Luty 2007      


|:  RECENZJA  :|

Masamune Shirow - Appleseed
dan_daki

Masamune Shirow to sławny i ceniony w środowisku twórców komiksów mangaka. Jeśli ktoś nie kojarzy jednak wymienionego nazwiska, to może tytuł najlepszego komiksu owego autora z gatunku cyberpunk – „Ghost in the Shell” – jakoś sprawę rozjaśni. Na podstawie mangi GITS powstały notabene dwa animowane filmy kinowe oraz serial telewizyjny, a i sam komiks doczekał się szybko kontynuacji („Ghost in the Shell 2: Man Machine Interface” oraz „Ghost in the Shell 1.5 Human: Error Processer”)

Jednak nie o GITSie miał traktować niniejszy tekst, a o jego starszej siostrze – mandze „Appleseed”. Podobnie jak w przypadku GITSa, mamy tu do czynienia z cyberpunkiem najwyższej klasy. Szkoda jednak, że serię „Appleseed” prześladuje jakiś tajemniczy, wręcz doprowadzający fanów do rozpaczy, pech. Shirow przedstawił publiczności pierwszy tom komiksu pt. „Appleseed: The Promethean Challenge” w roku 1985 – i od tamtego czasu seria nie została ukończona. Z zapowiedzianych 10 tomów ukazały się jeszcze: „Appleseed: Prometheus Unbound”, „Appleseed: The Scales of Prometheus” (1987r.) oraz „Appleseed: The Promethean Balance” (1989r.). I na tym stanęło. Od momentu wydania czwartego tomu manga została dwukrotnie zekranizowana, a Shirow nadal milczy na temat dalszych części. Jedyne, co wiadomo, to jedno: kiedyś będą. Warto czekać (choć z drugiej strony – ileż można?), gdyż manga ta jest niezwykle ciekawą pozycją, łączącą w sobie elementy cyberpunku, mecha, polityki, filozofii i socjologii.

Jak to w science-fiction bywa: przez naszą planetę przetoczyła się III wojna światowa, pozostawiając po sobie niewiele – przeważnie gigantyczne pustynie na 3 / 4 obszaru planety i kilka miast-skupisk ludzkich niedobitków. No i masę niezamieszkanych miast-ruin. Widok opustoszałych wieżowców z powybijanymi oknami, czy z olbrzymimi wyłomami w ścianach robi wrażenie ;-) Ludzie niczego się nie nauczyli i nadal walczą. Można powiedzieć – wesoły rok 2137. Jedyna nadzieja w Olimpie: mieście-utopii ( nie, tu nie chodzi o tą śmieszną siedzibę bogów z mitów greckich :P ). Olimp, umiejscowiony na jednej z wysepek u wybrzeży Afryki, jest kontrolowany przez superkomputer GAIA – własność Wielkiej Rady, którą tworzy grupka 7 starców. Większość mieszkańców miasta to bioroidy – zmodyfikowane genetycznie, bezpłodne istoty wyglądające jak ludzie, których zadaniem jest ochrona ocalałych przedstawicieli gatunku homo sapiens. Takie przynajmniej były założenia. Jednak gdy nasi główni bohaterowie, jedni z weteranów wojny nuklearnej, Deunan Knute wraz ze swoim przyjacielem Briareosem przybywają do Olimpu (a raczej: zostają do tego zmuszeni i siłą ściągnięci z pewnego miasta-widma), okazuje się, że rzeczywistość wcale nie jest taka sielankowa. W dodatku ich osoby wzbudzają zainteresowanie zarówno wśród członków Wielkiej Rady, jak i AEGIS (coś jak obecne ONZ, tylko z większymi uprawnieniami). Dlaczego? Odpowiedź skrywa się w przeszłości Deunan...

13 lat po premierze komiksu, „Appleseed” zawitał do Polski za sprawą TM-Semic, nieistniejącego już wydawnictwa, które z jednej strony uraczyło nas serią „TOP Manga” z najlepszymi japońskimi klasykami, z drugiej jednak strony rozczarowało jakością ich wydania. Nie inaczej było w przypadku „Appleseeda”. Ojjj, żal serce człowieka ujmuje, gdy bierze do ręki edycję PL.

Wartość edytorska stoi na bardzo niskim poziomie – żeby nie powiedzieć, na zerowym. Przede wszystkim zdumiewa „pokrojenie komiksu”. O co chodzi? Otóż nie dość, że TM-Semic wydał tylko dwa spośród czterech dostępnych tomów (sic!), to pozwolił sobie jeszcze na podzielenie każdego tomu na dwa cieńsze zeszyty. Logicznego celu takiego zabiegu darmo szukać (chyba, że tłumacze – Krystian Gałaj i Adam Kurowski – nie nadążali z przekładem tekstu na czas, a to już nie świadczy dobrze o ich profesjonalizmie). Takie rozwiązanie wprowadza ‘małe’ zamieszanie, w dodatku niekorzystnie odbija się na okładkach – dla każdego tomu druga część ma po prostu fatalny cover (co zresztą można zobaczyć na fotosach). Szczególnie numer 2/98. Kto wpadł na pomysł, by wybrać kilka kadrów z mangi i umieścić je na okładce? Mangi są czarno-białe, a taka czyściutka powierzchnia bardzo, ale to bardzo szybko się brudzi... Po kilku miesiącach wygląda tragicznie. Albo tragikomicznie, zależy, jak na sprawę patrzeć.  

OK., powybrzydzaliśmy sobie – niczego nie należy oceniać powierzchownie, ważne jest wnętrze. Dlatego otwieramy pierwszą stronę i... Zonk. Im głębiej, tym gorzej. Papier żółty, cieniuteńki, marnej jakości – o podarcie nietrudno. W dodatku na niektórych stronach druk nieco rozmazany lub rozdwojony. Gdzieniegdzie niekontrolowane plamy tuszu. What the hell is this?! Załamani psychicznie brniemy dalej w to bagno – czyli zaczynamy czytać. Ale w lekturze próżno szukać ukojenia – co pewien czas nasze oczka ‘pieści’ błąd w tłumaczeniu, poprzekręcane nazwy. Umierać, nie żyć... I pomyśleć, że w tym samym kraju nad Wisłą istnieje również wydawnictwo JPF, które w TAAAAKI sposób wydało „Ghost in the Shell”, że miłośnicy mangi w portki robią ze szczęścia i zachwytu... Heh  ;–(

 
 
 

 




Projekt „TOP Manga” upadł równie szybko, jak się pojawił. Po części – chwała mu za to. To było jedyne słuszne rozwiązanie przy takim poziomie edytorskim. Po części – szkoda, bo może wydawca przed upadkiem zdążyłby wypuścić na rynek pozostałe zeszyty serii „Appleseed” – zawsze to lepsze, niż nic. Ale nie czas na gdybanie. Polskie wydanie zapunktowało na 3/10. Komiks sam w sobie – 7/10 (byłoby więcej, gdyby autor w końcu swe dzieło doprowadził do finału ;–) ). Jeśli chcecie się dobrze bawić – sięgnijcie lepiej po wydanie amerykańskie. Przy okazji można polepszyć swój angielski ;–)

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!