Adam

 

          Musiał to zrobić. Poczuł to, usłyszawszy głos. Głos mówiący mu, że został wybrany. Jest jedynym, który może ocalić świat od zagłady. Jest Kirimao - wybrańcem doznającym objawienia bogini Amadei.

         

          Zapytacie zapewne, czym jest kult Amadei i gdzie można się z nim spotkać. Odpowiedź jest prosta: taki kult po prostu nie istnieje. Amadea zrodziła się w chorym umyśle Adama już parę lat temu. Wierzył w nią, ubóstwiał i wynosił ponad wszystko co ziemskie. Lecz jeszcze nie wierzył w to, co mówiła. Dopiero teraz poznał prawdę: światu grozi zagłada. Za 2 lata, 8 miesięcy, 3 dni i 17 godzin żywioły połączą się w sojuszu przeciwko mieszkańcom Ziemi. Wybuchnie wojna, w której nie będzie bohaterów. Nie będzie bowiem możliwa jakakolwiek obrona. Wiatr rozpęta tornada, huragany oplotą cała planetę niczym wstęga śmierci. Będą niszczyć wszystko, co stanie na ich drodze. Nie istnieje dla nich słowo „litość”. Przecież nie mają sumienia. Siły ognia strawią lasy, domy, hektary pól. Powstanie ognista ściana przemierzająca kontynenty, szerząca dzieło zniszczenia, niemożliwa do zatrzymania. Ludzie będą szukali ratunku wypływając w morze. Tam będzie już czekała armia kolejnego żywiołu:wody. Nieustające sztormy nie pozwolą na ocalenie ani jednego statku. Tam, gdzie nie dotrą siły powietrza, ognia i wody, zadziała ziemia. Wstrząsy tektoniczne obalą całe miasta i nawet najtwardsze twierdze. Wojna ta będzie odpowiedzią Ziemi na niszczycielską działalność człowieka. Powstrzymać żywioły może tylko on. Amadea powiedziała mu to dzisiejszego ranka. Dlatego nie ma wyboru. Musi to zrobić.

 

          Jechał opustoszałymi ulicami miasta jak szalony. Jednak w miarę zbliżania się do celu, spuszczał nogę z gazu. W jego sercu pierwszy raz zakiełkował strach. Bał się. Coraz bardziej spuszczał nogę z gazu. Lecz decyzja została podjęta. Nie mógł się już wycofać. No bo czymże jest jedno życie w porównaniu z przetrwaniem ludzkości? Kroplą w morzu. Chyba. Nie, nie ma teraz czasu na sentymenty i wątpliwości! Zaparkował przed tym blokiem. Z łomoczącym sercem wszedł na górę. Drugie, trzecie, czwarte… Nareszcie piąte piętro, środkowe drzwi. Otworzył własnym kluczem. Dała mu go już dawno, chyba rok temu. Miała do niego zaufanie. Trudno się dziwić. W końcu się kochali, zamierzali się pobrać. Kochali się? W jej oczach nie było już tego blasku. On też nie wyczekiwał już spotkania, nie cieszył się na jej widok. Nie zależało mu. Jej chyba też nie.

 

          Cicho przemierzył przedpokój. Drzwi sypialni były uchylone. Otworzył je bezszelestnie. Nie spała. Siedziała tyłem do drzwi. Podszedł do niej od tyłu, trzymając w rękach naprężony, gruby sznur, opleciony wokół zaciśniętych pięści. Nie słyszała go. A może nie chciała usłyszeć? Przez chwilę popatrzył jeszcze na jej gruby, czarny warkocz, sięgający pasa. Potem zdecydowanym ruchem przerzucił ręce przez jej głowę, a gdy sznur znalazł się na wysokości szyi, pociągnął go do siebie. Próbowała się wyrwać, szukała ratunku, chciała krzyczeć, nie miała siły. Jej ręce w naiwnym odruchu próbowały odsunąć od krtani pętlę śmierci. Nadaremnie. Jej ciało bezwładnie osunęło się na podłogę. Morderca zatrzymał się. Z przerażeniem spojrzał na zwłoki ukochanej. „Co ja zrobiłem”- ta myśl nie dawała mu spokoju. Ale nie mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Musiał działać. Czasu było coraz mniej. Gdzieś tam, na skraju jego chorej świadomości kołatała mu się myśl o konieczności ocalenia świata.

 

          W kuchni znalazł duży worek na śmieci. Zapakował do niego ciało, przerzucił przez ramię i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.

