INNY - TEN SAM - ŚWIAT

 

- Minął już rok. Opowiedz, jak tam było.

- W Orta Novie?

- Tak.

            Siedziałam na kaloryferze, w pokoju mojego brata. Razem z nim, jego dziewczyną i mamą. Zawsze, gdy wracał z Włoch, wszyscy kręcili się wokół niego. Był centrum całego domu. Chłonęłam każde jego słowo nie tylko dlatego, że przez ponad pół roku go nie widziałam. On w ogóle jest niezwykły, charyzmatyczny. Dosłownie każdy osobnik- nawet obcy- po kilku minutach rozmowy z nim, traktował go, jak starego kumpla. Też bym tak chciała. Pech chciał, że jestem w tym względzie zupełnie inna.

            Od kilku minut przysłuchiwałam się rozmowie o pierdołach. Teraz, na prośbę naszej matki spojrzeliśmy na niego wyczekująco. By sprostować- minęło 1.5 roku, od czasu, gdy mój brat był w obozie. Ale nigdy nie słyszałam szczegółów.

- Właściwie, to z Darkiem cały czas robiliśmy sobie z tego jaja.- zaśmiał się. Akurat w to mogłam uwierzyć. Potrafi się śmiać z wszystkiego.- Gdy pierwszy raz wjeżdżaliśmy do obozu, Darek do mnie „ Chyba pomyliliśmy obóz, to nie tu!”. Za wysokim na kilka metrów ogrodzeniem stały baraki. Właściwie ruiny. Zresztą- i tak większość z nas spała w namiotach. Więc, jak wjechaliśmy tam po raz pierwszy, patrzymy- wszędzie murzyni. W sensie- spaleni od słońca. Faceci jakoś wyglądali, ale kobiety… te miały najgorzej. Były całe oklejone brudem, ręce zielone od pomidorów, niedające się domyć. Jeden z nas, jak to zobaczył, zaraz za telefon i do żony dzwoni, i takim piskliwym, damskim głosem: (tu zaczął udawać gościa z telefonem) „Kurrrwa… gdzie ja jestem?! Gdzie ja jestem?!”

            Tu mama przerwała i zaczęła wypytywać o jakieś szczegóły, m. in. Jak reagowali inni.

- My z Darkiem jakoś sobie radziliśmy. Ale byli niektórzy… Pierwszy raz widziałem, żeby facet tak płakał.

Kobiety miały gorzej nie tylko z naturalnych przyczyn.- kontynuował- Pracowały ciężej i dłużej od nas. My, znaczy, mężczyźni, wstawaliśmy do pracy na 4 rano. One na 3. A pracowaliśmy do tej samej, 21. Najpierw robiły w magazynach, a koło południa przywożono je do nas, na pole.

Nie mogliśmy się spóźniać do pracy. Punktualnie o 4 musieliśmy być przy samochodzie, który nas zawoził na pola. Jeżeli ktoś zaspał, to przychodził po niego kapo. Specjalnie na te okazje nosił metalowe buty. I pierwsze, co robił, to wchodził do czyjegoś namiotu tym właśnie butem.

- Metalowe buty?- przerwała mama.- Przez cały dzień je nosił?

- Nie no, tylko rano, do budzenia.- znów się zaśmiał- Większość z tych kapo, to byli tacy….- pokręcił głową.- Pracował z nami taki dziadek. Miał 58 lat. Raz, rano, przy zbiórce ustał zbyt blisko za plecami faceta, który odczytywał nazwiska. Temu się to nie spodobało. Tak skopali tego dziadka, że ten nie mógł wstać. A później wrzucili go do nas, na wóz, by jechał do pracy.

- I pracował?!

