Autonomia w szkole - czyli zapatystowska edukacja autonomiczna
Z Magdą Grudzińską rozmawiam o ruchu zapatystowskim, jego historii oraz - jak wskazuje temat numeru - o edukacji dzieci indiańskich. Jak wyglądają szkoły na terytorium rebeliantów? Czy bardzo różnią się od polskich? Czego możemy się nauczyć od Indian z Chiapas?
Magda prowadziła warsztaty teatralne w zapatystowskiej szkole autonomicznej w Meksyku. Obecnie pracuje w "Rotundzie" i organizuje festiwal "Krakowskie Reminiscencje Teatralne".
Musisz przyznać, że ruch zapatystowski jest mało w Polsce znany. Kim więc są zapatyści?
Magda Grudzińska: Słowo "zapatyści" jest używane w dwóch znaczeniach: określa się tym mianem bądź indiańskich powstańców ze stanu Chiapas w Meksyku, bądź wielki międzynarodowy ruch ludzi, identyfikujący się z postulatami rebeliantów, ale sam w sobie niemilitarny. Indianie w Chiapas mówią o tym, że zapatyzm nie należy do nikogo. To sztuka zadawania pytań. Nie jest to ideologia, która przynosi gotowe wzorce, sposoby postępowania i daje odpowiedź na każde pytanie. Zapatyzm ma być tylko tym, co cię uwrażliwia, otwiera ci oczy, pozwala ci odkryć pewne rzeczy. Dlatego zapatystą może być każdy, kto zadaje takie same pytania jak Indianie z Chiapas. Natomiast odpowiedzi nie należą już do zapatyzmu. Te odpowiedzi będą w każdym miejscu zupełnie inne, bo każdy żyje w zupełnie innych realiach. Nawet jeżeli problemy są podobne, lub dotykają takich samych rzeczy, to konkretne rozwiązania każdy powinien wypracować sam i dopasować do realiów, w których żyje. Zapatystą tak naprawdę może być każdy, kto się tak nazwie - nikt nie wydaje odpowiedniej legitymacji, nikt nie mianuje cię na zapatystę. Nikt nie ma prawa powiedzieć ci, że nim nie jesteś, jeżeli za niego się uważasz.
A skąd nazwa "zapatyści"?
M. G.: Pojęcie to wzięło się od Emiliana Zapaty, jednego z przywódców rewolucji meksykańskiej i legendarnego jej bohatera . Skończył on tragicznie: został zamordowany, jego ciała nigdy nie odnaleziono - co stało się wdzięcznym tematem dla legend. On też stworzył słynne hasło "ziemia dla tego, kto na niej pracuje". Dzisiejsi zapatyści odwołują się do postaci Emiliana Zapaty i uważają się za kontynuatorów jego walki. Mówią o nim "nasz generał Zapata" , tak jakby dalej był ich przywódcą. Przetwarzają dalej jego myśl i ją rozwijają. Twierdzą na przykład, że teraz to hasło Zapaty powinno brzmieć "ziemia dla tego, kto ją kocha". Jest to związane z rabunkową gospodarką, prowadzoną przez wielkie korporacje w Meksyku - ziemia powinna być uprawiana przez tego kto ją szanuje, kto ją kocha, a nie przez tego, kto chce ją tylko jak najniższym kosztem wyeksploatować .
Czym różnią się zapatystowscy powstańcy od innych latynoamerykańskich partyzantek, w które tak obfituje ten kontynent?
