13
marzec 2007


kontakt

Strona - 07 - Richard Bona...

Gerald Toto, Richard Bona, Lokua Kanza, "Toto Bona Lokua"

Nie miałem pojęcia, że taki album istnieje. Jest to o tyle dziwne, że jeśli interesuję się jakimś wykonawcą, to mam przynajmniej pobieżne wiadomości na temat wszystkich studyjnych albumów, wiem, że takowe istnieją i przeważnie widząc je na półkach sklepowych nie przeżywam szoku, jakiego doznałem spoglądając na tę płytę. Ktoś może stwierdzić, ze przesadzam i zapewne będzie miał rację, ale tak już mam, że lubię wiedzieć, jakie krązki z nagraniami studyjnymi wydał jeden z moich ulubionych wykonawców.

Rzut okiem na spis utworów wystarczy, aby przekonać się, że Panowie równo podzielili się trudem kompozyji piosenek, każdy z nich napisał cztery i muszę powiedzieć, że wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie i są ujmujące. Nastrój panujący na płycie jest żywcem wycięty z Afryki, a konkretnie z afrykańskiej muzyki etnicznej, co nikogo nie powinno dziwić, jeśli weżmie się pod uwagę pochodzenie artystów. Chciałbym tutaj przybliżyć Wam nieco muzyków, którzy odpowiedzialni są za tę płytę. Tak oto pierwszym będzie Richard Bona, jednak wydaje mi się, że tego Pana nikomu przedstawiać nie muszę, zatem przejdziemy od razu do kolejnej postaci, którą będzie Gerald Toto. Urodzony na Karaibach kieruje się raczej w stronę soul'u aniżeli afrykańskiej muzyki etnicznej, co dość wyraźnie słychać na tej płycie. Z kolei Lokua Kanza, to muzyk pochodzący z Kongo. Zapewne dlatego, płyta ta kieruje się bardziej w stronę Afryki niż Karaibów.



Główną zaletą tego albumu są oczywiście partie wokalne. W większości utworów odgrywają one rolę pierwszoplanową, a w niektórych pojawiają się tylko one, bez towarzystwa instrumentów, które pojawiają się tylko w tle i przeważnie jest to tylko sekcja rytmiczna. Całość przypomina twrczość Bobby'ego McFerrin, a w szczególności skojarzył mi się album "Simple Pleasures" ze swoimi wesołymi utworami wykonywanymi a cappella. Nie oznacza to jednocześnie, że nie dane nam będzie usłyszeć tu żadnych innych przedmiotów wydających dźwięki. Pojawiają się również gitary oraz bas i fortepian, jednak nic nie potęguje tak klimatu, jak wyciszona sekcja rytmiczna w tle. Nastrój panujący na płycie jest dość leniwy, jednak spokojnie można ją słuchać zarówno wiosną, jak i latem, jesienią oraz zimą, ponieważ, jak każdy projekt w którym bierze udział Richard Bona, album ten poprawia humor w sposób niesamowity.

Płyta jest bardzo dobra. Aranżacja utworów nie budzi żadnych zastrzeżeń, a partie wokalne są po prostu genialne. Polecam.

Autor: Iskendarian  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)