PALCE W AUTONOMII
Tak sobie na to - zaraz powiem, co - czekałem spokojnie, bez wspomagaczy i z
wielką dozą cierpliwości. Otóż dyżurny cynik mojego rodu, ja, dotarł do
skrzyżowania na swojej życiowej highway to hell, gdzie stoi wieloznak, a nad
nim lewituje wielki, migający szyld "Pisanie Stop". Ubieranie mojego
światopoglądu w słowa zaczęło mnie szczerze nudzić.
Ostatnimi czasy dosiadając klawiaturę podświadomie stylizowałem się na
kowboja ujarzmiającego byka w teksańskim finale rodeo. Prosty, zwykły boy z
jeszcze zwyklejszym kapeluszu (w moim przekładzie - jakością twórczości)
nachalnie zwracający na siebie uwagę. Brnąłem w tę tandetę, bo było to
zajęcie miłe i erotycznie pieszczące moje ego - to alter też - będące
rekompensatą za bolączki i jednoznaczne gesty środkowym palcem, jakimi
obdarowywał mnie los. Szybki i ekonomiczny trik ulatniania złego humoru,
odstresowujące walenie gruchy w kiblu według humanisty. Pewnie onanizowałbym
się w ten sposób znacznie dłużej, aczkolwiek na próbę zdjąłem ze swoich
aspiracji pisarskie chomąto i dałem im pięć minut wolności. Na siłę odpuściłem
sobie z nieustannym postrzeganiem wszystkiego zza klawiatury i monitora, rozglądnąłem
się za czym innym. Słowa zaczęły mi ciążyć, pięciominutowa samowolka się
przedłużyła.
Kilka ostatnich prób przeniesienia na stały binarny grunt ciekawej myśli,
niekiedy zahaczającej o jakiś sens, zatrzymywało się na dłużej niż
dwie-trzy minuty, wtedy stosowałem hakerski chwyt Alt+F4. A takich chwil przy
pisaniu każdego z ostatnich tekstów miałem więcej niż wystukanych już znaków.
Zacząłem eksperymentować, miksować style. Ścieżka tych prób i błędów
nie była oszlakowana jakimkolwiek konspektem ani pomysłem. W ten sposób wyrosła
na moim pulpicie pokaźna plantacja osieroconych przez moje chęci plików
tekstowych. Aż tu bęc, żarówa nad głową. Pomysł! Jego pełne wykonanie
wymagało pracy na większą skalę. Książka. Zapowiadało się ciekawie, idea
na czasie, modna, może wypalić. Po kilku stronach napotkałem w głowie wielką
czarną dziurę - ot, cała historia mojego projektu, notatek, zapisków i wiążącego
to wszystko słomianego zapału. Ot, cała historia mojej pisarskiej kariery.
Prawdopodobnie mój syndrom charakteryzuje większość tekściarzy w tej fazie
rozwoju - kiedy retrospekcja własnej dotychczasowej działalności wydaje się
wykwintnym marnowaniem czasu. Myśli się, że teksty nie mówią o tym, co miało
się na myśli, a tylko delikatnie ocierają się o tę myśl. Że nigdy, od
tytułu po ostatnią kropkę, nie zobrazowało się swojego pomysłu w stu
procentach i fakt ten przesłaniany był przez zwinnie napisane zdania. Że gówno
z ciebie, nie pisarz. Jeśli u mnie to rzeczywiście jest tylko częścią
rozwoju, to nosi nazwę apogeum.
To czym mógłbym się zająć? Bo nie umiem patrzeć na świat z bezpłciowej
perspektywy, bez pasji lub jej młodszego brata - hobby. Jules miał dobry pomysł.
Pieprzyć wszystko, życiowy dobytek zredukować do wielkości marketowego wózka
na kółkach, zacząć chodzić po ziemi. Zostać pasterzem, chodzić tak, dopóki
Bóg (dziwna interpretacja Głosu W Głowie) nie zażyczy sobie inaczej. Proste
i filozoficzne. Z drugiej pulp-strony określenie Vincenta takiego zachowania
wywołało echo rozsądku w mojej głowie (u Julesa już nie...). Pisać na
pewno nie zamierzam (uff - reakcja tłumów) i zapewniam, iż nie chodzi teraz o
reakcję czytelników i stawianie mi pomników, tylko czuję, że to nie to.
Jednak nie to. A przynajmniej na razie, więc póki co, będę zapełniał
szufladę. Talent muzyczny ograniczony mam do postaci słuchacza melomana, gra
na gitarze wbiła w glebę moją cierpliwość. A fotografia? Odkąd mam własny
aparat wszędzie błyskam fleszem. Tak żyć sobie i rejestrować okiem wartościowe
dla obiektywu fanty, by wrócić później z moim Vectorem 35mm i flash!nąć
sobie? Się zobaczy, choć wątpię. A film? Do nakręcenia amatorskiego filmu
wiele nie trzeba, zwłaszcza gdy jest to film dwu-trzyosobowy, filozoficzny oraz
posiadający walory obrazu ambitnego, nie efekciarskiego. Niestety, znając
siebie, szybciej niż w połowie roboty uczucie zniechęcenia uderzy we mnie z
siłą meteorytu.
W każdym rozpatrywanym zajęciu szukałem możliwości wyrażenia siebie,
zaprezentowania publiczności Świata według Piotrusia Pana
zachodnio-pomorskiej Nibylandii, czyli mnie, wiecznie niezdecydowanego
dzieciaka. Jednocześnie nie cierpię obecnego trendu popkultury, jakim jest
masowe wyrażanie siebie. Połowa komercyjnych chwytów opiera się na hasłach
typu "wyraź siebie", "bądź sobą", "zostań sobą",
zapewniając gratisowo o wyjątkowości potencjalnego klienta. Rzygać mi się
chce od tej płytkości, mdłe to. Nowa odmiana wyścigu szczurów - na torze własnych
wyjątkowych osobowości. I w tej sytuacji wychodzę na kolejnego zakłamanego
hipokrytę, co to plącze się w gąszczu własnych poglądów. Nic, tylko czekać,
aż przytrzasnę drzwiami szczurzy ogonek. Tu właśnie dochodzę do szczerej
spowiedzi: mam was w dupie. Odkryłem w sobie obojętność na zewnętrzne
komentarze i skutecznie wkomponowałem ją w ambicje. Tworzę, bo lubię. Sztuka
dla sztuki, pomyśli czytelnik. Nie przeczę, nie bronię się. Bo - uwaga, ważne
- mam to przecież w dupie. Chcę być sobą, a nie regulowanym przez cudze
opinie multimedialnym błaznem.
Wracając do wieloznaku na autostradzie - gdzie iść? Zamykam oczy. Entliczek,
pętliczek - czerwony stoliczek, puszek okruszek - spalony brzuszek, idę tędy
- zostawiając głupot rzędy. Nieoznakowana, anonimowa szosa. Cóż, spadam.
Na razie...
26/12/06
Michał Chmielewski