Ostatnie życzenie
Nivellen, Geralt
- Precz stąd, człeku śmiertelny! - ryknął potwór, machając łapami, ale nie ruszając się z miejsca. - Bo pożrę cię! Na sztuki rozedrę!
Wiedźmin nie poruszył się, nie opuścił miecza.
- Głuchy jesteś? Precz stąd! - wrzasnęło stworzenie, po czym wydało z siebie odgłos będący czymś pośrednim pomiędzy kwikiem wieprza a rykiem jelenia samca. Okiennice we wszystkich oknach zakłapały i załomotały, strząsając gruz i tynk z parapetów. Ani wiedźmin, ani potwór nie poruszyli się.
- Umykaj, pókiś cały! - zaryczał stwór, ale jak gdyby mniej pewnie. - Bo jak nie, to...
- To co? - przerwał Geralt.
Potwór zasapał gwałtownie, przekrzywił potworną głowę.
- Patrzcie go, jaki śmiały - rzekł spokojnie, szczerząc kły, łypiąc na Geralta przekrwionym ślepiem. - Opuść to żelazo, jeśli łaska. Może nie dotarło do ciebie, że znajdujesz się na podwórzu mojego własnego domu? A może tam, skąd pochodzisz, jest zwyczaj wygrażania gospodarzowi mieczem na jego własnym podwórzu?
- Jest - potwierdził Geralt. - Ale tylko względem gospodarzy, którzy witają gości rykiem i zapowiedzią rozrywania na sztuki.
- A, zaraza - podniecił się potwór. - Jeszcze mnie będzie obrażał, przybłęda. Gość się znalazł! Pcha się na podwórze, niszczy cudze kwiaty, panoszy się i myśli, że zaraz wyniosą chleb i sól. Tfu!
Stwór splunął, sapnął i zamknął paszczę. Dolne kły pozostały na wierzchu, nadając mu wygląd odyńca.
- I co? - rzekł wiedźmin po chwili, opuszczając miecz. - Będziemy tak stać?
- A co proponujesz? Położyć się? - prychnął potwór. - Schowaj to żelazo, mówię.
Wiedźmin zręcznie wsunął broń do pochwy na plecach, nie opuszczając ręki pogładził głowicę sterczącą powyżej ramienia.
- Wolałbym - powiedział - żebyś nie wykonywał zbyt gwałtownych ruchów. Ten miecz zawsze da się wyjąć, i to prędzej, niż myślisz.
- Widziałem - charknął potwór. - Gdyby nie to, już dawno byłbyś za bramą, ze śladem mojego obcasa na rzyci. Czego tu chcesz? Skąd się tu wziąłeś?
- Zabłądziłem - skłamał wiedźmin.
- Zabłądziłeś - powtórzył potwór, wykrzywiając paszczę w groźnym grymasie. - No to się wybłądź. (...)
Nivellen, Geralt
- A cóż to dynda ci na szyi, gościu? Co to takiego?
- Zobacz.
Stwór ujął medalion w łapę, podniósł do oczu, napinając lekko łańcuszek na szyi Geralta.
- Nieładny wyraz twarzy ma to zwierzę. Co to takiego?
- Znak cechowy.
- Aha, zapewne trudnisz się wyrobem kagańców. (...)
Nivellen, Geralt
- Ty nie jesteś żadnym potworem, Nivellen - rzekł sucho wiedźmin.
- A, zaraza, to coś nowego. Więc, według ciebie, czym ja jestem? Kisielem z żurawiny? Kluczem dzikich gęsi odlatujących na południe w smutny, listopadowy poranek? Nie? Więc może cnotą utraconą u źródła przez cycatą córkę młynarza? (...)
Nivellen
Już po dwóch tygodniach byłem z Primulą w bardzo bliskich stosunkach, podczas których lubiła targać mnie za uszy i wykrzykiwać: "Zagryź mnie zwierzu!", "Rozszarp mnie, bestio!" i temu podobne idiotyzmy. (...)
Nivellen
A co się tyczy łoża, to... Zaraza, cnota jest w dzisiejszych czasach rzadsza niż skalny smok. (...)
Geralt
- Panie Falwick - powiedział Geralt, nie przestając się uśmiechać. - Jeśli on wyciągnie miecz, odbiorę mu go i opłazuję gówniarza po rzyci. A potem wybiję nim drzwi.
Tailles, Nenneke
Tailles drżącymi rękami wyciągnął zza pasa żelazną rękawicę i z trzaskiem cisnął nią o posadzkę tuż przed stopami wiedźmina.
- Zmyję zniewagę zakonu twoją krwią, odmieńcze! - wrzasnął. - Na udeptanej ziemi! Wychodź na podwórzec!
- Coś ci upadło, synku - rzekła spokojnie Nenneke. - Podnieś to zatem, tu nie wolno śmiecić, tu jest świątynia. (...)
Stregobor, Geralt
(...) A tak właśnie było w przypadku dziewczynek urodzonych po zaćmieniu, u których stwierdzono wręcz niepoczytalną skłonność do okrucieństwa, agresji, gwałtownych wybuchów gniewu, a także wybujały temperament.
