Nieubłagane, trudne do pokonania i drażniące mnie od dawna lenistwo sprawia, że nie mogę przesunąć ręki nieco w prawo, otworzyć teczki i pouczyć się nieco matematyki z notatek, które mój kochany nauczyciel nam przekazuje, licząc sobie jedynie kilka zł za ksero. Do szkoły za cztery dni a mi się nic nie chce... Nie znoszę. Zawsze, jak nie chodzę do szkoły, a co za tym idzie nie wracam do domu zaraz po dziennej dawce pracy, pracy i jeszcze raz pracy ( umysłowej, oczywiście ), nie potrafię zmusić się do zrobienia czegoś kreatywnego. Obiecałem wszak kumplowi, że zmajstruję mu postać na następną sesję ( jestem GM-em, to akurat mój obowiązek ), a do tej pory tego nie zrobiłem. Więc z nudów zacząłem czytać Maga.

Dwa pliki obok szczerzy się ikonka Maxtona ( korzystanie z czystego Internet Explorera to gwałt na zdrowym rozsądku ), a pierwsza jego zakładka to tekst Lamentii na temat tolerancji. Przeczytałem, chwilę przeanalizowałem, a potem otworzyłem OpenOffice'a i zabrałem się do pisania, oczywiście uprzednio uruchamiając WinAmpa ( dzień bez muzyki to dzień stracony ).
Może zaczniemy tak.... Za metala osobiście się nie uważam. To wymaga specyficznego nieco sposobu myślenia, zachowania się, ubierania. Po mojej kochanej szkole chodzą osoby odziane w czarne spodnie, skórzane kurtki i w glanach bądź istoty płci żeńskiej w czarnych sukniach i pełne bluźnierczej biżuterii na sobie, ale ja do nich się nie zaliczam. Wystarczy mi atramentowej barwy koszulka z logiem zespołu albo płyty, jeden niewinny wisiorek i naszywki, z czego te z polara pewnie wkrótce zdejmę ( zmiany, zmiany co jakiś czas są jednak niezbędne ).
Jak to się zaczęło? Bardzo prosto – dzięki internetowi. To za jego pośrednictwem udało mi się poznać taką nazwę jak Rhapsody, oraz drugą, która oznacza jednocześnie zespół, jak i miasteczko na terenie Niemiec ( dla niewtajemniczonych – Rammstein ). One dwa były pierwsze i do dziś zajmują ważne miejsce w mym sercu oraz pamięci, one też w pewien sposób nakierowały mnie na drogę, jaką kroczę obecnie.
Kolejne nazwy kapel przyniosła mi szkoła – osławione I LO w północnej stolicy kraju, grodzie Gdańsku. A to jakiś kumpel podpowiedział, a to ujrzało się jakąś koszulkę, a to jakaś nazwa nieopatrznie wpadła mi do ucha ze strony dowolnej. Lista znanych i lubianych rozszerzała się, ja zaś zacząłem nosić praktycznie jeden komplet ubrań – polary plus koszulki pod spód, do tego dżinsy. Całość trzyma się do dziś i nie wydaje mi się, by miała ulec zmianie.
Teraz siedzę w klasie trzeciej, odsuwam na bok zmartwienia związane z maturą, rozplanowuję czas na powtórki oraz naukę i piszę, klepiąc w klawiaturę i nabijając wskaźniki na licznikach prądu. Kto wie, może za jakiś czas tym tekstem skradnę komuś kilka minut życia, na co w sumie bardzo liczę. Ale przyzwyczajeń muzycznych nie zmieniłem – rock, metal, muzyka symfoniczna i wszelkie odmiany powyższych. Szczególnie zaś ukochałem sobie chóry, które bardziej niż z Kościołem kojarzą mi się z niesamowitymi wrażeniami słuchowymi.
Co zauważyłem również ciekawego – osoby słuchające rocka zdają mi się, hm... W pewien sposób lepsze od innych. Można z nimi porozmawiać na większą ilość tematów, interesują się szerszą gamą zagadnień, posiadają wyraźnie większy zasób słów. Nie wiem, może to dlatego, że żeby docenić nieco mocniejszą i ostrzejszą muzykę należy mieć IQ wyższe od przeciętnego? Może dlatego też dresy tak kochają disco-polo? Może, ale nie mnie to oceniać, ja jedynie opisuję to, co widzę wokół siebie.

