Nie lubię czytać.
Znaczy lubię, ale miałem ochotę zasiać na wstępie ziarno delikatnej
kontrowersji. Jednakowoż nawet bez naginania faktów autentycznych na potrzeby
felietonu (o tych nieautentycznych faktach nie wspominając) przyznać mogę, że
znam całą masę lepszych niż gapienie się na papierowe prostopadłościany
sposobów, by swój czas wypełnić. Czy to będzie granie w gry komputerowe,
czy oglšądanie filmów, czy (po)tworzenie tego lub owego, czy też czytanie -
ale komiksów - wszystko to na mojej osobistej licie zatytułowanej "moja
osobista lista sposobów na walkę z nudš" stoi wyżej od książki. Tak!
W tym włanie momencie powinienem zapewne odkryć w sobie gburowatego troglodytę,
antykulturalną, antyintelektualną, antyartystyczną, krańcowo uwstecznioną,
prymitywną masę. Wiadomo mi przecież, że czytać każdy musi. I nie ma
lepiej lub gorzej - życie to nie piosenka, życie to nowela (jak mówią słowa
piosenki). Nie ma też w tak ważkich sferach miejsca na żadne "de
gustibus", na żadne "non disputandum" nawet - czytanie wszakże
wzbogaca wyobraźnię, dodaje nowe słowa do naszych osobistych słowników (nie
tych w telefonach), wprowadza nas w magiczne i wspaniałe światy, poszerza naszą
wiedzę, odkrywa nowe horyzonty i w ogóle i w ogóle nas odchamia, sterylizuje,
rozmagnesowuje i czyni lepszymi ludźmi. Jakże to się więc godzi, by czytania
ktokolwiek mógłby, o zgrozo, o Jezu, o Boże... NIE LUBIĆ?! (Bosek, zawołaj
matkę - napisałem to!) Mógłby oczywicie, pod warunkiem, że jest gburowatym
troglodytą ,antykulturalną, antyintelektualną, antyartystyczną, krańcowo
uwstecznioną, prymitywną masą (żulem, dresiarzem tudzież fanem [prawie] śpiewających
owoców).
W tym momencie, zadając poniższe pytanie, dochodzimy do sedna sprawy (o ile
sprawą jest treść niniejszego felietonu). Albowiem, choć rozumiem już,
dlaczego czytać MUSZĘ (bo troglodyta, bo antykulturalny, bo gbur, bo masa, bo
Mandaryna, bo itepe, bo itede), to nie do końca wiadomym mi jest, dlaczego za
tym faktem, nieczytania znaczy, idzie to co w ostatnim nawiasie. Niby jakie tam
naciągane argumenty sam naprzeciw siebie wytoczyłem, co o rozwijaniu wyobrażni,
wiedzy i innych takich - ale czy gra komputerowa nie rozwinie mojej wyobrażni?
Czy komiks nie przeniesie mnie do niezwykłego wiata, gdzie wszystko jest możliwe
(Sin City polecam)? Czy telewizja nie zrobi żadnej fajnej rzeczy z moją wiedzą
(bo i Animal Planet nierzadko odgrywa przecież w porównaniu z książką rolę
prymitywnej rozrywki dla gburów, antyintelektualistów, troglodytów, masów i
innych podobnych)? Oczywicie ja tu trochę uogólniam, generalizuję (jeżeli używanie
synonimów obok siebie ma jakikolwiek sens), bo są i złe książki i dobre
filmy tudzież złe filmy i dobre książki, ale faktem jest, że często ze
strony rozmaitych intelektualistów słyszymy wypowiedzi, z których miało
wynieć można wniosek, że ogólnie rozumiana książka jest znacznie lepszym
sposobem na spędzanie czasu niż ogólnie rozumiany film (o komiksach czy grach
komputerowych dla klarowności porównania nie wspominając - albo wspominając,
ale w nawiasie, a w nawiasie to mniej ważne). Ksišżka bowiem (ogólnie
rozumiana) rozwija, a film (j.w.) już nie. Naturalnie takie słówko jak
"rozrywka" nie ma w tym miejscu racji bytu, bo o tak mądrej i
kulturalnej rozrywce jak czytanie książki już powiedzieć
"rozrywka" się nie godzi, czym już na starcie właśnie książka na
deski kładzie film (komiks, grę, muzykę death metalową).
