Masamune Shirow - Appleseed
dan_daki
Masamune Shirow to sławny i
ceniony w środowisku twórców komiksów mangaka. Jeśli ktoś nie kojarzy jednak
wymienionego nazwiska, to może tytuł najlepszego komiksu owego autora z gatunku
cyberpunk – „Ghost in the Shell” – jakoś sprawę rozjaśni. Na podstawie
mangi GITS powstały notabene dwa animowane filmy kinowe oraz serial telewizyjny,
a i sam komiks doczekał się szybko kontynuacji („Ghost in the Shell 2: Man
Machine Interface” oraz „Ghost in the Shell 1.5 Human: Error Processer”)
Jednak nie o GITSie miał
traktować niniejszy tekst, a o jego starszej siostrze – mandze „Appleseed”.
Podobnie jak w przypadku GITSa, mamy tu do czynienia z cyberpunkiem najwyższej
klasy. Szkoda jednak, że serię „Appleseed”
prześladuje jakiś tajemniczy, wręcz doprowadzający fanów do rozpaczy, pech.
Shirow przedstawił publiczności pierwszy tom komiksu pt. „Appleseed: The
Promethean Challenge” w roku 1985 – i od tamtego czasu seria nie została
ukończona. Z zapowiedzianych 10 tomów ukazały się jeszcze: „Appleseed:
Prometheus Unbound”, „Appleseed: The Scales of Prometheus” (1987r.) oraz „Appleseed:
The Promethean Balance” (1989r.). I na tym stanęło. Od momentu
wydania czwartego tomu manga została dwukrotnie zekranizowana, a Shirow nadal
milczy na temat dalszych części. Jedyne, co wiadomo, to jedno: kiedyś będą.
Warto czekać (choć z drugiej strony – ileż można?), gdyż manga ta jest niezwykle
ciekawą pozycją, łączącą w sobie elementy cyberpunku, mecha, polityki, filozofii
i socjologii.
Jak to w science-fiction bywa:
przez naszą planetę przetoczyła się III wojna światowa, pozostawiając po sobie
niewiele – przeważnie gigantyczne pustynie na 3 / 4 obszaru planety i kilka
miast-skupisk ludzkich niedobitków. No i masę niezamieszkanych miast-ruin. Widok
opustoszałych wieżowców z powybijanymi oknami, czy z olbrzymimi wyłomami w
ścianach robi wrażenie ;-) Ludzie niczego się nie nauczyli i nadal walczą. Można
powiedzieć – wesoły rok 2137. Jedyna nadzieja w Olimpie: mieście-utopii ( nie,
tu nie chodzi o tą śmieszną siedzibę bogów z mitów greckich :P ). Olimp,
umiejscowiony na jednej z wysepek u wybrzeży Afryki, jest kontrolowany przez
superkomputer GAIA – własność Wielkiej Rady, którą tworzy grupka 7 starców.
Większość mieszkańców miasta to bioroidy – zmodyfikowane genetycznie, bezpłodne
istoty wyglądające jak ludzie, których zadaniem jest ochrona ocalałych
przedstawicieli gatunku homo sapiens. Takie przynajmniej były założenia. Jednak
gdy nasi główni bohaterowie, jedni z weteranów wojny nuklearnej, Deunan Knute
wraz ze swoim przyjacielem Briareosem przybywają do Olimpu (a raczej: zostają do
tego zmuszeni i siłą ściągnięci z pewnego miasta-widma), okazuje się, że
rzeczywistość wcale nie jest taka sielankowa. W dodatku ich osoby wzbudzają
zainteresowanie zarówno wśród członków Wielkiej Rady, jak i AEGIS (coś jak
obecne ONZ, tylko z większymi uprawnieniami). Dlaczego? Odpowiedź skrywa się w
przeszłości Deunan...
13 lat po premierze komiksu, „Appleseed” zawitał
do Polski za sprawą TM-Semic, nieistniejącego już wydawnictwa, które z jednej
strony uraczyło nas serią „TOP Manga” z najlepszymi japońskimi klasykami, z
drugiej jednak strony rozczarowało jakością ich wydania. Nie inaczej było w
przypadku „Appleseeda”. Ojjj, żal serce
człowieka ujmuje, gdy bierze do ręki edycję PL.
Wartość edytorska stoi na bardzo
niskim poziomie – żeby nie powiedzieć, na zerowym. Przede wszystkim zdumiewa
„pokrojenie komiksu”. O co chodzi? Otóż nie dość, że TM-Semic wydał tylko dwa
spośród czterech dostępnych tomów (sic!), to pozwolił sobie jeszcze na
podzielenie każdego tomu na dwa cieńsze zeszyty. Logicznego celu takiego zabiegu
darmo szukać (chyba, że tłumacze – Krystian Gałaj i Adam Kurowski – nie nadążali
z przekładem tekstu na czas, a to już nie świadczy dobrze o ich
profesjonalizmie). Takie rozwiązanie wprowadza ‘małe’ zamieszanie, w dodatku
niekorzystnie odbija się na okładkach – dla każdego tomu druga część ma po
prostu fatalny cover (co zresztą można zobaczyć na fotosach). Szczególnie numer
2/98. Kto wpadł na pomysł, by wybrać kilka kadrów z mangi i umieścić je na
okładce? Mangi są czarno-białe, a taka czyściutka powierzchnia bardzo, ale to
bardzo szybko się brudzi... Po kilku miesiącach wygląda tragicznie. Albo
tragikomicznie, zależy, jak na sprawę patrzeć.
OK., powybrzydzaliśmy sobie –
niczego nie należy oceniać powierzchownie, ważne jest wnętrze. Dlatego otwieramy
pierwszą stronę i... Zonk. Im głębiej, tym gorzej. Papier żółty, cieniuteńki,
marnej jakości – o podarcie nietrudno. W dodatku na niektórych stronach druk
nieco rozmazany lub rozdwojony. Gdzieniegdzie niekontrolowane plamy tuszu.
What the hell is this?! Załamani psychicznie brniemy
dalej w to bagno – czyli zaczynamy czytać. Ale w lekturze próżno szukać ukojenia
– co pewien czas nasze oczka ‘pieści’ błąd w tłumaczeniu, poprzekręcane nazwy.
Umierać, nie żyć... I pomyśleć, że w tym samym kraju nad Wisłą istnieje również
wydawnictwo JPF, które w TAAAAKI sposób wydało „Ghost in the Shell”, że
miłośnicy mangi w portki robią ze szczęścia i zachwytu... Heh ;–(
|
Projekt „TOP Manga” upadł równie szybko, jak się pojawił. Po części – chwała mu
za to. To było jedyne słuszne rozwiązanie przy takim poziomie edytorskim. Po
części – szkoda, bo może wydawca przed upadkiem zdążyłby wypuścić na rynek
pozostałe zeszyty serii „Appleseed” – zawsze to lepsze, niż nic. Ale nie
czas na gdybanie. Polskie wydanie zapunktowało na 3/10. Komiks sam w sobie –
7/10 (byłoby więcej, gdyby autor w końcu swe dzieło doprowadził do finału ;–) ).
Jeśli chcecie się dobrze bawić – sięgnijcie lepiej po wydanie amerykańskie. Przy
okazji można polepszyć swój angielski ;–)
|