Margaret Weis & Tracy Hickman - Smoki
upadłego słońca
Raaistlin
Ostatnio zauważyłem, że wszystkie tytuły, jakie recenzuję mają w nazwie wyraz
„smoki”. Obiecuję, że to jak na razie ostatni raz. Brat napomknął mi, że jak
będę tego dużo czytał to sam zamienię się w smoka… Bez komentarza
A więc „Smoki upadłego słońca” wnoszą do serii (zresztą nowej-Wojna Dusz) kupę
nowych bohaterów i bardzo fajnie przemyślaną fabułę. Z Krynnu znika magia i
wszyscy magowie poszukują jej w starożytnych artefaktach. Całym światem żądzą
wielkie smoki, rycerze Takhisis zmienili nazwę na rycerze Neraki, a Palin nie
jest już magiem białych szat. Wszystko ogólnie przewróciło się do góry nogami.
Otóż z krypty bohaterów, gdzie leży Tas, Steel i Tanis, dochodzą dziwne dźwięki…
Zgadnijcie co z tego wynika? Jak nie wiadomo o co chodzi, to jest w to
zamieszany kender. Otóż przybywa on na pogrzeb Caramona chociaż, że ten nadal
żyje. Wkrótce później jednak ginie, a Tas twierdzi, że był już na jednym
pogrzebie tego samego przyjaciela i wyglądał on inaczej. Ten zdziwiony wysyła go
przed swoją śmiercią, wraz z rycerzem Gerardem do czarnoksiężnika Dalamara, aby
wyjaśnić zaistniałą sytuację. Oczywiście wszystko nie kręci się tylko wokół
kendera i wraz z rozwojem fabuły staje się on coraz mniej ważny. Otóż jego
miejsce zajmują z jednej strony konfliktu dwaj elficcy władcy – Gilthanas i
Silvanoshei, a z drugiej Mina-młoda prorokini Jedynego Boga. Powiem tylko, że
fabuła jest bardzo rozbudowana, zawiła i wciągająca. Jak przeczytacie to się
przekonacie.
O stylu pisania wspominać nie muszę, gdyż w poprzedniej recenzji zachwalałem
autorów i nie widzę sensu robić tego jeszcze raz. Mogę jedynie napomknąć o
zmianie długości rozdziałów. Ktoś może się zastanawiać o co mi chodzi. Już
tłumaczę. Mianowicie w poprzednich książkach pisarze nie przelewali na papier
zbyt długich rozdziałów. Jeden miał tak około 15-20 stron i to w zupełności
starczyło. W tej części mają średnio po 30-35 stron. Nie podoba mi się to za
bardzo, gdyż zazwyczaj co rozdział jest zmiana miejsca akcji i trzeba dosyć dużo
przeczytać, zanim się dowiesz kolejnych wydarzeń ulubionej postaci (w moim
przypadku był to sir Gerard). Drugim mankamentem jest fakt, iż lubię przeczytać
sobie dwa krótkie rozdziały i zrobić przerwę, a przy takiej długości trochę to
jednak czasu zajmowało Jeśli już przy stylu jestem, to tytuły rozdziałów też
mnie nie zadowalają w porównaniu z poprzednimi wydaniami. Te są zbyt ogólne i
mało opisowe. Ktoś mógłby powiedzieć, że czepiam się szczegółów, ale o to w
końcu mi chodzi. Natomiast na plus wyszły takie małe opisy na początku
rozdziału, co kto robi w danej sytuacji, aby połapać się w czasie i wszystko
czaić.
Wielki plus dla autorów należy się za wprowadzenie nowych potworków. Baaz czyli
wielki smokowiec na czterech nogach robi wrażenie szczególnie podczas walki(z
kim to wam nie zdradzę). Autorzy świetnie potrafią przelać wizję walki na papier
i czyta się to nadzwyczajnie dobrze. Czytając, miałem wizję żwawej walki przed
oczyma, która nie zatrzymywała się ani na chwilę, jakbym oglądał film. Świetnie
przemyślanej fabule, która przykuwa do lektury na długie godziny, należą się
wyrazy szacunku i podziwu. Lawirowania w czasie i wyobrażanie sobie co by było
gdyby są bardzo trudne. Początkowo trudno mi było się w tym wszystkim połapać,
lecz cała zagadka związana z kenderem i czasem wyjaśnia się w połowie książki.
Wtedy dopiero można docenić wyobraźnię autorów. Brak magii natomiast potęgował
głód czytania, gdyż myślałem, że na końcu wszystko się wyjaśni. I niestety
poczułem zawiedzenie, gdy dobrnąłem do ostatniej strony-mało co się wyjaśniło.
Jednym słowem trzeba sięgnąć po kolejną część (czyżby chwyt marketingowy?). Lecz
nie będę jej recenzować, gdyż musiałbym przekopiować połowę tego tekstu.
|
|
|
|
|
|
|
| Fantasy |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Teraz kilka słów o polonizacji. Znów odwołam się do poprzednich książek (a
mianowicie Kronik), które zostały przełożone przez Dorotę Żywno. Ta spisała się
wzorowo czego nie mogę powiedzieć o Michale Januszewskim. Ten nie trzyma się
nazw przetłumaczonych przez swoją koleżankę po fachu. Jest to o tyle dziwne, że
niektóre postacie powtarzają się z Kronik, a inaczej są zapisane… Dla przykładu
władca Rycerzy Takhisis w Kronikach nazywał się Ariakan, a tu ni z gruchy, ni z
pietruchy został mianowany Ariakasem. Drugim przykładem będą urkhany (stworzenia
ryjące tunele dla krasnoludów), które kilka stron dalej noszą już nazwę urknanów.
Niby jedna literka, ale jednak denerwuje niesamowicie (bynajmniej mnie jako fana
Dragonlance). Kolejnym słówkiem, które nie przypadło mi do gustu jest „leziemy”.
Wiem wiem, przyczepiam się do czego tylko mogę, ale jestem przyzwyczajony do
translacji Doroty Żywno, gdzie nie było mowy o takim słowie w ustach
Solamnijczyka. Zadziwiła mnie także żeńska odmiana rycerza, mianowicie rycerka.
Słyszał ktoś kiedyś o rycerkach? Mi się wydaje, że były kobiety rycerze albo
wojowniczki. Tym słowem polonizacja rozwaliła mnie totalnie. Tłumacz widać lubi
tworzyć neologizmy. Jeden jednak wyszedł mu na dobre. Zabradziażyć jak
najbardziej oddaje sens, tym bardziej że odnosi się ono do kendera. Polonizacja
wypadła średnio i pomimo kilku rażących błędów książkę czyta się przyjemnie.
Lektura jak najbardziej z najwyższej półki. Polecam wszystkim miłośnikom
fantasy, lecz tym razem tylko im. Najbardziej wniebowzięci będą fani Dragonlance.
Inaczej czytanie nie sprawi aż takiej radości i przyjemności, gdyż jest tu wiele
nawiązań do innych pozycji z tej serii.
|