- No jak miał pracować? Leżał tak. Innym razem, na polu, pilnował nas drugi kapo. Taki mały kurdupel, a menda jak nie wiem. Wkurzył Pudziana, znaczy gościa, który z nami pracował( A mianowaliśmy go tak ze względu na jego rozmiary). No, więc Rudzian go zdzielił w twarz.- tu brat pokazał mniej więcej jak- Tak, że ten się potoczył pod wóz i tam leżał kilka minut. Ale za to wieczorem jego kumple się zemścili. Jak skończyli z Pudzianem, to go rzucili pod mur obozu. Leżał nieprzytomny przez kilka godzin, a my nie mogliśmy mu pomóc, nawet podejść. Zrobiliby z nami to samo.

            Nie przez cały czas pracowałem na polu. Na jakiś czas trafiliśmy z Darkiem do magazynu. Kroiliśmy pomidory na pół i układaliśmy na stołach, by się wysuszyły. Tak się wydaje, ze to lekka praca… Później przyjechał jakiś facet. Pewnie myślał, ze to ja jestem kapo. Bo mówił tylko po angielsku, a że nasz prawdziwy kapo ani be, ani me w tym języku, to ja z nim rozmawiałem. Kazał nam ważyć wysuszone pomidory i kłaść je do skrzynek. W każdej po 10 kilo. I jeszcze miałem nadzorować innych, by wybierali tylko te naprawdę suche, od wilgotnych. Ja myślę- a pierdzielę! Kapo nie jestem, dajemy jak leci. Załadowaliśmy 100 skrzynek. Facet znów przyjechał. Kazał mi jechać ze sobą do magazynów ( stamtąd pomidory miały gdzieś lecieć do Chin, czy Japonii…). W międzyczasie, ktoś podpieprzył 6 skrzynek. Dopiero na miejscu okazało się, że tyle- a- tyle brakuje. W dodatku zachciało im się sprawdzać, czy pomidory są naprawdę oddzielone. Zrobiło mi się gorąco. To się modlę, by wybrali jakąś „reprezentacyjną” skrzynkę. Wybrali inna. I zaraz na mnie, że co to jest itp. Ja wzruszam ramionami, ze nie wiem, bo ja tu tylko ważyłem. Żeby się kapo spytali. To ten facet, co mówił po angielsku pojechał do naszego kapo i zaczął go opieprzać. A się śmiałem… tamten może coś zajarzył, ale tylko bez przerwy powtarzał „Si! Si…Si!”.

A właśnie. To jedzenie, które ze sobą wziąłem do Włoch, nie na długo starczyło. Choć i tak miałem lepiej, niż ci, co ze sobą nic nie wzięli. Jedliśmy tylko to, co sami ukradliśmy. Bo nie dostawaliśmy nic. Najważniejsza była woda. Jak nie miałeś ze sobą, na polu z 5 litrów, to nie mogłeś wytrzymać.

- Ale takiej żółtej, jak pokazywali w telewizji??

- Po trzech dniach biegunka ci przechodziła.- zaśmiał się na widok naszych min.- Braliśmy ja z kranów, do baniaków po winie. A wino było tam tańsze od wody. Nie głodowaliśmy, bo cały czas zapychaliśmy się owocami. I tak przez te trzy tygodnie schudłem 7 kilo. Ale jaki opalony byłem…

            Dosyć łatwo udawało się kraść. Raz zapędziliśmy się z Darkiem na pole dalej. Tyle arbuzów…No to jednego pod pachę, drugie, ze dwa pod sweter… ale i tak musieliśmy dwa zostawi, bo się nie zmieściły. I do obozu wracamy, niby, ze coś nas boli. A śmieci jak wynosiliśmy! Kilka razy dziennie, kiedy inni raz na tydzień. To, dlatego, że kontenery stały koło pól z winogronami. I gdy ja powoli zrzucałem śmieci, Darek z reklamówkami zgarniał owoce. A jak melony kradliśmy…

- To my tu się nad tobą użalamy, a ty tam szwedzki stół miałeś!- rozmowa znów na chwilę zeszła na pierdoły.

- Przez trzy tygodnie z Darkiem wyrabialiśmy najwięcej normy. Co innego mieliśmy robić? Zapieprzaliśmy cały czas na tych polach.

- Ale dostaliście za to więcej kasy?