- U każdej baby można stwierdzić coś takiego (...)
Jaskier, Nenneke
- Moje głębokie uszanowanie, czcigodna matko - zakwilił kretyńsko. - Chwała Wielkiej Melitele i jej kapłankom, krynicom cnoty i mądrości...
- Przestań pieprzyć, Jaskier - parsknęła Nenneke. - I nie tytułuj mnie matką. Wiedz, że na myśl, iż mógłbyś być moim synem, ogarnia mnie zgroza.
Jaskier, Geralt
(...) Gdy studiowałem w akademii w Oxenfurcie, historia zajmowała drugie miejsce na liście moich ulubionych przedmiotów.
- Co było na pierwszym miejscu?
- Geografia - rzekł poważnie poeta. - Atlas świata był większy i łatwiej było za nim ukryć gąsiorek wódki.
Starosta, Geralt, Jaskier
- Aaaa - starosta znowu zaczął myśleć, w sposób zauważalny. - Robota? Niby te... No... Żywiołaki? Pytacie, są li tu żywiołaki?
Wiedźmin uśmiechnął się i kiwnął głową, trąc knykciem swędzącą od kurzu powiekę.
- Są - doszedł do wniosku starosta po dłuższej chwili. - Spójrzcie tylko tam, widzicie te góry? Tam elfy mieszkają, tam jest ichnie królestwo. Pałace ichnie, powiadam wam, całe są ze szczerego złota. Oho, panie! Elfy, powiadam wam. Zgroza. Kto tam pójdzie, ten już nie wraca.
- Tak sądziłem - rzekł Geralt chłodno. - Właśnie dlatego wcale się tam nie wybieram.
Jaskier zarechotał bezczelnie. Starosta, zgodnie z oczekiwaniami Geralta, myślał długo.
- Aha - rzekł wreszcie. - Ano, tak. Ale są tu i inne żywiołaki. Z elfiej krainy widać lezą do nas. O, panie, jest ich a jest. Zliczyć trudno. A najgorsza to Mora będzie, dobrze mówię, ludkowie?
"Ludkowie" ożywili się, oblegli stół ze wszystkich stron.
- Mora! - rzekł jeden. - Tak, tak, prawie starosta gada. Blada dziewica, onaż po chałupach chodzi o brzasku, a dzieciaki od tego mrą!
- I chochliki - dodał drugi, żołdak z miejscowej strażnicy. - Koniom grzywy plączą po stajniach!
- I nietopyrze! Nietopyrze tu są!
Jaskier, Geralt
- Żaden z tych potworów... Żaden? To być nie może. Coś z tego, co wymienili, musi tu być. Chociaż jedno! Przyznaj.
- Przyznaję. Jedno tu jest z pewnością.
- Ha! Co?
- Nietopyrze.
Jaskier, Geralt
- Ktoś jedzie za nami - powiedział podniecony. - Na wozie!
- Niesłychane - zadrwił wiedźmin, nie oglądając się. - Na wozie. A ja myślałem, że tutejsi jeżdżą na nietopyrzach.
Jaskier, Dhun, Geralt
- I co? - nie wytrzymał poeta. - Co jest na tym polu?
- Ano - Dhun uniósł głowę, podrapał się za uchem. - Ano, grasuje tam diaboł.
- Co? - parsknął Jaskier. - Co takiego?
- Przecie mówię. Diaboł.
- Jaki diaboł?
- A jaki ma być? Diaboł i tyle.
- Diabłów nie ma!
- Nie wtrącaj się, Jaskier - rzekł Geralt spokojnym głosem. - A wy mówcie dalej, mości Dhun.
- Przecie mówię: diaboł.
- To już wiem. - Geralt, gdy chciał, potrafił być niesłychanie cierpliwy. - Powiedzcie, jak wygląda, skąd się wziął, w czym wam przeszkadza. Po kolei, jeśli łaska.
- Ano - Dhun uniósł sękatą dłoń i jął wyliczać, po kolei odginając palce, z wielkim trudem. - Po kolei, jako żywo, mądry z was człek. Ano, tak. Wygląda to on, panie, jak diaboł, wypisz wymaluj diaboł. Skąd się wziął? Ano znikąd. Bęc, trzask, prask i patrzym: diaboł. A przeszkadzać to on nam po prawdzie nie zanadto przeszkadza. (...)
Dhun
- A któżby - Dhun spojrzał na niego ponuro - chciał diaboła na ojcowiźnie? Nasza to ziemia z dziada-pradziada, z królewskiego nadania i nic diabołowi do niej. Pluć nam na jego pomoc, co to, sami rąk nie mamy? A to, panie wiedźmin, nie diaboł, a złośliwe bydlę i w głowie ma, z przeproszeniem, nasrane tak, że wytrzymać ciężko. Nie wiedzieć rano, co mu wieczorem do łba strzeli. A to, panie, w studnię napaskudzi, a to za dziewką goni, straszy, grozi, że dupczył będzie. Kradnie, panie, chudobę i spyżę. Niszczy a psuje, naprzykrza się, na grobli ryje, doły kopie jak piżmowiec albo bober jaki, woda z jednego stawu ze szczętem uciekła i karpie posnęły. We stogu lulkę palił, kurwi syn, z dymem puścił wszystko siano...
