„Nareszcie wolna sobota! Nie trzeba się uczyć, nie trzeba niczym absorbować umysłu. Wreszcie, po tylu dniach namysłu, mogę zacząć pisać!”- tak naładowana pozytywnymi emocjami usiadłam przy komputerze, włączyłam edytor tekstu i… zastygłam w bezruchu nad moją, trochę sfatygowaną klawiaturą. O czym by tu tak napisać? Przecież w ciągu tego tygodnia miałam tyle świetnych (tak mi się przynajmniej wydawało) pomysłów, że nie wiedziałam, który wybrać. A teraz? Siedziałam tak i wpatrywałam się w pusty ekran. Nie miałam ni tematu, ni weny twórczej.
Może napiszę kryminał? Już to widzę
oczyma wyobraźni: mroczna zbrodnia, gdzieś w San Francisco. Ginie szanowana
pani prezes firmy fonograficznej (czemu akurat takiej? Nie wiem.). Nie można
sprawy nagłośnić, bo spadnie cena akcji. Znowu utrzymując ją w tajemnicy,
nie ma szans by odnaleźć mordercę. Sprawę przejmuje młody policjant, którego
z zamordowaną coś łączyło, coś, o czym nikt nie wiedział… To brzmi jak
streszczenie na obwolucie już wydanej książki. Ale znowu kryminał? Kryminał
ma to do siebie, że trzeba wkręcić w sprawę wielu ludzi, w taki czy inny
sposób połączonych ze sprawą. Musi być co najmniej jeden wątek poza śledztwem.
A najgorsze jest to, że każdy bohater musi mieć własną historię, własną
osobowość... Po prostu każdy musi być inny. A to wymaga zbyt wielkiego
potencjału twórczego. Nie, nie piszę kryminału.
No to coś dla bab (ekhym, przepraszam. Dla
wrażliwych kobiet.). Harlequin… Takie romansidło, że aż duma boli. Jakby
to mogło wyglądać? Już wiem. Surowe czasy, XVIII wiek. Młoda Francuzka,
szlachcianka z tych rodów, co to się miały za panów i bogów, poznaje
biednego chłopaka, który… (co on to może robić?) Który… Wiem! Który
opiekuje się końmi jej ojca. Zakochują się w sobie, romans utrzymują w głębokiej
tajemnicy, aż w końcu jedna ze służących przyłapuje ich w chwili
najbardziej chyba nieodpowiedniej w życiu (to by było ostre), kapuje do
tatusia, jest niezła jazda, bo ojciec każe chłopaka wychłostać i wygnać ze
wsi, ona się nie zgadza, no to tatuś wydziedzicza córkę i wyrzuca z domu ich
oboje, po czym nieszczęśliwi kochankowie popełniają zbiorowe samobójstwo w
karczmie, co Rzym się nazywa, podczas libacji. Takie śliczne połączenie „Titanica”,
”Romea i Julii” i „Quo vadis”. Cudny wyciskacz łez, nie
powiem. Ale ja jestem wrażliwa jak paczka gwoździ, więc taka impreza by nie
wyszła. Poza tym, takie książki mnie strasznie nudzą. No to romans odpada.
A może by tak powieść dla młodzieży?
Nastolatka, nieszczęśliwa jak diabli, bo jej rodzice się rozwodzą, chłopak
spotyka się z inną, a nauczyciele się na nią uwzięli, ma dość wszystkiego
i wieje z domu. Wpada w prochy, zaczyna palić i pić, ćpa bez opamiętania, w
końcu dostaje zapaści i schodzi śmiertelnie pod jakimś mostem, wcześniej
brutalnie wykorzystana przez kolegę z „giganta”. Dobre. Życiowe. Ale to
zbyt oklepany temat. Odpada.
Od biedy, mogłabym jeszcze napisać horror.
Nasz bohater (połączenie Freddie’go Krugera i Kuby Rozpruwacza) grasuje po
mieście i rozwala tłuczkiem do mięsa przypadkowe ofiary. Po jakimś czasie
okazuje się, że wszystkie ofiary to Żydzi, a gościu ma do nich jawną niechęć
(jego tłuczek do mięcha też). Morderca jest członkiem organizacji
neonazistowskiej i robi tam za Adolfa. Gdy jego ludzie nareszcie dochodzą do
tego, że zabicie Żyda to też grzech i zbrodnia, chcą go opuścić, ale się
boją, bo ich Führer może się obrazić i wypróbować nowy młoteczek. Jeden
z jego ludzi w końcu zaczyna kapować glinom. Psy wpadają na trop, Adiego, ale
ten się ulatnia. Zaczynamy zabawę w kotka i myszkę, która będzie trwała
przez czternaście rozdziałów, dopóki autorka (czyli ja) nie uzna, że czas
faceta złapać i skazać (bo sprawiedliwości musi stać się zadość). Niby
pomysł dobry, ale… trochę oklepany. A poza tym, to trochę monotonne, tak
przez czternaście rozdziałów ganiać za jednym neonazistą. No i znowu powrót
do problemów z kryminałem: różne postacie itd. Nie, to nie dla mnie.
Mam! Mogę napisać bajkę dla dzieci. Bajeczkę
o misiu, który uciekł mamie i się zgubił. Był nieszczęśliwy i samotny,
dopóki mamusia go nie odnalazła i nie przytuliła. Masz rację. Dno. To
znaczy, bajeczki są mądre i tak dalej, ale ja tego nie czuję. Chyba nie
jestem na tyle dorosła.
A może powieść fantastyczna? Minoforeklodes
Wacex (takie zielone coś ze sterczącymi antenkami) wędruje sobie po kosmosie,
poznaje śmieszne stworzonka, pakuje się w gwiezdne tarapaty, walczy z
kosmicznymi przeciwnikami, a na końcu trafia na ziemię, która panikuje, bo
zaraz ma nastąpić koniec świata spowodowany przez kosmiczne jajo, a dokładnie
kamyczek wielkości Europy. Wacex rozwala kamyczek laserem ze swojego
kosmicznego stateczku a ludzie się cieszą, mimo że odłamki trafiają w inną
planetę (ale to nas nie obchodzi). Tu łączymy „Gwiezdne Wojny” z „Armageddonem”
lekko okraszone „Małym Księciem”. A potem procesy o plagiat. Omińmy
więc temat fantastyki szerokim łukiem.
Mogę napisać poradnik. Coś w stylu
poradnika pod tytułem: „Łapanie pcheł dla początkujących”
lub „Jak oswoić rodzeństwo (rodziców, nauczycieli- wszystko jedno) w
tydzień”. Chyba ogrom sławy po wydaniu tak ambitnych publikacji by mnie
przerósł. Ale ja nigdy nie miałam pcheł (przynajmniej sobie nie
przypominam)! I nie mam rodzeństwa. Znowu nic.
Na pisanie dzisiejszego pięknego dnia przeznaczyłam coś koło dwóch godzin. Czas minął, a ja dalej siedziałam przy pustym monitorze. W końcu wyłączyłam komputer nie napisawszy nic. Przez duże N. Po prostu NIC. Mówi się trudno. Siadam do zadania z geometrii.
Kokos