Religia do kościołów!!! A może...
Nie tak dawno, bo jeszcze przed 20 laty, i nie za siódmą rzeką, bo nad naszą poczciwą Wisłą, istniał sobie twór państwowy o zajeżdżającej neoplazmem nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rzeczony twór cechowała, między innymi, nienawiść do religii chrześcijańskiej, a szczególnie katolickiej. Polacy walczyli z peerelowskim rządem o swój "zabobon" z podziwu godną konsekwencją. Walkę tę wygrali. Niektórzy zapłacili własną krwią, żeby ich dzieci mogły uczyć się "reliktu średniowiecznego ciemniactwa". Nasuwa się pytanie: Po co? Po co uczyć w szkole o Bogu, którego istnieniu przeczy Nauka? Który być może wcale nie istnieje?
Zostawmy to na chwilę. Włączmy, np. Discovery Travel and Adventure (lub inny, byle nie Science). Następnie poczekajmy na pierwszy z brzegu program podróżniczy. Już po chwili oglądania (zakładamy, że nie trafiłeś/aś na program o kraju z europejskiego kręgu kulturowego, względnie reklamy) rzuci nam się w oczy diametralna różnica pomiędzy kultura naszą i rzeczonego kraju. Odmienności mogą być takiego rzędu, że będą nas nieledwie śmieszyć. Skąd takie różnice kulturowe?
"Mały słownik języka polskiego" podaje: "kultura - całokształt dorobku ludzkości, wytworzonego w ogólnym rozwoju historycznym lub jego określonej części". Warto zaznaczyć, że jest to definicja niepełna, skądinąd wiemy, że zabrakło w niej słów, "na danym obszarze". Dla przykładu, spójrzmy na specyficzną kulturę Państwa środka, Chin. Kulturę starą, szlachetną, której nie zdołały wykorzenić długie lata komunizmu (względnie, jak kto woli, maoizmu). Wszyscy wiedzą, że opiera się ona na konfucjanizmie i laoizmie (nie mylić z taoizmem). Dwie filozofie, które dla Chińczyków stały się niemal religią. A Europa?
Wszyscy pamiętają nazwiska greckich filozofów: Platon, Arystoteles, Sokrates, Zenon z Kition, Diogenes i wielu, wielu innych. Powierzchowna tylko wiedza o nich daje nam też pojęcie o przepaściach, które dzieliły ich filozofie. Te systemy wartości, te fundamenty to było za mało, żeby móc wpłynąć na cały kontynent. Były zbyt zakorzenione w Grecji, by podbić Europę. Potrzebowały sprzymierzeńca. I znalazły aż dwóch.
Pierwszy, chwilowy i nie do końca zamierzony, to Cesarstwo Rzymskie. Dzięki niemu większość Europy uzyskała cywilizację. Uzyskała dostęp do osiągnięć Greków na polu filozofii (przypominam, ze uczono jej w większości rzymskich szkół.) Ale to było za mało, te skomplikowane i nie dla wszystkich dostępne nauki trzeba było rozumieć. Ludziom potrzeba było czegoś, co można by czuć. Drugi sprzymierzeniec przyszedł z najmniej oczekiwanej strony.
Mówi się, że chrześcijaństwo (jak również judaizm i islam) to religia Księgi. Najmocniejsze swe oparcie ma w Nowym Testamencie, wyraźnie różniącym się od poprzedniego Starego Testamentu (patrz judaizm). W Nowym Testamencie opisano życie i nauki Jezusa. A On nie brał ich z sufitu! Syn Boży (dla niewierzących: człowiek, który się pod niego podszywał) był osobą bardzo inteligentną i światłą. Znał dorobek Greków i wiedział, że wiele elementów stworzonych przez nich filozofii jest zbieżnych lub wręcz tożsamych z nowo kształtującą się religią. Nauczając, głosił nie tylko posłanie swego Ojca (dla niewierzących: swoje), ale dołączał także elementy greckie, tworząc zupełnie nową jakość: chrześcijaństwo. Nowa religia rozpełzła się po cywilizowanym (rzymskim) świecie i okazała się hitem! W końcu ludzie otrzymali coś, co rozumieli! Nie skomplikowane treści pisane trudno zrozumiałą greką, ale proste, przejrzyste nauki, zrozumiałe dla każdego, które można było objąć uczuciami, które właśnie w sferze uczuć najlepiej się sprawdzały. To dlatego chrześcijaństwo przetrwało upadek Cesarstwa. Trafiło do ludzi, a ludzie zachowali je w sobie i przekazali dalej. Chrześcijańskie nauki moralne utkwiły głęboko w ich duszach, pomagając im przetrwać najazdy barbarzyńców. A potem założyły podwaliny pod nowe państwa, wyrosłe na gruzach Imperium Romanum. Chrześcijaństwo stało się przetrwalnikiem chwały upadłej cywilizacji, zarodkiem porządku, który przetrwał barbarzyński chaos. Stało się fundamentem nowej Europy. Stało się Europą.
Króluje pogląd, że podczas 45 minut z księdzem uczymy się religii To bzdura. Religii nie można się nauczyć. Klepanie przez całą lekcję nic nie daje. Na religii powinniśmy uczyć się o nas samych, nie klepaniem bez sensu modlitwy, lecz moralności, która za nią stoi. Tych wzorców, które uformowały Europę. Korzeni naszego sumienia, które tak wrosły w świat dookoła nas, że aż ich nie zauważamy. Nie wierzycie? Włączcie na powrót telewizor. A potem w spokoju przemyślcie to, co zobaczycie.
Na zakończenie pragnę jeszcze uściślić trzy rzeczy.
Pierwsza: Nie każę każdemu Europejczykowi wyznawać chrześcijaństwa. Są inne religie. Ale protestuję przeciwko zapominaniu o własnych korzeniach.
Druga: Pamiętam, że chrześcijaństwo to nie tylko katolicyzm. Ale przypominam, że katolicyzm w swej pierwotnej, prawdziwej formie jest tym, o czym pisałem dwa akapity wyżej. I, jeśli wrócimy do jego korzeni, do nauk, które stoją u jego podstawy, takim pozostanie.
Trzecia: Z pewnością jest wiele osób, które potrafiłyby to, o czym pisałem, wyjaśnić lepiej, precyzyjniej i w sposób bardziej przekonywujący. Tym niemniej, ponieważ nie słyszałem, żeby którykolwiek próbował, zdecydowałem się zrobić to samemu. Mam nadzieję, że ten artykuł wywoła choć chwilę namysłu.