Jaskier
- Diabłów nie ma! - wrzasnął poeta (...) Nie ma! Diabły nie istnieją, do diabła!
Torque, Geralt
- Twój przyjaciel - zabeczał cicho - zdecydował się zemdleć. Rychło w czas. Co robić?
- Daj mu parę razy po gębie.
- Z rozkoszą.
Neville, Jaskier
(...) Do rzeczy, mospanie, do rzeczy. Wrzeszczeliście, że wiedźmin jest niewinny. Jak mam to rozumieć? Że niby Wawrzynosek sam, własnoręcznie obił sobie dupę? Bo jeśli wiedźmin jest niewinny, to inaczej być nie mogło. Chyba że była to zbiorowa halucynacja.
- Nic mi nie wiadomo o dupach ani halucynacjach - rzekł dumnie Jaskier. - Ani o wawrzynowych noskach. (...)
Miecz przeznaczenia
Yennefer, Yarpen Zigrin
(...) Od pierwszego dnia ostentacyjnie traktujesz mnie jak powietrze, więc rób tak dalej, nie przeszkadzaj sobie. Bo mnie to również nie przeszkadza.
- Co też wy, pani. - Yarpen pokazał w uśmiechu nierówne zęby. - Niech mnie kleszcze oblezą, jeśli nie traktuję was lepiej niż powietrze. Powietrze, dla przykładu, zdarza mi się zepsuć, na co wobec was nie ośmieliłbym się żadną miarą.
Yarpen Zigrin, Jaskier
- A zaśpiewaj, cholera - powiedział Yarpen Zigrin i splunął. - Ale nie myśl, Jaskier, że dam ci za twoje beczenie choć szeląga. Tu, chłopie, nie królewski dwór.
- To widać - kiwnął głową trubadur.
Yarpen Zigrin, Jaskier
- Hej! - ryczał Yarpen Zigrin siedzący na koźle, wskazując na Yennefer. - Coś się tam czerni na szlaku! Ciekawe, co to? Wygląda jak kobyła!
- Bez ochyby! - odwrzasnął Jaskier odsuwając na tył głowy śliwkowy kapelusik. - To kobyła! Wierzchem na wałachu! Niebywałe!
Geralt, Yennefer
- Yen? Możesz złapać oparcie? Nogami? Możesz coś zrobić nogami?
- Tak - jęknęła. - Pomajtać.
Eyck, Boholt, Geralt, Jaskier
- Ściga nas gniew bogów - powiedział wznosząc ręce. - Zgrzeszyliśmy, królu Niedamirze. To była święta wyprawa, wyprawa przeciw złu. Bo smok to zło, tak, każdy smok to wcielone zło. Ja zła nie mijam obojętnie, ja rozgniatam je pod stopą... Unicestwiam. Tak, jak każą bogowie i Święta Księga.
- Co on plecie? - zmarszczył się Boholt.
- Nie wiem - rzekł Geralt, poprawiając uprząż klaczy. - Nie pojąłem ni słowa.
- Bądźcie cicho - powiedział Jaskier. - Staram się to zapamiętać, może da się wykorzystać, gdy się dobierze rymy.
- Mówi Święta Księga - rozwrzeszczał się na dobre Eyck - że wynijdzie z otchłani wąż, smok obrzydły, siedem głów i dziesięć rogów mający! A na grzbiecie jego zasiądzie niewiasta w purpurach i szkarłatach, a puchar złoty będzie w jej dłoni, a na czole jej wypisany będzie znak wszelkiego i ostatecznego kurewstwa!
- Znam ją! - ucieszył się Jaskier. - To Cilia, żona wójta Sommerhaldera!
Eyck, Yarpen Zigrin, Boholt
(...) Nie dopuszczę, by obrażano w mojej obecności honor rycerski. Kto odważy się złamać zasady honorowego pojedynku...
Eyck mówił coraz głośniej, egzaltowany głos łamał mu się i drżał z podniecenia.
- ...kto znieważy honor, znieważy i mnie, i krew jego lub moja popłynie na tę umęczoną ziemię. Bestia żąda pojedynku? Dobrze więc! Niechaj herold otrąbi moje imię! Niech zadecyduje sąd bogów! Za smokiem siła kłów i pazurów, i piekielna złość, a za mną...
- Co za kretyn - mruknął Yarpen Zigrin.
- ...za mną prawość, za mną wiara, za mną łzy dziewic, które ten gad...
- Skończ, Eyck, bo rzygać się chce! (...)
Yarpen Zigrin
(...) Chodziłem w poselstwa już wtedy, kiedy wy jeszczeście na chleb mówili: "bep", a na muchy: "tapty".
