Alternatywa dla nudnej szkoły? To nie takie proste.

"Każdy musi przez to przejść, tak już po prostu jest" - zdarza się słyszeć takie słowa, gdy dzielimy się naszymi szkolnymi problemami z dorosłymi. Czy rzeczywiście nie można zdobyć wykształcenia nie chodząc do szkoły? Czy tylko tradycyjna szkoła z sprawdzianami, odpowiedziami przy tablicy, ocenami za zachowanie, z obowiązkowymi przedmiotami ma monopol na przekazywanie wiedzy? W tym artykule przedstawimy wam kilka alternatyw na sposoby nauki.

Jedną z nich jest Homeschooling, czyli nauka w domu. Coraz więcej rodziców decyduje się na to, by ich dzieci zdobywały wiedzę siedząc nie w klasie, a w własnym pokoju. Rodzice, którzy wybierają taką alternatywę sądzą, że równie dobrze można wyedukować swoje pociechy bez szkoły- jest to bowiem nadal realizacja obowiązku szkolnego.

W Polsce ustawa o systemie oświaty mówi, że na wniosek rodziców dyrektor może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą. Jednak rodzice zazwyczaj takiej zgody nie otrzymują, ponieważ dyrektor boi się zarzutu o niewyegzekwowanie tegoż obowiązku. Jeżeli ostatecznie wyrazi zgodę, zwykle woli tego nie rozgłaszać. Dlatego tak ciężko określić, ilu domowych edukatorów działa dziś w Polsce. Na pewno wiadomo o 20-30 osobach. Dla porównania -w innych krajach liczba ta sięga kilku tysięcy.

Edukacja domowa nie jest łatwym ani tanim przedsięwzięciem. Dodatkowo zaangażowanie rodziców musi być ogromne. Homeschooling ma na celu wytworzenie u dziecka wrażenia, że wiedzę zdobywa mimochodem. Wszystkie tematy rodzice układają chronologicznie i w powiązaniu ze sobą (nie tak jak jest to w polskiej szkole). Przedstawiane jest to wtedy o wiele ciekawiej. Dziecko jest zainteresowane, bo jego "nauczyciel" mówi o wszystkim z wielkim entuzjazmem, wykorzystuje każdy moment, by zwrócić uwagę dziecka na zjawiska zachodzące wokół niego. Dzieci mają chęć do nauki i poznawania coraz to nowych rzeczy. A co, gdy rodzic nie czuje się na siłach by wyjaśniać niektóre zagadnienia? No właśnie, na zachodzie, gdzie domowa edukacja jest dużo bardziej rozpowszechniona, pomagają w takich sprawach stowarzyszenia rodziców liczące nawet po kilka tysięcy osób. Ich członkowie pomagają sobie, kształcąc nawzajem swoje pociechy w dziedzinach, które odpowiadają ich specjalizacji zawodowej. W Polsce nie jest tak kolorowo. Domowa edukacja nie jest popularna, więc o wiele trudniej znaleźć chętnych do pomocy. Większość rodziców decydujących się na ten krok, uważa że to jedyna możliwość ucieczki od szkoły zarządzanej przez państwo.

Jednak nie wszystkie szkoły są aż takie złe, by trzeba było od nich uciekać. Urzędnicy nie siedzą w klasie sprawdzając, jak nauczyciel prowadzi lekcje. Może on dowolnie dobierać metody nauczania. Szkoda tylko, że większość i tak woli prowadzić szare, nudne i standardowe lekcje.

Najpowszechniejszą w Polsce alternatywą dla szkoły publicznej są szkoły prywatne i społeczne. Uczniowie mają w nich większy wpływ na to, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu i to m.in. oni decydują o siatce zajęć. Wymagane jest tylko to, żeby realizowane były podstawy programowe. Niestety, żeby dziecko miało szanse uczęszczania do takiej szkoły jego rodzic musi płacić czesne, które nie jest „na każdą kieszeń” (często wliczają się w to zajęcia dodatkowe, takie jak taniec czy basen).

Jest jeszcze jedna, choć w dużych miastach właściwie nierealna opcja. We wsiach czasem tworzone są małe szkoły z inicjatywy rodziców (jest to możliwe jedynie wtedy, gdy szkole publicznej grozi likwidacja). Największym plusem takich szkół jest to, że rodzice decydują o wyborze dyrektora oraz nauczycieli. Wszystkie sprzęty zakupione dla szkoły należą właśnie do nich, a nie jak to w normalnych szkołach, do urzędów gminy. A jak wiadomo, każdy bardziej dba o "swoje". Klasy są mało liczne. Zdarza się, że cała szkoła liczy jedynie 20 uczniów. Właściwie istny raj.

Podsumowanie niestety nie jest optymistyczne. Wszystkie powyżej wymienione, rodzaje „ucieczki” od najzwyklejszego polskiego szkolnictwa są zwykle drogie, mało realne lub nie podchodzi się do nich z wystarczającą determinacją. Co więc w takiej sytuacji mogą powiedzieć nasi rodzice?


Lawenda i Kasia