M. G.: Często rozmawiając o zapatystach stosuje się taki skrót myślowy. Mówimy "zapatyści" i myślimy o partyzantach ze stanu Chiapas w Meksyku. Jednak zapatyzm jest przede wszystkim bardzo dużym ruchem społecznym, nieograniczającym się tylko i wyłącznie do armii. Armia jest tylko jedną z instytucji, które zostały stworzone na potrzeby poprawy losu Indian i walki o autonomię. Ale ani ta armia nie jest najważniejsza, ani nie przykłada się do jej istnienia aż takiej wagi, jak do innych rzeczy. Jest tym niemniej konieczna na chwilę obecną, ponieważ bez niej ciężko byłoby budować autonomię indiańską. Rządy meksykańskie bowiem od czasu wybuchu powstania w Chiapas - czyli od 1 stycznia 1994 roku (kiedy to zapatyści powiedzieli swoje słynne Ya Basta*) - raczej nie zapatrywały się na plany budowy autonomii zbyt entuzjastycznie. Trzeba zauważyć, że armia zapatystowska EZLN jest w pewien sposób najbardziej absurdalnym wojskiem świata - dąży do tego, by zakończyć swoje istnienie, by sytuacja pozwoliła na ostateczne złożenie broni. Zapatyści nie chcą prowadzić wojny - zwłaszcza, że ci, którzy stoją po drugiej stronie barykady są często tacy sami jak oni. Są to również biedni Indianie, którzy poszli do wojska, bo nie mieli innych perspektyw.
Mówisz, że zapatyści to nie tylko armia. Wiem, że w ramach budowania indiańskiej autonomii tworzy się m. in. indiańskie spółdzielnie, autonomiczną służbę zdrowia i autonomiczną edukację. Jak więc wygląda edukacja dzieci indiańskich na zapatystowskim terytorium?
M. G.: Przede wszystkim szkoły autonomiczne cechują się tym, że nie ma jednego, centralnego programu z wytycznymi. Każda społeczność wypracowuje sobie model prowadzenia swojej szkoły.
A kto decyduje o programie szkoły? Uczniowie mają na to wpływ?
M. G.: Większość decyzji w zapatystowskich społecznościach zapada metodą konsensusu. Zazwyczaj podejmuje się je podczas wspólnego spotkania, gdzie każdy może wypowiedzieć swoje zdanie. Czasem są też głosowania i uczniowie mogą brać w nich udział. W Chiapas edukację traktuje się jako coś bardzo ważnego, pięknego, jako coś mającego bardzo duże społeczne znaczenie. Dlatego nauczyciele nie dostają pieniędzy za swoją pracę. Traktuje się ich tak jak członków władz wioskowych. Jest to funkcja honorowa, bo wybiera ich społeczność.
Czyli taka służba?
M. G.: Tak, jest to duży honor i służba. Ktoś, kto pełni taką funkcję, jest poważany w społeczności. Według Indian edukacja nie da się wycenić i nie można jej organizować na zasadzie "kupna-sprzedaży". Oczywiście, stosuje się pewnego rodzaju formy gratyfikacji, np. uprawia się nauczycielom ich pola, zapewnia mieszkanie, wyżywienie itp. Brak wynagrodzeń pieniężnych bywa jednak problemem, czasem nauczyciele rezygnują, bo nie mogą poradzić sobie z utrzymaniem swoich rodzin. Zapatyści cały czas na ten temat debatują, co z tym zrobić, na razie jeszcze nie doszli do dobrego rozwiązania, ale bardzo nie chcą wprowadzić systemu płacenia pensji.
Koszty prowadzenia szkoły to jednak nie tylko pensje dla nauczycieli. Jak szkoły autonomiczne sobie z tym radzą?
M. G.: Mogę opowiedzieć na przykładzie autonomicznego gimnazjum w miejscowości Oventic, gdzie spędziłam sporo czasu. Każda klasa ma wyznaczony jeden dzień, kiedy nie chodzi na zajęcia, tylko pracuje. Uczniowie sprzątają, gotują, uprawiają ziemię. To jest tam bardzo ważne, że tak samo pracują chłopcy i dziewczyny, bo wśród Indian dyskryminacja kobiet jest dużym problemem. Poza tym w Oventic powstała szkoła językowa, z której dochód ma wspierać finansowo gimnazjum. Mogą do niej przyjeżdżać ludzie z całego świata i uczyć się języka hiszpańskiego i tzotzil (jeden z języków indiańskich w Chiapas). Długo myślano nad tym, jak zrobić, żeby mieć z tego pieniądze, ale żeby nie wprowadzać relacji kupna-sprzedaży. Wymyślili taki system: każdy może tam przyjechać i za tydzień nauki płaci równowartość trzech najniższych dniówek, obowiązujących w danym kraju . Czyli nie ma konkretnej ceny, bo np. dla Amerykanina to będzie dużo, dużo więcej niż dla Polaka.