Yarpen Zigrin, Villentretenmerth, Boholt
- Hej, ty tam! - zaryczał, biorąc się pod boki. - Smoku chędożony! Słuchaj, co ci rzeknie herold! Znaczy się ja! Jako pierwszy honorowo weźmie się za ciebie obłędny rycerz Eyck z Denesle! I wrazi ci kopię w kałdun, wedle świętego zwyczaju, na pohybel tobie, a na radość biednym dziewicom i królowi Niedamirowi! Walka ma być honorowa i wedle prawa, ziać ogniem nie lza, a jeno konfesjonalnie łupić jeden drugiego, dopokąd ten drugi ducha nie wyzionie albo nie zemrze! Czego ci życzymy z duszy, serca! Pojąłeś, smoku?
Smok ziewnął, zamachał skrzydłami, a potem, przypadłszy do ziemi, szybko zlazł z pagóra na równy teren.
- Pojąłem, cny heroldzie! - odryczał. - Niech tedy wystąpi w pole szlachetny Eych z Denesle. Jam gotów!
- Istne jasełki - Boholt splunął, ponurym wzrokiem odprowadzając Eycka, stępa wyjeżdżającego zza bariery głazów. - Cholerna kupa śmiechu...
Villentretenmerth, Yarpen Zigrin
Smok uniknął pchnięcia w delikatnym, zwinnym, pełnym gracji obrocie i zwijając się jak żywa, złota wstęga, błyskawicznie, ale miękko, iście po kociemu, sięgnął łapą pod brzuch konia. Koń kwiknął, wysoko wyrzucając zad, rycerz zakolebał się w siodle, ale nie wypuścił kopii. W momencie, gdy koń prawie zarywał się chrapami w ziemię, smok ostrym pociągnięciem łapy zmiótł Eycka z siodła. Wszyscy widzieli lecące w górę, wirujące blachy pancerza, wszyscy usłyszeli brzęk i huk, z jakim rycerz zwalił się na ziemię.
Smok przysiadając przygniótł konia łapą, zniżył zębatą paszczę. Koń kwiknął przeraźliwie, zaszamotał się i ścichł.
W ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli głęboki głos smoka Villentretenmertha.
- Mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny do dalszej walki. Następny, proszę.
- O, kurwa - powiedział Yarpen Zigrin w ciszy, jaka zapadła.
Jaskier
(...) Właśnie mam zamiar ułożyć balladę o dwóch cyckach. Proszę mi nie przeszkadzać.
Schwann, Dainty Biberveldt, Jaskier
(...) Kto to był? Ten niziołek, który umknął?
- Kuzyn - rzekł szybko Dainty. - Mój daleki kuzyn...
- Tak, tak - poparł do szybko Jaskier, czując swój żywioł. - Daleki kuzyn Beberveldta. Znany jako Czubek-Biberveldt. Czarna owca w rodzinie. Dzieckiem będąc, wpadł do studni. Wyschniętej. Ale nieszczęściem ceber spadł mu prosto na głowę. Zwykle jest spokojny, tylko widok purpury go rozwściecza. Ale nie ma co się martwić, bo uspokaja się na widok rudych włosków na damskim łonie. (...)
Vimme Vivaldi, Jaskier
(...) A znam wasze piosenki, znam, słyszałem. O królewnie Vandzie, która utopiła się w rzece Duppie, bo nikt jej nie chciał. I o zimorodku, co wpadł do wychodku...
- To nie moje - Jaskier poczerwieniał ze wściekłości. - Nigdy nie napisałem czegoś podobnego!
- A. A to przepraszam.
Vimme Vivaldi
(...) jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedzieć sobie: "Srał to pies". (...)
Geralt, Sh'eenaz
- Sh'eenaz! - zawołał Geralt - Nie rozumiesz? On nie może żyć w wodzie!
- Nie akceptuję głupich wymówek! Ja też... Ja też go lubię i chcę mieć z nim narybek, ale jak, gdy on nie chce zostać mleczakiem? Gdzie ja mu ikrę mam złożyć, co? Do czapki?
Geralt, Sh'eenaz, Agloval
(...) Jestem zdrowa, normalna i dojrzała do tarła, a on, jeśli naprawdę mnie pragnie, ma mieć ogon, płetwę i wszystko jak normalny tryton. Inaczej nie chcę go znać!
Geralt tłumaczył szybko, starając się nie być wulgarny. Nie bardzo wyszło. Książe poczerwieniał, zaklął brzydko.
- Bezwstydna dziwka! - wrzasnął. - Zimna makrela! Niech sobie znajdzie dorsza!
- Co on powiedział? - zaciekawiła się Sh'eenaz, podpływając.
- Że nie chce mieć ogona!
- To powiedz mu... Powiedz mu, żeby się wysuszył!
- Co ona powiedziała?
- Powiedziała - przetłumaczył wiedźmin. - Żebyś się utopił.
Teleri Drouhard
(...) Witajcie i wy, panie Gerard... Zaszczyconym... Tak... Pozwólcie... Cne panie, cni panowie! Oto gość nasz zaszczytny, co zaszczyt nam zrobił i zaszczycił nas... Mistrz Jaskier, słynny śpiewak i wierszokle... poeta, znaczy, wielkim zaszczytem nas zaszczycił... Zaszczyceniśmy tedy...
Jaskier, Geralt
- Wiem - powiedział wreszcie poeta. - Już wszystko wiem.
- Gówno wiesz (...)