-Może na papierze- parsknął ironią- Do tej pory nic nie dostaliśmy. Jak po trzech tygodniach pojawiła się policja, karabinierzy, to przynajmniej trochę sobie to odebrałem. Na jakiś czas wzięli nas wszystkich do paki. Tam przesłuchiwali. W szoku byłem, jak się okazało, ze wszyscy mówią, ze byli w tym obozie jako turyści. To mówię, że pieprze to!, w końcu nie po to 3 tygodnie za darmo zapieprzałem! Poszedłem do Centronego( konsul honorowy) i powiedziałem, ze opowiem wszystko, jak było naprawdę.

            Później razem z karabinierami pojechaliśmy do obozu. Zaczęła się rozbiórka. Dziennikarze wjeżdżali ludziom do namiotu, wszyscy się zwijali. Biegali z jednego miejsca w drugi. Ogólny chaos. Tak myślę, że teraz sobie odbiję. Mówię do konsula, że muszę wrócić po swoje namioty. Ten, żebym zrobił to szybko, bo zaraz po nas autobusy przyjadą.

- I masz te sześć namiotów?? Ale jakie?

- A mam… Nie miałem jak się z nimi zabrać do Polski. Następnym razem jak już przyjadę samochodem, a nie samolotem to je ze sobą wezmę. Takie dwuosobowe. Na większe nie było czasu.

            Wiedziałem gdzie mieszkał jeden kapo. Już w środku buszowali dwaj Ukraińcy, bo karabinierzy wyważyli mu wcześniej drzwi. Czapnąłem DVD. Ale na zewnątrz jakiś karabinier zaczął się ze mną szarpać, to w końcu mu to DVD oddałem. Niech się cieszy chłopak. Nie miałem czasu, wróciłem do konsula. Ten mi mówi, że ja, to mam u niego pracę bankowo. I zaczynam od zaraz. Powiedziałem, że ja mam tu trzech kumpli. I ich nie zostawię. Kazał mi ich wskazać. To wziąłem Darka, Dziadzia i jeszcze jakiegoś gostka, jaki się nawinął a jakiego kojarzyłem z widzenia. I wszyscy trafiliśmy do Centronego. Jest spoko. Nie wszystkim, ale wielu Polakom pomógł. Na jego koszt wrócili do kraju.

            Po jakimś czasie, jak już pracowałem u Domenica, dostałem listę zaginionych Polaków i razem z policją jeździłem po obozach i ich szukaliśmy. Znaleźliśmy 12, zidentyfikowanych później zwłok i kilka niezidentyfikowanych. Pamiętam, jak jedne leżały koło torów. Ze szmatami owiniętymi wokół szyi, oblane benzyną i spalone. A ten buc, lekarz z miejskiej policji, stwierdził, że to samobójstwo. Dopiero policja w Rzymie to skorygowała.

            Wiecie, co jest najgorsze? Że to Polacy okazali się dla swoich rodaków takimi skurwysynami. Owszem- obóz był we Włoszech. Ale część kapo, to byli Polacy. I to oni byli dla nas najgorsi. Z niektórymi Włochami nawet dało się pogadać. No i przecież, to Polacy, a nie Włosi nas sprzedali do obozów.

 

Minęło półtora roku. Po likwidacji tego pierwszego obozu, w „Interwencji” pojawił się kilkuminutowy reportaż. Raczej nie zainteresował jakiejś szczególnie szerokiej rzeszy odbiorców. Obozy dalej były. I nagle wszyscy zaczęli się budzić. Zrobił się szum. Przypomniano sobie, ze przecież rok temu takie coś było. Teraz znów ucichło. Ale czy za rok to się nie powtórzy? Może rzeczywiście, zlikwidowano już wszystkie obozy.

Być może niechcący zmieniłam jakiś szczegół. Ale jeśli już, to mało istotny. Dlatego najłatwiej mi było pisać w formie słuchacza J Gdyby to było w pierwszej osobie, najpewniej wplotłabym jakieś wodolejne refleksje- do czego mam skłonności.

 

LiDiablok