|
Gorzkie placebo
Boginka
Placebo, znane było już w starożytności. Medycy byli
świadomi, że zaufanie pacjenta i przekonanie, iż zdrowieje, mogą mieć niezwykły
efekt. W średniowieczu także stosowano tę "sztuczkę" – zalecano na przykład, by
lekarz w obecności chorego jak najczęściej mówił po łacinie. W dzisiejszych zaś
czasach placebo odgrywa również nieco szlachetniejszą rolę (pomijając wszystkie
homeopatie oraz podobne specyfiki) i służy do weryfikacji skuteczności leków.
Doczekało się także licznych badań psychologicznych. Jedno z nich dotyczyło
właściwości „estetycznych” placebo – badacze chcieli ustalić jakiemu placebo
pacjenci „na oko” wierzą najbardziej. Okazało się, że palmę pierwszeństwa
dzierży duża, czerwona tabletka. Koniecznie gorzka. Najwyraźniej przekonanie, że
to co zdrowe, musi być niedobre, jest głęboko zakorzenione w naszej zbiorowej
świadomości.
Rzecz ma zresztą odpowiednik literacki (gdyby go nie miała, tekst nie trafiłby
przecież do tego kącika), choć dotyczący głownie tak zwanej „literatury
fachowej”. Otóż, wciąż żywe jest przekonanie, że autor wypisuje tym mądrzejsze
prawdy, im trudniej je zrozumieć. Zdolność używania wielosylabowych słów w
sposób, który przyprawia o ból głowy niemal wszystkich poza autorem (oraz
domowym zwierzakiem), bywa podnoszona do rangi cnoty. Wszyscy się z tym kiedyś
pewnie spotkaliśmy choćby w postaci podręcznika, który trzeba było tłumaczyć „z
polskiego na nasze” przed przyswojeniem wiedzy.
Fenomen ten widoczny jest nie tylko w przypadku tych, który najpewniej będąc
specjalistami w swojej dziedzinie zatracili zdolność mówienia o niej w ludzkim
języku. Całkiem inteligentni ludzie czasem utrzymują, że realny jest rozdział
„jasności myśli” i „jasności języka”. Innymi słowy – że można pisać w sposób
bardzo niejasny, a jednocześnie przekazywać w pełni zrozumiałą myśl. Zastanawia
mnie jedynie, jak czytelnik ma tę myśl zrozumieć (w sposób jak najbliższy
zamierzonemu), jeśli język autora jest mu nieprzyjazny? To bardziej frapujące,
niż idea wchłaniania wiedzy przez włożenie książki pod poduszkę...
Co ciekawe, dążenie do niezrozumiałej mądrości ma chyba sporo wspólnego z
naszym, specyficznie polskim postrzeganiem sprawy. Mam dość często kontakt z
„literaturą fachową” w języku angielskim i muszę stwierdzić, że część czyta się
wręcz dla przyjemności. Skrajnym przykładem było pewne opasłe opracowanie
historyczne, które wartości merytorycznej już raczej nie miało, ale czytało się
właściwie „samo z siebie” (zakładając, że czytelnik nie miał alergii na
historię). Wynika z tego, że da się pisać o rzeczach skomplikowanych w sposób
przystępny, a nawet wciągający.
Żeby nie było nieporozumień – nie chodzi o to, by w akademickim opracowaniu
dotyczącym chemii umieszczać komiks o niezwykłych przygodach Kationu i Anionu w
magicznej krainie Elektrolizy. Niemniej książka może albo odstraszać, albo
przyciągać i pomimo różnicy gustów wśród czytelników, od autora zależy, którą
drogą pójdzie jego „dzieło”.
|
|
Skoro zaś taki wybór dróg istnieje, to przywilejem, a może
nawet obowiązkiem, czytelnika jest głosować za tym, co wydaje się lepsze.
„Narzędzia do głosowania” to choćby portfel, pióro, klawiatura czy struny
głosowe. Niniejszym więc pozwolę sobie na propagandę – głosujcie na autorów,
którzy szanują Was jako czytelników i najwyraźniej uważają za rzecz ważniejszą
przekazać skutecznie pewne informacje, niż popisywać się za cudze pieniądze
swoją „naukową erudycją”.
Oczywiście najczęściej „głosowanie” nie dotyczy podręczników sensu stricte,
ponieważ tych akurat nie wybieramy. Ale na nich nie kończy się przecież to, co
nazywamy „literaturą fachową” czy dokładniej „popularno-naukową”. To dział
poszerzający się każdego roku o tysiące pozycji, z którego korzystamy z przymusu
lub z ciekawości. Przy takiej skali to, czy książka dobrze się czyta staje się
bardzo istotne, bo kiedy do wyboru jest x możliwości i wszystkie na nasze oko
podobne pod względem prezentowanych faktów, można swobodnie zwrócić uwagę na to,
jak informacje są podane. Ba, nawet to co dla nas jest podręcznikiem, dla innych
może być po prostu jedną z opcji do wyboru, jeśli interesują się daną dziedziną.
Wyrażać swoją sympatię czy niechęć na tym polu można choćby i w recenzjach w tym
kąciku. Tak wiem, idea recenzji podręcznika do fizyki okiem „użytkownika” wydaje
się kuriozalna, ale wbrew pozorom może przydać się innym, którzy dryfują w tym
wydawniczym morzu. Najgorsze co można zrobić, to uznać, że książki dzielą się
wyraźnie na te „do czytania” i „do uczenia się” zaś tymi drugimi rządzi zasada
„niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”.
Dlatego jeszcze raz w skrócie – proponuję po pierwsze czytać książki z dziedzin
wiedzy, które nas interesują i traktować je jak materiał do czytania, a nie
encyklopedie w ładnych okładkach. Po drugie, otwarcie dzielić się opiniami o ich
przystępności. W dzisiejszych czasach nie musimy już łykać gorzkich tabletek –
warto więc wykorzystać tę wolność wyboru, jeśli nie w farmakologii, to
przynajmniej w świecie książek. Dowolnego autoramentu.
|