Odnośnie tolerancji... Nie wiem, jak to jest z innymi, ale ja uważam się za osobę tolerancyjną, chociaż w pewnych granicach. Takowe muszą zawsze istnieć, zawsze. Chodzące tu i ówdzie osoby w czerni nie przeszkadzają mi w żadnym wypadku. Kobiety gotki, wyglądające, jakby nosiły żałobę są, w pewien sposób, interesujące. A na pewno mają nieco więcej w głowie od klonów barbie. Dresy mogą sobie żyć, jeśli nikomu nie szkodzą i nie sprawiają, że komórki i portfele w sposób nagły i brutalny zmieniają właścicieli. Nawet nasi jakże kochani i lubiani politycy mają swoje miejsce na ziemi. Zgody jednak na łamanie któregoś z dziesięciu przykazań raczej u mnie nie będzie. I to nie dlatego, że jestem szczególnie wierzący ( do kościoła nie chodzę od dobrych kilku lat ), ale dlatego, że skoro już takie a nie inne zasady posiadamy, to warto byłoby je przestrzegać. Inaczej można zrzucić ubrania i dołączyć do zwierząt, zbytnio różnić się nie będziemy.
W samej szkole w ciągu trzech lat mojego bytowania nie zdarzył się przypadek, w którym to dres zbutował metala bądź metal poświęcił dresa w ofierze Czarciemu Panu. Obok siebie przechodzi fan Metallici, Behemotha, Lerka i Nowatora oraz jakiejś domowej kapeli Disco-Polowej. Co najwyżej coś do siebie mrukną od czasu do czasu i tyle. Najczęściej zaś słyszę śmiech – z zachowań dresów, z wyglądu Osób w Czerni, z gustów muzycznych obu stron. Ot, wszystko. Żadnego latania z nożami albo pistoletami nie ma.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie pozabijali się tylko dlatego, że siły są mniej więcej wyrównane (chociaż z lekkim wskazaniem na osoby, że tak to ujmę, „wyśrodkowane”, które są w stanie słuchać wielu gatunków muzycznych). Sądzę jednak, że to bardziej z powodu zasad, jakie nam wpajano, tak w domu, jak i na lekcjach. Bo skąd mamy je czerpać, jak nie stamtąd? Dobra, jest jeszcze Kościół i autorytety. Ale Kościół też nie trafia już do wszystkich ( zgodnie z moją teorią im bardziej poszerzamy nasz umysł, tym bardziej wiara w życiu schodzi na plan dalszy ), zaś autorytetom też nie zawsze można ufać ( kiedyś kiedyś autorytetem dla wielu był niejaki pan Hitler... ).
A jeśli chodzi o nauczycieli... Raz jeden kumpel przyszedł w typowej, dresiarskiej bluzie, ale jakiej! Była jasno niebieska z różowym napisem na klacie. Normalnie myślałem, że padnę, jak to zobaczyłem. Na szczęście siedziałem oparty plecami o ścianę, więc tragedii nie było. Za to przez cały dzień ani jeden nauczyciel tego stroju nie skomentował. Żaden, od matematyka począwszy ( a ten potrafi się wyzłośliwiać ), a na polonistce skończywszy ( a ta raczej pomarudzić ).
Co z tego wynika? Że chyba chodzę do ośrodka czystej tolerancji. Cóż, nie do końca. Jak by ktoś posłuchał jednego z moich kumpli czasami, to doszedłby do wniosku, że nie wszystkie trybiki w szkolnej machinie pracują w tym samym rytmie i w ten sam sposób. Ale co tam, wyjątek potwierdzający regułę.