Trochę się rozpisałem, dziesięć razy powtarzając to samo na coraz to
bardziej atrakcyjne stylistycznie, werbalnie zawoalowane sposoby, mając cichą
nadzieję, że coś mi w międzyczasie podsunie odpowiedżź na owe smutne
pytanie - dlaczego czytanie książek jest takie fajne i dlaczego ma mnie
zachwycać, kiedy nie zachwyca? Jaki jest naprawdę sensowny powód, bym musiał,
w celu się poczucia lepiej kulturalnym, wbrew nawet swojemu prywatnemu gustowi,
wbrew poglądom, wbrew miażdżącej genitalia nudzie CZYTAĆ KSIĄŻKI (tj.
czytać więcej niż czytam w istocie, jeli chodzi o mój przypadek, ale
przyjmijmy w założeniach, że stoję po stronie osób, które nie lubią czytać
w ogóle)? I tu mi się myśl nasuwa jeno jedna - bo są stare. Bo książkę
wymyślono nim wymyślono cokolwiek innego, a wszystko co starsze ma DUSZĘ i
tym wygrywa z tym wszystkim co nowsze. Pisanie listów ma duszę - e-mail nie
ma, teatr ma duszę - kino nie ma, jazz ma duszę - hip-hop nie ma, płyta
winylowa ma duszę - empetrójka nie ma, manual ma duszę - automat nie ma,
Frania ma duszę - Whirlpool nie ma, czerń z bielą mają duszę - kolory jej
nie mają, bigos ma duszę, chamburger, jak sama nazwa wskazuje, nie ma... A i
owszem, podobne zestawienia czasem stanowią jedynie treść narzekań
gderliwych staruszków, którzy, "dzisiaj to nie kiedyś...", ale
bywa, że tego rodzaju poglądy przyswajane są przez bardziej rozległą społeczność
- i mamy klops - dowiadujemy się wtedy, że książki trzeba czytać, nawet jak
się nie lubi, że mają zachwycać, kiedy w ogóle nie zachwycają, a teatr to
kultura, gdy kino to prymityw. Tyle na ten temat.
Podsumowania rozważań jako takiego nie będzie, bo po jaką grzybicę leniwcom
ułatwiać ich leniwe żywota? Skoro tak są w czytaniu rozkochani, sobie bez bólu
mogą przeczytać jeszcze raz, wnioski wyciągnąć, autora opluć. Ci co
rozkochani nie są, pewnie w ogóle sobie żadnym głupim felietonem nie
zawracali głowy - i bez tego najlepiej wiedzą, że żadna "kultura"
ich do robienia czego, czego nie lubią, zmusić nie potrafi. Ci średnio
rozkochani... niech to, miałem nie ułatwiać leniwym życia! Średnio
rozkochani se sami wymylą, co mają w tym momencie zrobić!
Oczywiście z otwartymi ramionymi czekam na oburzone głosy wszystkich tych, którzy
dostrzegli w treści powyższej stwierdzenie, że książki są złe.
Oczywicie zgodnie z uprzedniš moją deklaracją, że tworzyć (tam było
jeszcze (po), ale (po)co powtarzać ten sam żart dwa razy?) lubię bardziej niż
czytać, nikt nie pokusił się o ponapisawsze sprawdzenie tychże wymiocin
(nazywanie swoich tekstów "wypocinami" moim zdaniem trochę się już
przejadło - ale to tak tytułem kolejnego zbędnego nawiasu).
Oczywicie umieszczanie "postskriptunów" w postaci kończących właściwy
tekst, ale weń wmieszanych akapitów stanowi zabieg bez mała awangardowy, wyróżniający
w całej swej alternatywnej krasie felieton ten z grona innych wymiocin innych
zbuntowanych nastolatków, a autora stawiajšcy obok, nie przymierzając, Gombrowicza.
Mimizu (12.2006)