NOTATKA Z LEKCJI

 czyli o emigracji, propagandzie i ludziach zbierających szparagi.

 

 

Profesor zaprosił nas do klasy i jak zwykle zaczął lekcję od streszczenia sytuacji społeczno-politycznej w Polsce, nie pozbawiając nas komentarza mocno zabarwionego licznymi pytaniami, oczywiście retorycznymi. Wiele tematów było już poruszanych na lekcji biologii, począwszy od degrengolady polskich polityków, aż po problemy starszych pań w sklepach muzycznych i aroganckie ich traktowanie przez rozwydrzone, młode ekspedientki. Profesor - idealista, marzyciel, człowiek z pasją, niemal od pierwszej lekcji zauważył, iż próżno szukać osób zaciekawionych biologią w klasie, do której uczęszczam. Dlatego rzeczywista lekcja biologii kończy się gdy profesor zasygnalizuje temat i rozpocznie głębokie rozważania na sprawy tyleż oczywiste, co przede wszystkim śmiesznie naiwne. Urągającym dla licealisty jest wpajanie mu, że człowiek z zasady jest dobry, świat piękny, a życie w niczym nie przypomina piekła. Wynurzenia profesora kończą się w dwojaki sposób. Albo zauważy, że wszyscy go olewają i sobie daruje, rzucając przy tym, że kiedyś młodzież była bardziej gotowa na poważne rozmowy lub też podejmiemy z nim polemikę, graniczącą z krzykiem i w atmosferze przyspieszonego tętna doczekamy do przerwy. Z reguły wybieramy wariant drugi, bynajmniej nie dlatego, że chcemy coś profesorowi udowodnić, ale dlatego, że wtedy lekcja wydaje się być o wiele krótsza.

Podczas dyskusji z Profesorem rysuje się obraz mojej klasy, którą traktuję jak zwierciadło całej młodej społeczności, jako grupy podzielonej na dwa obozy: osoby, które nie zabierają głosu w dyskusji i te, które owego głosu wręcz się domagają. Zaiste fascynujące jest to, iż więcej do powiedzenia w sprawach życiowych mają chłopcy i to w dodatku ci, którzy do orłów bynajmniej się nie zaliczają. Ich argumenty są często bardzo logiczne i spójne, mimo to nie mają oni szans na zmianę stanowiska profesora.

Na dzisiejszej lekcji profesor poruszył temat masowej emigracji młodych ludzi na zachód, do rozmowy włączyła się stała grupa klasowych dyskutantów, a reszta w poczuciu spełnionego obowiązku zaczęła spisywać zadanie z matematyki. Osobiście z pozycji przyczajonego tygrysa nasłuchiwałem wieści z frontu. Profesor opowiadał się przeciwko emigracji samej w sobie i muszę przyznać, iż z nauczycielskim tokiem myślenia się nie zgadzałem, ale jakież było moje zdziwienie, gdy koledzy wygłosili sprzeciw wobec życia w Polsce nie zależnie od żadnych czynników. Po raz pierwszy w dziejach lekcji biologii moje stanowisko było bliższe temu o czym mówił profesor.

Nie chciałem wypowiadać się na lekcji, aby nie łamać paktu – „my kontra on”, ale po lekcji nie omieszkałem porozmawiać z klasową bracią czy tylko się zgrywali, czy naprawdę mają kraj, w którym się urodzili w głębokim poważaniu. Stasiek bez ogródek, czyli w swoim stylu, powiedział, że po maturze wypiernicza z kraju i tyle go widzieli. Michał już był w USA i naiwnością byłoby stwierdzenie, że nie będzie chciał tam wrócić. Monika i Ania były w Irlandii, pracowały jako pomoc domowa i czują z tego powodu satysfakcję graniczącą ze spełnieniem marzenia. Większość opowiedziała się za wyjazdem po studiach, niektórzy już po zdaniu matury. Zastanawiając się, jakie są tego powody, doszedłem do wniosku, iż wpływ ma na to kilka czynników. Pierwszy i najczęściej podawany przez respondentów to sytuacja na rynku pracy w Polsce i muszę się zgodzić, że w tym aspekcie sprawa różowo nie wygląda, ale poprawia się i można znaleźć wiele przykładów młodych ludzi, którym w Polsce się udało. Drugi powód to propaganda prowadzona przez emigrantów, media, rodzinę - jakoby po przekroczeniu zachodniej granicy rozdzwaniały się telefony z zaproszeniami do dobrze płatnej pracy. Wszystko to potęguje uczucie, że tam gdzieś daleko jest łatwiej, ludzie są szczęśliwi, spełniają się marzenia, a historia od zera do milionera jest regułą, a nie tylko kapitalnym fartem człowieka, który trafił w rynkową niszę.

Młodzi ludzie przestali marzyć, brakuje im ambicji albo po prostu racjonalnie oceniają swoje możliwości, ale żeby stworzyć coś wielkiego, nie zależnie od tego czy będzie to dzieło sztuki czy dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, trzeba być trochę niemożliwym. Osoby, które idą utartymi szlakami w cieniu swoich poprzedników nie są w stanie wyrwać się ponad pewien poziom określający górną granicę możliwości „człowieka bez wyrazu”. Prędzej czy później toną w marazmie podobnych im. Straszne jest to, ze oni wszyscy od początku to wiedzą i brną niczym tragiczni bohaterowie w miejsce gdzie będą nikim, ludźmi bez twarzy.

          Klasowi współtowarzysze męki, mimo iż mają zdanie całkiem inne niż ja, umocnili mnie w przekonaniu, że warto pozostać w Polsce. Nie twierdzę bynajmniej, że wyjazd za granicę jest czymś złym, jeżeli ktoś we własnym kraju nie ma szans na normalne życie to wręcz powinien wyjechać, ale nie odbierajmy sobie tych szans sami. Mam wielką ochotę na życie w Polsce, założenie rodziny i podjęcie pracy, chcę znaczyć więcej niż pani do towarzystwa, czy człowiek zbierający szparagi.

          Ludzie się zmieniają, być może koledzy i koleżanki zrezygnują z wyjazdu i spróbują najpierw ułożyć sobie życie tutaj.  Być może ja się zmienię i za kilka lat na swego pierworodnego syna zawołam John. Być może zmieni się Profesor, bo ileż można zanudzać uczniów, czekając, aż któryś z nich uzna, że jedna taka lekcja biologii jest warta więcej niż tysiące normalnych. Ludzie się zmieniają, ale ja nigdy nie zacznę lubić ani biologii, ani szparagów.

 

QUASIMODO

quasimodo18@wp.pl