Nocna schi

 

 

2.10

Ciemność wszędzie.

Pstryk. I nastała światłość. Trochę przytłumiona, trochę sztuczna- zresztą- jak wiele innych rzeczy na tym świecie.

Ból jest jeszcze w powijakach. Ale urósł już na tyle, by wyrwać mnie z dającego zapomnienie i ulgę snu

(Rzeko, która niesiesz mnie,

Powiedz ile jeszcze razy zmienisz bieg…)

Co? Co? Eh, daj mi spokój.

Ahhhh… pierwsza mocniejsza fala przeszła przez nadzwyczaj wyczulone nerwy.

O czym to ja…

Wzrok biegał po suficie, podłodze, falujących ścianach, ale jakoś dał się okiełznać. Padł na leżącą na poduszce obok książce. Ta… odwrócić uwagę umysłu od fizycznych doznań.

( oj prawie jak buddysta, He)

(prawie robi wielką…)

Otwieram na zakładce.

Kingu. Tom pierwszy. Mroczna wieża.

Trybiki wkrótce zaskoczyły i maszyneria wyobraźni wzięła rozpęd. Wskoczyła na prawidłowy tor i tak się przekulała przez trzeci rozdział, czwarty rozdział…

3.15

Znów ciemność. Żadne ustrojstwo nie przeszkadza mi w pełnej skupienia kontemplacji głębokiego, nisko tonowego bólu.

(Oo, narcyz się nazywam,

Magic people, voodoo people

Tu turutu tu tuturu turu…)

Aaach… fala gorąca i zimny pot. Bosz… dajcie mi kulkę.

Martwa twarz w odległym rogu łóżka. Martwa-nie martwa- ale swoim niewidzącym wzrokiem wierci w mojej skromnej osobie. To znajomka z „The Shutter”.

(… niewidzącym wrokiem

I sądzisz!

Kyrielejson.)

Szponiasta, przegniła ręka zaciska się na błyszczącej jedwabiem pościeli.

(… Okazja! Tanio! Pobudź swe zmysły!...)

Nooo… zmysły pobudzone niemal, że tak powiem, do granic wytrzymałości.

Trzecia godzina, godzina trzecia.

Dlaczego reżyserzy wybierają zawsze negatyw godziny śmierci Chrystusa na czas nawiedzeń/ śmierci/ opętań itd., itp.? To przecież już tak obcykane… Jak już ma mnie coś odwiedzić z zaświatów to niekoniecznie w…

Hej! Zjawo! Pograsz w szachy? Goniec, królowa, wieża, mat! Ha, haha!

( When I see Her eyes,

Looking to my eyes

Then I realize…)

Coś koło 4.00

Trik, trik, trik, trik…trik.

Od kilkunastu minut miarowo, uderzam paznokciem w niedoklejoną tapetę.

Ech… co za przyjemność.

Chwilowa cisza… Paroksyzm bólu dowodzi, że mój paznokieć jest jedyną drogą wyzwolenia. To musi być trik, trik, trik…

Pewnie tak wyglądają wariaci w pustych, białych pokojach. Stukają w ścianę z wyrazem błogości na twarzy.

6.30

Jasno się robi. Na tyle, ze mogę to pisać bez światła. I nawet zaczynam łączyć obrazy w sensowniejsze myśli.

Kogoś tam wczoraj niechcący uraziłam. Ech, znowu ściemniam. Nie niechcący. Jak najbardziej chcący. A w ostatnim przypadku z niekłamaną przyjemnością zcierałam w pył przekonanie zainteresowanej osoby- święcie przekonanej o mojej delikatności. Jakoś tak mam, ze jak ktoś za bardzo się zbliża to nie mogę inaczej i odpycham. To jest jeszcze dziwniejsze niż pstrykanie w tapetę. I nawet jak już kogoś skrzywdzę, to jestem obrażona, że ta osoba klei się do kogoś innego. Bosz… ale jestem poiebama.

Ludzie zawsze czerpali satysfakcję z zadawania bólu innym. Tak- człowiek wielki jest. Nie tylko w swoim miłosierdziu.

(modliszka zjada samcowi głowę, jeszcze w trakcie kopulacji, a ten poddaje się…)

8.00

Rozjaśnia się na dobre. Ból gdzieś tam się jeszcze tli. W końcu przysnął. Przynajmniej on. Mi też już ręka opada…

(zmruż ooczęta swoooje, tyć dzieciątko moooje…)

Dzień nadchodzi, mrok ucieka w zakamarki, piwnice, dusze…

Słońce wstaje, a ja idę spać. Prawie jak wampir nie?

(prawie robi wielką…)

W końcu coś zwolniło i urywki piosenek przestają mnie nawiedzać. Nawet kilka trzeźwych myśli się przyplątało- Czy w ogóle da się to przeczytać? Ciekawe, co jest w lodówce…

 

LiDiablok

 

P.S. Słuchałam… Nie słuchałam podczas pisania niczego. Próbowałam zasnąć :/