Patrząc zaś na sprawę z poziomu Lamentii... Opodal mojej szkoły stoi kościół, jakaś banda egzorcystów oraz moherów kiedyś może wpadnie z wizytą i sprawi, że oczyszczający ogień strawi pewne osoby... Ale Nas ( wyznawców Zła przez duże Z; co prawda absolutnie całym sercem do nich nie należę, ale można mnie podciągnąć pod współpracownika ) jest dużo i kto wie, może sam Szatan zawita, albo chociaż jakiegoś demonka wyślę na pomoc swym uciśnionym przez ohydnych wyznawców Dobra ( również przez duże D ) sługom?
Tylko dlaczego jeszcze nie wpadli? Czyżbyśmy byli za silni i podciągają posiłki ( trzy lata? Wątpliwe), czy też raczej rozbijają nas od środka ( podstawiony uczeń, jakieś przekupstwa itp. )? Albo też po prostu nie ma o co robić krzyku, a księża nie wyszukują już zła wszędzie tam, gdzie może się pojawić. Gdyby tak było, to nie miałbym za katechetę księdza słuchającego tego, co i ja.
Mogę się tylko cieszyć, że nie muszę iść korytarzem i słyszeć za plecami „Brudas”, „Szatanista” czy też „Wyznawca zła!”. Mogę się cieszyć, że koszulka z napisem „Rammstein” nie wywołuje fali oburzenia, a naszywka Nightwisha nie sprawia, że w rękach pojawiają się widły oraz pochodnie.

Co bym zrobił, gdyby na ulicy jakaś staruszka mnie wyzwała od pomiotów piekielnych? Pewnie roześmiał się. Albo patrzył na nią z miłym uśmiechem na ustach. W sumie ciekaw jestem, co by było, gdybym zacytował jej kawałek Pisma albo zaczął się modlić po łacinie... Pewnie zostałbym ochrzaniony za bezczeszczenie wiary ( pewnie w taki sam sposób, jak poprzez kawały o Bogu, które osobiście bardzo lubię ).
Nie obraziłbym się też, gdyby ktoś wyrysował przede mną w powietrzu znak krzyża i kazał wynosić się do Piekła. Podziękowałbym, stwierdził, że mam tam stałą miejscówkę i co jakiś czas grywam z Bezlebubem w karty. Zapewne zelektryzowałbym babinkę, a następnego dnia w tym samym miejscu o tym samym czasie stałby zgrabny stosik i grupka ociemniałych z lekka osób.
Moja rada na takie sytuacje? Śmiać się, śmiać się z ciemnogrodu, który w pewnych kwestiach cofnął się o dobre kilkaset lat, w czasy tak mroczne, jak ich umysły. Albo radzić, by zreaktywowali Inkwizycję i powołali do życia Łowców Czarownic. Sam bym się dorzucił do takiej organizacji, w nadziei, że poza herezjami będzie też tępiła fanatyzm.

„Czy to ma znaczyć, że „Metal” równa się cham, wandal, narkoman, menel i idiota, źle wpływający na otoczenie i demoralizujący szkołę?” ( cytat z „Słowo o Tolerancji” )
Odpowiedź – dla pewnych osób tak. Zauważ, Lamentio, jaki jest wizerunek typowego Metala. Czerń, czerń, symbol szatana na symbolu szatana, krew, flaki i majonez. Plus nieodłączna kozia bródka ( którą sam od jakiegoś czasu hoduję ). Niektóre kapele, specjalizujące się w mocniejszych i ostrzejszych dźwiękach jeszcze potęgują to wrażenie, korzystając z masek, makijażu, mrocznych elementów ubioru oraz śpiewając: „Krew, flaki, krew, flaki, krew, flaki, SZATAN!!!”. Teraz tak – tworzący muzykę to wyznawca Szatana, więc odbiorca też. A co za tym idzie należy obu zgładzić, bo jedynie deprawują biedne, ludzkie umysły i sprowadzają je na manowce. Smutne, ale prawdziwe.
Ja tam wyznaję prostą zasadę – nie przejmować się. Jeden znak krzyża czy okrzyk „Sługa Piekieł!” to nic takiego. Branie sobie do serce wszystkiego prowadzi jedynie do problemów z samym sobą oraz marnego samopoczucia. A tak mogę z uśmiechem ominąć atakującą mnie Słowem Bożym osobę i iść dalej, nucąc pod nosem „Keine Lust” chociażby.

Drache

Salantor@o2.pl

PS: W czasie pisania tekstu słuchałem głównie muzyki symfonicznej, w tym takiej, która posiadała teksty łacińskie. Jak wiadomo łacina to język Kościoła, więc pośrednio obrażałem Kościół, czego jakoś zbytnio nie żałuję.