Warto też wspomnieć, że bardzo dużo ludzi wspiera rozwój autonomicznych szkół. W USA powstała nawet organizacja "Schools for Chiapas" - jej wolontariusze zbierają fundusze oraz przybory szkolne i takim żółtym szkolnym autobusem rozwożą je po zapatystowskich wioskach, pomagają też fizycznie przy budowie szkół.
A jak wyglądają lekcje w autonomicznej szkole w Chiapas?
M. G.: Lekcje w Oventic są prowadzone w blokach, nie ma takiego podziału na przedmioty, jak u nas. Uczniowie mogą wyjść, kiedy chcą, lecz są uświadamiani, że edukacja jest dużym darem od społeczności i to zobowiązuje ich do nauki. Nikt jednak nie stoi nad nikim z kijem i nie zapędza do klasy. Jeśli chodzi o oceny, to początkowo ich nie było. Jednak rodzice chcieli wiedzieć, jak ich dzieci się uczą. Nauczyciele zaczęli więc oceniać, lecz oceny nie decydują o przejściu do następnej klasy. Oceny nie mają formy stopni, a jedynie pisze się na świadectwie, czy dana materia jest zaliczona, czy też nie. W innych szkołach znaleźli inne sposoby: na przykład nie stawiają ocen, ale na koniec roku zapraszają rodziców na prezentacje i każdy uczeń pokazuje, czego się nauczył. W niektórych szkołach przyjmują z kolei taką zasadę, że nie ruszają do przodu, zanim wszyscy uczniowie nie opanują danego zagadnienia.
I wszyscy czekają aż najsłabszy uczeń się czegoś nauczy?!
M. G.: To jest dla nas bardzo trudne do wyobrażenia, lecz należy pamiętać, że oni żyją w zupełnie innym świecie. Indianie do dzisiaj mają bardzo silne poczucie wspólnoty. Dlatego taka decyzja nie jest dla nich dziwaczna. Prawdziwą zresztą formą zaliczenia szkoły jest to, co zrobisz po jej zakończeniu. Jako że edukacja jest darem społeczności dla ciebie - powinieneś odpłacić jakoś społeczności za niego. Gdy kończysz szkołę, to musisz przygotować projekt, powiedzieć w jaki sposób zamierzasz wykorzystać w praktyce to, czego się nauczyłeś. Wiedza ma czemuś konkretnemu służyć. Ona musi mieć przełożenie na życie - bo bez tego po co to wszystko? Po co ten cały wysiłek? To musi nam, całej społeczności, coś przynieść.
Jak trafiłaś do szkoły zapatystowskiej?
M. G.: W zasadzie od momentu wybuchu powstania w Chiapas interesowałam się zapatystami i bardzo chciałam zobaczyć, jak te piękne idee wyglądają w praktyce. Należy jednak pamiętać, że autonomiczne wioski to terytorium rebelianckie i żeby tam wejść, trzeba mieć specjalne zaświadczenie, rodzaj akredytacji - Indianie po prostu nie chcą, aby jakiś rządowy szpieg się tam dostał.
W Chiapas poznałam Raula (był on doradcą dla nauczycieli w zapatystowskim gimnazjum) i to on zaproponował mi, abym pojechała z nim do Oventic i poprowadziła warsztaty teatralne w tamtejszej szkole. W indiańskich szkołach autonomicznych przyjęta jest zasada, że nie uczą tam Metysi czy biali, a wyłącznie Indianie. Nie wynika to z dyskryminacji w drugą stronę, ale dzieje się tak dlatego, że Indianie uznali, że jeśli chcą stworzyć coś własnego i odmiennego, to muszą zrobić to sami. Twierdzą, że nawet jeżeli będą popełniać błędy, to wolą własne błędy od korzystania z gotowych rozwiązań od innych. Warsztaty artystyczne w szkołach mogą jednak być prowadzone przez ludzi z zewnątrz. To była dla mnie jedyna możliwość aby "wejść" w autonomiczną szkołę i oczywiście natychmiast z niej skorzystałam. I było to dla mnie niezwykłe doświadczenie.
* "Już dość"