk, uśmiech,
jęk
i
spokój. Ból, a wokół motyle, motyle.
I
Nie
wszystek umrę? Nie wszystek
zmartwychwstanę; pozbawione mojego tuszu słowa zmienią się jedynie w ich
własne, więc i spłycą je, nagną, wynicują, rozedmą!,
rozepchną się chamy łokciami, wyżrą,
rozpastwią, zgniotą, rozprują, zmetaforyzują,
na pasaran, wyrecytują, znajdą,
a koniec końców – boże drogi, dlaczego? – zrozumieją
na własna modłę!..
II
Chwilami
każdy chciałby być inny. To prosta niekonsekwencja, wywodząca się jeszcze z
faktu istnienia wyobraźni, zdolnej góry rzeźbić i morza rozgradzać.
III
Nieraz
więcej spragnionych jest snu niż miłości.
IV
„zjednoczeni”
tanie
dzieci tanich kurewek
srom
wielodzietny w głąb ciemnych ścieżek
Miłości
Francuskiej modły i pacierze
amen
– w łóżku wyrasta ze mnie zwierze
Pax!
I spokój, i spokój w mej chuci
Spływa
po udzie, po twarzy – dla ludzi
Inną
ma twarz
Inną
na świecie
Ale
Wam, tanie kurewki, jestem raczej
Zwierze,
nie dziecię
Co
sypnie srebrnikiem, sypnie złotem
Dorwie,
obłapie, obleje potem
Stęknie,
posapie, jęknie, obłapie
Zawsze
pociągało mnie
Zjednoczenie
Oby
najtańsze.
V
Przyszło
mi żyć w robaczywym i gnojnym półświatku światłych ludzi. Odosobnienie
jest mi winem; ale skoro ogłaszam się jego znawcą, to dla przepłukania ust
potrzebna mi woda. Czy nie tak? To, co mnie stwarza, jest również na zewnątrz;
nie można istnieć w nieskończonym wsobnym chowie, nie istnieje ekosystem złożony
jedynie z drapieżników; przyroda nie degeneruje się dobrowolnie.
VI
-
Artur umiera – powiedziało dziecko. Mały chłopczyk zaprzestał zabawy w
piaskownicy, wiatr podniósł parę liści; skrzypnęło drewno ławki pod
lekkimi kośćmi dziewczynek.
-
Umiera? Co to znaczy? – spytała Jagoda?
-
Pójdzie do nieba. Albo do piekła. Umieranie to jest takie coś, gdy się
zasypia, tylko się nie budzi. – odrzekł poważnie Krzysiu. Dzieci pokiwały
zgodnie głowami.
-
Tak! – zaśmiała się Jagoda! – Tak było z moją babcią. Biedna babcia.
– posmutniał jej uśmiech.
Wyblakłe
kolory tanich sukienek, wytarte i wyprane, lśniły nieśmiało w słońcu.
-
To zróbmy mu prezent. Będzie go mniej bolało. Bo to umieranie to podobno
bardzo boli. – Dodał Krzysiu.
-
Śliwki! – Jagoda zeskoczyła niezgrabnie na chodnik – Zbierzmy mu śliwki!
Artur
uśmiechnął się na to; oczy dziecka zalśniły na krótko.
-
Co, Artur? Krzysiu, ty, ja – Jagoda wyliczała - ... pójdziemy, będziesz miał
pełno śliwek, bo pewnie umrzesz dopiero w szpitalu!
-
Naprawdę? Super! – ucieszył się Artur.
Gromadka,
śmiejąc się i rozmawiając o sekretach śmierci, wspięła się na wzgórze.
Dzikie łąki przedzielały ostrą szczeciną niebo. A nabrzmiałe robaczywymi
owocami śliwy rosły w zawiłych alejkach.
VII
Przyjdź,
gdy ja bez rynsztunku, gdy ja – nagi będę, gdy ja – goły będę. Okryty
rumieńcem przechylonego lica nie spojrzę Ci w twarz; wiedz o tym, wiesz o
tym?... nie spojrzę i na Twoje ramię, gdy szyją wtulony we włosy – nie
spojrzę, bo ja Człowiek Silny ad infinitum, ad infinitum, ad infinitum, nie spojrzę...!
VIII
Nie
pamiętaj, a niepamiętany będziesz.
Ex nihili! Twoje słowa mi jadem i srebrną nicią pająka,
uderz, uderz! Twoje słowa mi bliskie aż pierś piecze i trzewia skręca,
uderz, uderz!
Do głowy mi, bym zapomniał...
Mówisz: nie kochaj, a niekochany będziesz, przecież, mówiłeś,
pamiętam...
IX
Zbyt
późno bym jeszcze miał jakimi sokami kajać się za grzechy moje; bledną już,
bledną, nie istniały, nie istnieją,
Toż
to żadne grzechy,
Cóż
za diabeł mnie podkusił by
takimi je nazywać, te wybory moje?..
X
A
Ty, Panie Pastewny? Gram Ci w duszy Strachem Na Wróble, a Ty – patrzysz, a
nie widzisz?
Widzisz,
a nie grzmisz?
Fin
Ex
irae, z gniewu moje słowa.
Pazurkiem
po piasku, w powietrzu, po wodzie – rozepchną się fale, rozstąpią krawędzie,
rozejdą źdźbła traw.
I
tylko podniosę głowę w krwawy poranek – z grymasem wtartym głęboko w
twarz, z pyłem zamiast myśli
I
źdźbłami łąki w pięści.
Wyrwane pazurkiem
Kota z Cheshire