Jaskier, Geralt
(...) jestem naturą skomplikowaną.
- Jaskier - westchnął wiedźmin, robiąc się naprawdę senny. - Jesteś cynik, świntuch, kurwiarz i kłamca. I nic, uwierz mi, nic nie ma w tym skomplikowanego. (...)
|
Krew elfów
Donimir, Sheldon Skaggs
- Bacz, co mówisz, brodaczu! (...) I do kogo!
- Sam bacz! - krasnolud trzepnął dłonią po zatkniętym za pas toporze, odwrócił się do swych kompanów i wyszczerzył zęby. - Widzieliście go? Rycerz chędożony! Herbowy! Trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!
Sheldon Skaggs
- Każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa (...)
Vera Loewenhaupt, Vilibert, Chłop, Sheldon Skaggs
- Czego oni od nas chcą (...) Czego oni chcą, ci Nilfgaardczycy?
- Chcą naszej krwi! - ryknął komes Vilibert.
- I naszej ziemi! - zawył ktoś z tłumu chłopów.
- I naszych bab! - zawtórował Sheldon Skaggs, groźnie łypiąc oczami.
Yarpen Zigrin, Ciri
- Trzeba ci wiedzieć, miła Ciri - rzekł Yarpen Zigrin - że moja babka znała się na leczeniu jak nikt. Niestety, uważała, że źródłem większości chorób jest nieróbstwo, zaś nieróbstwo najskuteczniej leczy się kijem. Względem mnie i mojego rodzeństwa stosowała taki lek głównie zapobiegawczo. Lała nas przy byle okazji albo i bez okazji. Wyjątkowa to była jędza. A raz, gdy ni z tego, ni z owego dała mi pajdkę chleba ze smalcem i cukrem, to tak mnie tym zaskoczyła, że z wrażenia upuściłem tę pajdkę, smalcem w dół. No a babka sprała mnie, stara wstrętna rura. A potem dała mi drugą pajdkę, tyle że już bez cukru.
- Moja babka - Ciri ze zrozumieniem pokiwała głową - też mnie raz sprała. Rózgą.
- Rózgą? - zaśmiał się krasnolud. - Moja wygrzmociła mnie raz trzonkiem od kilofa (...)
Ciri, Yarpen Zigrin
(...) Ale teraz... Ludzi jest przecież dużo więcej niż... Niż was.
- Bo mnożycie się jak króliki - zgrzytnął zębami krasnolud. - Nic, tylko byście się chędożyli, w kółko, bez wyboru, z kim popadło i gdzie popadło. A waszym kobietom wystarczy byle siąść na męskich portkach, by im brzuch urósł... Czegoś tak pokraśniała, myślałby kto: maczek polny? Chciałaś rozumieć, tak czy nie? To i masz szczerą prawdę i wierną historię świata, którym włada ten, kto sprawniej rozłupuje innym czaszki i w szybszym tempie nadmuchuje baby. A z wami, ludźmi, trudno konkurować, zarówno w mordowaniu, jak i w chędożeniu...
Dijkstra
- Jaskier (...) Ty pało zakuta. Ty głupku patentowany. Czy ty zawsze musisz popsuć wszystko, czego byś się tylko podjął? Czy choć jeden jedyny raz w życiu nie mógłbyś zrobić czegoś tak, jak należy? Wiadomym jest mi, że masz lat blisko czterdzieści, wyglądasz na blisko trzydzieści, wyobrażasz sobie, że masz nieco ponad dwadzieścia, a postępujesz tak, jakbyś miał niecałe dziesięć. (...)
Yennefer
(...) Moja Mistrzyni zwykła była mawiać, że wydawanie mocy musi odbywać się tak, jakbyś puszczała bąka na sali balowej: delikatnie, oszczędnie i pod kontrolą. I tak, by postronni nie połapali się, że to ty. (...)
Yennefer, Ciri
(...) Poderwij kosz z ziemi i porządnie walnij nim w ścianę tamtej szopki, tak żeby pierze poleciało. Nie garb się! Głowa do góry! Z gracją, ale dumnie! Śmiało, śmiało! O, jasna cholera!
- Ojej... Przepraszam, pani Yennefer... Chyba... wydałam trochę za dużo...
- Odrobinkę. Nie denerwuj się. Chodź tu do mnie. No, malutka.
- A... A szopka?
- To się zdarza. Nie ma się czym przejmować. Debiut, generalnie rzecz biorąc, należy ocenić pozytywnie. A szopka? To nie była wcale piękna szopka. Nie sądzę, żeby komuś bardzo brakowało jej w krajobrazie. (...)
Czas pogardy
Codringher
(...) Ty jesteś wiedźminem anachronicznym, a ja wiedźminem nowoczesnym, idącym z duchem czasu. Dlatego ty wkrótce będziesz bezrobotny, a ja będę prosperował. Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze.
Chrzest ognia
Milva
- Poeta - Milva popatrzyła na rzucanego suchymi już torsjami trubadura, potem podniosła wzrok. - Kiedy tak, tedy pojmuję. Jeśli czego nie pojmuję, to czemu on tu rzyga, miast gdzie w cichości rymy pisać. Nie moja zresztą rzecz.
