Ania

 

          To była jej pierwsza noc tutaj. Pierwsza noc spędzona w pełnej świadomości swojego bytu. Zapowiedź męki, która miała dopiero ją spotkać. Pierwsza noc w MONAR- rze. Nie mogła spać. Jej ciałem wstrząsały dreszcze. Organizm domagał się trucizny. W tej chwili jej jedynym marzeniem była jeszcze jedna, ostatnia już działka amfetaminy. Ale wiedziała, że kolejna dawka oznacza śmierć. A ona tak bardzo pragnęła żyć! Detox. To słowo zawsze ją przerażało. Było w nim coś tajemniczego i utopijnego zarazem. Ale jej to nie dotyczyło, była poza tym, stała gdzieś obok, w innej rzeczywistości. Mogło to spotkać tylko słabych. Ona była silna. Była? A może tylko tak jej się wydawało? Spojrzała na siebie. Czy w tym workowatym ciele ćpuna może być jeszcze silny duch? Bo czym tak naprawdę jest siła? Walką? Wiarą? A może tylko naiwnością? "Nie- pomyślała- Siła jest tylko złudzeniem świadomości potęgi i niezłomności własnej woli. A kiedy złudzenie niczym bańka mydlana pęka i staje się tylko zatartym w pamięci obrazem, wspomnieniem uczucia, człowiek staje się kukłą, pozbawionym celu ludzkim wrakiem. Ale gdzieś tam, na skraju świadomości, kołacze mu się jeszcze wola życia. Jeszcze chce walczyć. Dlatego szuka nadziei". "Czy ją znajduje?"- to pytanie zadała w chwili przebudzenia z krótkiego snu. Usiadła na łóżku. Kiedyś wydawało jej się, że każdy człowiek ma w życiu jakąś nadzieję, choćby nawet najbardziej głupią i nierealną. Ale ktoś, kto stoi na krawędzi? "Wszystko zależy od zawziętości. Bo przecież jeżeli ktoś jest zawzięty i wytrwale dąży do obranego sobie celu, wtedy nawet w najbardziej banalnej rzeczy znajdzie cel i miłość życia, a jego nadzieją stanie się coś, czego spełnienia jest pewien, choć nie wierzy w ziszczenie jego snów. Dlatego potem powodzenie jest dla niego zaskakujące i nadaje nowy tor obranej przez niego drodze. Jego decyzją będzie, czy iść prostą, asfaltową drogą prosto w szpony kaduka czy wybrać tą pełną dziur i wądołów, mającą liczne zakręty, kluczącą po niezliczonych ślepych zaułkach, ale w rezultacie prowadzącą do Raju. Tak… Człowiek odbijający się od dna musi być bardzo uparty i zawzięty. Czy ona była zawzięta? Na pewno nie. Gdyby miała w sobie choć iskierkę zawziętości, miałaby również nadzieję. Ją los jej pozbawił. Chociaż… Może nie tyle los co narkotyki. Bo przecież miała szansę. Dobrze się uczyła, nie sprawiała ani w domu, ani w szkole żadnych problemów. Przez chwilę próbowała odtworzyć w pamięci moment jej inicjacji do niezbyt elitarnego grona ćpunów. Wszystko zaczęło się przecież tak niewinnie…

 

 To stało się pięć lat temu. Była wtedy w szóstej klasie podstawówki. Narkotyk znajdował się w cukierku, którym poczęstował ją starszy kolega. Zjadając ten przysmak z "niespodzianką" wpadła w sidła przebiegłego dilera. Chciała coraz więcej. Niestety, w końcu musiała zacząć płacić. Z tym było już gorzej. Na początku podkradała pieniądze rodzicom, ale w domu się nie przelewało, także z tych drobnych, których braku rodzice nie mogli zauważyć, raczej zbyt wiele się nie uzbierało. Nie mając innego wyjścia, zaczęła kraść. Stoczyła się na samo dno. Nie była już cząstką społeczeństwa, wszystkiemu przyglądała się jakby zza żelaznej kurtyny.

 

Nagle przed oczami stanęło jej mgliste wspomnienie. Siedziała na komendzie policji przy stole zawalonym różnymi papierami. Po drugiej stronie siedział dość otyły oficer o surowej twarzy, pod ścianą zaś- jej matka, cała we łzach, nie mogąca powstrzymać panicznego szlochu i ojciec. Dokładnie zapamiętała ojca wtedy. Przeraził ją. Jego twarz była kamienna, spod krzaczastych brwi spoglądały gniewne oczy. Jego wzrok porażał. Potem długo nie mogła spojrzeć mu w oczy, cały czas była pewna, że znów zobaczy w nich ten wyraz. Wyraz gniewu, złości, narastającej furii. Jakże czuła się wtedy samotna! I te ostre, kłujące jak małe igiełki, pytania oficera: Dlaczego włamali się do mieszkania tej staruszki? Z kim tam była? Co wynieśli? Na co chcieli przeznaczyć łup z tej grabieży? Milczała. Co miała mu powiedzieć? Że od paru lat jest ćpunką? Że forsa potrzebna im była na towar? Że tego napadu nawet nie zaplanowali? No co? Co? Co!? Z krzykiem zerwała się z posłania. Znowu usiadła na łóżku. Ech, przeklęta noc! Tu, do MONAR- u zgłosiła się dopiero wtedy, gdy dostała drugiej zapaści, co w połączeniu z astmą tworzyło bardzo niebezpieczną mieszankę. Nareszcie zrozumiała, że narkotyki to szybka śmierć, do której niechybnie dąży. Czy ma jeszcze szansę? Czy nie zmarnowała swojego życia? Czy może powrócić? Czy  s t a m t ą d  w ogóle można wrócić? Czy raz przekraczając granicę tamtego świata człowiek kupuje bilet w jedną stronę? Zrozumiała. Jeszcze ma szansę. Wygrała bilet powrotny, problem tkwi tylko w tym, czy zdoła go wykorzystać.

 

Pierwsza noc. Wokół białe ściany. W głowie tępy ból. Na rękach ślady samozniszczenia. Usta układają się, chcąc wykrzyczeć wezwanie: Pomocy! Ratunku! Czy da radę? Czy przetrwa tę noc? Podczas krótkiego, przerywanego snu, dręczyły ją demony przeszłości. Nie potrafiła z nimi walczyć. Jak w kalejdoskopie, przed jej oczami przewijały się znajome miejsca, twarze… Twarze kogo? Ludzi, zombie? Ale ich już nie ma. Oni kupili bilet w jedną stronę. Ona ma jeszcze szansę. W jednej z chwil przebudzenia podjęła niezłomną decyzję: Nigdy więcej! Nie popełni znów tej zbrodni na samej sobie. Nie weźmie narkotyku.

Kokos

gorzka666@interia.pl