 

          Delikatnie ułożył zwłoki na tylnym siedzeniu samochodu. Znów mknął opustoszałymi ulicami miasta nie zważając na znaki drogowe i światła na skrzyżowaniach. Niczym majaki gorączkowe wychodziły z jego ust pojedyncze słowa, przemieniające się w istny potok trudnego do zrozumienia, bezładnego bełkotu. Brzmiało to tak, jak gdyby przepraszał Edytę za to, że ją zabił i zapewniał, że u Amadei będzie jej dobrze, bardzo dobrze. Jechał na oślep znajomymi ulicami. W końcu dotarł na skraj lasu za miastem. Wjechał na leśną dróżkę. Za kapliczką w prawo, potem w lewo, znowu w lewo, prosto… Jest!

 

Zatrzymał samochód, a tylnego siedzenia wydobył ciało, które zarzucił na lewe ramię, na prawym zaś powiesił mocno sfatygowany plecak i ruszył w stronę, gdzie zarośla były gęściejsze. Gdy się przez nie przedarł, jego oczom ukazał się jakże znajomy widok. Sam zbudował ten ołtarz. Duże kamienie ułożone były na kształt pentagramu, w środku zaś znajdowało się prostokątne łoże ofiarne. Ułożył na nim zwłoki Edyty. Rozebrał ją do naga, jej ręce ułożył zgodnie z chrześcijańskim zwyczajem. Pogańska bogini, jego wyimaginowana patronka, domagała się krwi. By ocalić świat, musiał poświęcić to, co dla niego najważniejsze w życiu. Wybrał Edytę, swoją wielką miłość.

 

Lekarze orzekli potem, że objawienia Amadei mogły być ucieczką jego chorego umysłu od rzeczywistości. Nie chciał jej stracić. A tymczasem coraz bardziej oddalali się od siebie. On uciekał w świat pogańskiej bogini, kochał okultyzm i inne sztuki mistyczne. Ona go nie rozumiała i dlatego psuło się między nimi. Była kobietą sukcesu, mimo młodego wieku miała już wyrobioną opinię najlepszego adwokata w mieście. Na świat spoglądała spoza stert akt i kodeksów. Nie dostrzegała sfery duchowej życia, była ateistką, jej bogiem była praca, którą kochała ponad życie.

 

Adam stanął na skraju pentagramu, z plecaka wyciągnął świece. To było najważniejsze. Musiał stworzyć trzy trójkąty ognia wokół łoża ofiarnego. W przerwy między kamieniami wsunął świece. 48 świec. Święta liczba Amadei. Rozkładał je powoli, z namaszczeniem godnym boskiej chwały, dbając o dokładność w każdym szczególe. Wszystko musiało być zgodne z rytuałem. Gdy rozłożył wszystkie świece i zapalił je, na każdej ze ścian pentagramu rozpalone były małe punkciki. Stworzył trzy trójkąty. Następnie z plecaka wydobył kartki papieru z wypisanymi na nich słowami zaklęcia, które sam ułożył. Był pewien, iż jest to zaklęcie w pradawnym języku. Nazwał je necrico.

 

Owymi kartkami obłożył zwłoki Edyty. Wydobył z plecaka dwa krzemienie i począł je o siebie pocierać. Udało się. Po krótkiej chwili spod gorących krzemieni poleciała iskra. Papier zajął się ogniem. Adam szybko przeszedł na skraj pentagramu i począł odmawiać necrico:

 

Mongore tu kesta sondero

Amao

Farondo umiquao tumero

Amao

Amadea franta

Amadea franta

Amadea peroseto forde

 

Powtarzał je ciągle, patrząc, jak ciało jego narzeczonej powoli zajmuje się płomieniem. Widok był niesamowity. Przepowiednia sprawdzała się na jego oczach. Czuł, jakby czas przestał płynąć. Oto ujrzał przed sobą słup ognia w trzech ognistych trójkątach. Słowa necrico wypowiadał z coraz większą pasją, był w amoku. ”Farondo umiquao tumero”. Nie widział już nic oprócz ognia, jasności, drzew, twarzy… Twarzy? Nagle przed oczami stanęła mu twarz Edyty. Przecież byli szczęśliwi, było im tak dobrze… Przecież on ją kochał!

 

Podbiegł do łoża ofiarnego. Ogień już dogasał. Padł przed nim na kolana i zaczął płakać. Łzami rzewnymi, szczerymi, pełnymi skruchy i nienawiści do samego siebie…

 

Kokos