Jaskier, Geralt, Milva
- Dziewczyna jak łania - mruczał. - Ty masz szczęście do takich znajomości, Geralt. Strzelista i zgrabna, chodzi, jakby tańczyła. W biodrach trochę za wąska, jak na mój gust, a w ramionach odrobinkę za mocna, ale przecież kobieca, kobieca... Te dwa jabłuszka z przodu, ho, ho... Mało koszula nie praśnie...
- Przymknij się, Jaskier.
- W drodze - marzył dalej poeta - zdarzyło mi się dotknąć przypadkiem. Udo, mówię ci, jak z marmuru. Oho, nie nudziło ci się przez ten miesiąc w Brokilonie...
Milva, która właśnie wróciła z patrolu, usłyszała teatralny szept i zauważyła spojrzenia.
- O mnie gadasz, poeto? Czego się we mnie wpatrujesz, ledwie się odwrócę? Ptak mi na plecy nasrał?
Jaskier, Milva
- Czytałem - Jaskier łypnął znacząco na Geralta - że najlepsze łuczniczki spotkać można wśród Zerrikanek, w stepowych klanach. Niektóre podobno obcinają sobie lewe piersi, by nie wadziły im w napinaniu łuków. Biust, powiadają, wchodzi w paradę cięciwie.
- Musiał to jakiś poeta wydumać - parsknęła Milva. - Siada taki i wypisuje osielstwa, pióro w nocniku maczając, a głupie ludzie wierzą. Co to, cyckami się strzela, czy jak? Do gęby się cięciwę dociąga, bokiem stojąc, o, tak. Nic cięciwie nie zawadza. O tym obcinaniu to durnota, wymysł głowy próżniaczej, której wiecznie aby babskie cycki na myśli.
Cahir, Geralt, Milva
(...) Chcę... Chcę się do was przyłączyć.
- Chyba się przesłyszałem. Powtórz.
- Chcę się do was przyłączyć. Jedziesz na poszukiwanie dziewczyny. Chcę ci pomóc. Muszę ci pomóc.
- To jest szaleniec - Geralt odwrócił się do Milvy i Jaskra. - Doznał pomieszania zmysłów. Mamy do czynienia z szaleńcem.
- Pasowałby do kompanii - mruknęła Milva. - Jak ulał by pasował.
Geralt, Milva, Jaskier
- Starzeję się (...) Zaczynam miewać skrupuły.
- Ano, zdarza się u starych - łuczniczka spojrzała na niego ze współczuciem. - Odwar z miodunki pomaga na to. A na razie kładź sobie poduszeczkę na siodło.
- Skrupuły - wyjaśnił poważnie Jaskier - to nie to samo co hemoroidy, Milva (...)
Krasnoludy, Jaskier
Patrzajta, tam pod borem wilczysko tańcuje
Zęby szczerzy, chwostem macha, raźno podskakuje
Czemuż to tak wesoła ta leśna bestyja?
Widno jeszcze nie żonata, kiedy tak wywija!
Um-ta, um-ta, uhu-ha!
Patrzajta, tam na łęgu wilczek łapy wlecze
Łeb spuszczony, chwost skulony, z oka łezka ciecze
Czemuż to ta bestyja taka zasmucona?
Widno wczoraj ożeniona albo zaręczona!
Feldmarszałek Duda
- Rrr-rrwa mać! (...)
Krasnoludy
- Jakeś grał, wołku ty zbożowy? Pało zakuta? Czemuś w listki, miast w serca wyszedł? Co to ja, dla krotochwili w serca wistowałem? Ach, wziąłbym pałę i walnął cię w ten głupi łeb!
- Miałem cztery listki z niżnikiem, myślałem wyoptymować!
- Cztery listki, a jużci! Chybaś własnego ptoka doliczył, karty na podołku dzierżący. Ty myśl trochę, Stratton, bo tu nie uniwersytet! Tu się w karty gra! No, ale i świnia burmistrza ograła, gdy dobre karty miała. Rozdawaj, Varda.
- Placek w dzwonki.
- Mała kupa w kule!
- Grał król w kule, przesrał koszulę. Dubel w listki!
- Gwint!
- Nie śpij, Caleb. Dubel z gwintem był! Co licytujesz?
- Duża kupa w dzwonki!
- Akces. Haaa! I co? Nikt nie gwintuje? Dudy w miech, synkowie? Wistujesz, Varda. Percival, jeszcze raz do niego mrugniesz, to cię tak pieprznę w oczodół, że do zimy nie pomrugasz.
- Niżnik.
- Panna!
- Wyżnikiem po niej! Panna wydymana! Biję i ha, ha, jeszcze serca mam, na czarną godzinę ukryte! Niżnik, krzyżka, kralka...
- I trumfem po niej! Kto nie ściąga kozery, ten jest cztery litery. I w kule! Aha, Zoltan? Tum cię w miętkie trafił!
- Widzieliście go, gnoma pieprzonego. Ech, wziąłbym pałę...
Zoltan Chivay, Munro Bruys
(...) My zaś uczynimy rekonesans. Jeśli będzie bezpiecznie, zawołam głosem krogulca.
- Głosem krogulca? - niespokojnie poruszył brodą Munro Bruys. - Przecie ty pojęcia nie masz o naśladowaniu ptasich głosów, Zoltan.
- I o to chodzi. Gdy usłyszysz dziwny, niepodobny do niczego głos, to będę ja. (...)
Zoltan Chivay, Jaskier
(...) Ty jesteś poeta, nie wiesz, co to strategia.
- Zaskoczę cię. Wiem.
- A ja ci powiadam, że nie rozpoznałbyś strategii nawet wtedy, gdyby wyskoczyła z krzaków i kopnęła cię w dupę.
Zoltan Chivay, Jaskier
- Na moim sihillu - warknął Zoltan, obnażając miecz - wyryte jest starodawnymi krasnoludzkimi runami prastare krasnoludzkie zaklęcie. Niech no jeno który ghul zbliży się na długość klingi, popamięta mnie. O, popatrzcie.
- Ha - zaciekawił się Jaskier, który właśnie zbliżył się do nich. - Więc to są słynne tajne runy krasnoludów? Co głosi ten napis?
- "Na pohybel skurwysynom!"
Jaskier, Milva
(...) Trzeba wam też wiedzieć, że mandragora jest silnym afrodyzjakiem i używa się jej do magii miłosnej, zwłaszcza do przełamywania dziewczęcych oporów. Stąd właśnie bierze się ludowa nazwa mandragory: dziwostręt. Znaczy się, ziele, które stręczy dziwki.
- Bałwan - skomentowała Milva.
Jaskier
Nie dziwota, że są harde urodziwe panie
Wszak im drzewo wynioślejsze, tym trudniej wleźć na nie.
(...)
Wżdy i z panną, i ze drzewem kto nie kiep poradzi
Trzeba owszem wziąć i zerżnąć, no i po zawadzie.
Milva, Percival Schuttenbach
- Niech was bies porwie z tym waszym mądrym gadaniem - zdenerwowała się Milva. - Z pół setki wymyślnych słów, gdy starczą trzy: śmierdzi gównem i kapustą!
- Gówno i kapusta zawsze w parze idą - rzekł sentencjonalnie Percival Schuttenbach. - Jedno popędza drugie. (...)
Geralt, Regis, Milva
- Niech was wszystkich cholera - powiedział wreszcie wiedźmin, chowając łyżkę do cholewy. - Niech was cholera, wy kooperująca grupo idiotów, zjednoczona przez wspólny cel, którego żadne z was nie rozumie. I mnie też niech cholera. (...)
- Kompania mi się trafiła - podjął Geralt, kręcąc głową. - Towarzysze broni! Drużyna bohaterów! Nic, tylko ręce załamać. Wierszokleta z lutnią. Dzikie i pyskate pół driady, pół baby. Wampir, któremu idzie na pięćdziesiąty krzyżyk. I cholerny Nilfgaardczyk, który upiera się, że nie jest Nilfgaardczykiem.
- A na czele drużyny wiedźmin, chory na wyrzuty sumienia, bezsiłę i niemożność podjęcia decyzji - dokończył spokojnie Regis. - Zaiste, proponuję podróżować incognito, by nie wzbudzać sensacji.
- I śmiechu - dodała Milva.
Wieża Jaskółki
Andres Vierny, Dede Vargas
Na wojence bywa różnie,
Raz ktoś komuś głowę urżnie,
Raz znów dadzą znać o zmierzchu,
Że ktoś flaki ma na wierzchu.
Regis, Angouleme
- Nie jestem twoim wujciem, drogie dziecko.
- A ja nie jestem twoim drogim dzieckiem, wujciu!
Angouleme, Milva
- Dobrze powiedziane, ciotka (...)
- Nie jestem ci ciotką żadną! (...)
Reynart de Bois-Fresnes
- Ja, widzicie, jestem błędny. Ale, na honor, nie obłąkany! O, jest mój koń. Chodź tu, Bucefał!
...
(...) trzeci strzelił do niego z gabriela.
Miniaturowe samostrzały wymyślił i opatentował niejaki Gabriel, rzemieślnik z Verden. Reklamował je sloganem: "Obroń się sam". Dookoła srożą się bandytyzm i przemoc, głosiła reklama. Prawo jest bezsilne i nieporadne. Obroń się sam! Nie wychodź z domu bez poręcznego samostrzału marki "Gabriel". Gabriel to twój stróż, Gabriel uchroni przed bandytą ciebie i twoich bliskich.
Sprzedaże były rekordowe. Wkrótce poręczne przy napadach gabriele nosili wszyscy bandyci.
Geralt był wiedźminem, umiał pochylić się przed bełtem. Ale zapomniał o obolałym kolanie. Unik był o cal spóźniony, liściowaty grot rozorał mu ucho. Ból oślepił, ale tylko na moment. Zbójca nie zdążył napiąć samostrzału i obronić się sam. (...)
Pani Jeziora
Angouleme
(...) przestań się burmuszyć, bo na widok twojej gęby przydrożne grzyby same się marynują. (...)
Angouleme
(...) Tfu, tfu, nie pojmuję, to dla wielkich panów chyba takie jakieś markowe, my, zwyczajni ludzie, możemy i tym tańszym nie gorzej się narąbać. A i to wam powiem, bom doświadczyła: rzyga się tak samo po Est Est, jak i po jabcoku.
Cahir, Regis, Angouleme
- Foremny zameczek - rzekł z podziwem Cahir. - Niech mnie, w samej rzeczy foremny i cieszący oko zameczek.
- Dobrze księżna mieszka - powiedział wampir. - Przyznać trzeba.
- Wcale ładny, kurwa, domek - dodała Angouleme.
Geralt
(...) trzeba było wymóc na Angouleme przysięgę, że będzie zachowywać się jak dama, w szczególności, że unikać będzie mówienia: "kurwa" i "dupa".
Szczupak, Okultich, Klaproth, Melfi
- ...a Nilfgaardczyk pyta: "Co tu tak śmierdzi?" A elf na to: "Gówno". Haaa, haa, haaaa!
- He, he, he, heee!
- Ha, ha, ha, ha! A taki znacie? Idą Nilfgaardczyk, elf i krasnolud. Patrzą: leci mysza... (...)
- ...a Nilfgaardczyk: pruuuu! I zesrał się po same uszy! Ha, ha, ha, ha, ha, ha!
- Haa, haaa, haa! O bogowie, nie strzymam... Zesrał się... Haaaa, haaa, haaa!
- He, heeee, heee!
Lancknecht
- Tyś myślał - lancknecht spojrzał na niego z politowaniem. - A czym, ciekawość? Ty, kapcanie, gdybyś w zupie połknął karalucha, to w kiszkach więcej miałbyś rozumu aniżeli w głowie. (...)
...
Na ścianie widocznego w wylocie uliczki spichlerza widniał koślawy, wymalowany wapnem napis głoszący: RÓB MIŁOŚĆ NIE WOJNĘ. Tuż pod spodem ktoś - znacznie mniejszymi literami - nabazgrał: RÓB KUPĘ CO RANO.
Sierżant, Jarre
- Nowi? - rozdarł się sierżant. - Z werbunku? Dawać papiery! Czego, kurwa, stoisz jeden z drugim? W miejscu marsz! Nie stać, kurwa! W lewo zwrot! Wróć, kurwa, w prawo! Biegiem marsz! Wróć, kurwa! Słuchać i zapamiętać! Najsampierw, kurwa, do prowiantmajstra! Pobrać rustunek! Kolczugę, skórznie, pikę, kurwa, hełm i kord! Potem na musztrę! Być gotowym do apelu, kurwa, o zmierzchu! Maaaaaarsz!
- Zaraz - Jarre rozejrzał się niepewnie. - Bo ja chyba mam jednak inny przydział...
- Jaaaaaaaaaaaaaaak?!?
- Przepraszam, panie oficerze - Jarre poczerwieniał. - idzie mi tylko o to, by zapobiec ewentualnej pomyłce... Albowiem pan komisarz wyraźnie... Wyraźnie mówił o przydziale do be-pe-pe, więc ja...
- Jesteś w domu, chłopie - parsknął sierżant, rozbrojony nieco "oficerem". - To jest właśnie twój przydział. Witaj w Biednej Pierdolonej Piechocie.
Rusty, Shani
(...) Pacjenta zaszyje nam teraz panna Shani.
- Ale ja tego nigdy jeszcze nie robiłam, panie Rusty!
- Kiedyś trzeba zacząć. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym, białe z białym. Tak zszyj, a na pewno będzie dobrze.
Krasnoludy
Hooouuuu! Hooouuu! Hou!
Czekajcie, klienty!
Wnet wam pójdzie w pięty!
Rozleci się ten burdel
Aż po fundamenty!
Hoooouuuu! Hooouuu! Hou!
Jaskier, Yarpen Zigrin
- Czym tu tak (...) smakowicie niesie?
- Obiadem (...) Mięskiem. Zapytaj, Jaskier, skąd mamy mięsko.
- Nie zapytam, bo znam ten dowcip.
- Nie bądź świnia.
- Skąd macie mięsko?
- Samo przypełzło.
Yarpen Zigrin
(...) Zaiste, jak mawiał król Dezmod, zaglądnąwszy po skończonej potrzebie do nocnika: "Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć".
Yarpen Zigrin
(...) jak rzekła młodziutka Cerro do króla Vridanka na ich pierwszej schadzce: "Niebrzydka rzecz, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne?"
Yarpen Zigrin
- Postęp (...) jest jak stado świń. I tak należy na ów postęp patrzeć, tak go należy oceniać. Jak stado świń łażących po gumnie i obejściu. Z faktu istnienia tego stada wypływają rozliczne korzyści. Jest golonka. Jest kiełbasa, jest słonina, są nóżki w galarecie. Słowem, są korzyści! Nie ma co tedy nosem kręcić, że wszędzie nasrane.
Yarpen Zigrin
- Postęp (...) będzie rozjaśniał mroki, bo od tego ów postęp jest, jak ta, nie przymierzając, dupa od srania.
Pafnucy |