Rzuciłem do kubka



Tak po prostu. Siedziała przy moście na Ostrowie Tumskim. Starsza kobieta. Nie wiem, czy bezdomna, biedna, czy po prostu nie miała innego zajęcia. Nawet mnie to nie obchodziło. Bo i dlaczego? Każdy ma swoje zmartwienia.

Ona miała co najmniej jedno – nakarmić psa. Ściskała go w rękach: zwyczajny kundel, może nie piękny, ale dość ładny w swej wrodzonej pospolitości. Poza tym, że wzbudzał litość postronnych i tym samym przyczyniał się do zwiększenia prosperity właścicielki pełnił jeszcze jedną zasadniczą rolę: grzał kobiecinę w ręce. Zgrabiałymi dłońmi przeczesywała futro psiaka w poszukiwaniu ulatniającego się ciepła. Ten leżał grzecznie na kolanach – widać przyzwyczajony do tego rodzaju pieszczoty i zarobku.

Musi być samotna. Może mąż umarł na zawał? Kto wie. Stara kobieta została. Gdzieś tam, w pustym mieszkaniu, siedzi wieczorami i patrzy przez okno na zdychające z ohydy podwórko. Na przemykających chyłkiem pod szarymi, brudnymi okiennicami ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że ktoś jeszcze jest w stanie patrzeć.
Tak, na pewno ma dom. Nie miała ze sobą żadnych tobołów, wypłowiałych reklamówek i warstw starych, znoszonych ciuchów na grzbiecie. Miała dokąd wrócić.

Albo ma mniej, niż można sądzić.

Wtedy po prostu siedziała. Mechaniczny ruch. Tam i z powrotem, przedzierając się przez brązowe, splątane włosie kundla siedzącego na podomce wystającej spod rozpiętej kurtki. Tam i z powrotem. Raz za razem. Nawet nie patrząc. Na psa, kościół, rzekę. Nie patrząc na ludzi.

Oni też nie patrzyli. Większość przyspieszała kroku, czując na sobie zaciekawiony wzrok psa. Czasem popatrzyli, ale nie widzieli. Cudowne uczucie – być metr od siebie, a nie zauważać, że ktoś nie widzi. Całe dni w niewidzącej samotności, z ludźmi na wyciągnięcie ręki. Nieraz bez ani jednego słowa. Poza „dziękuję”.

Tak, podziękowała. Ale nawet nie popatrzyła mi w oczy. Osobliwe doznanie. Zostać zauważonym przez moment, wyrwanym z tła, z kontekstu niewidzenia. Być powołanym do istnienia przez garść drobnych, szybko ciśniętych do wyścielonego chusteczką higieniczną kubka. Pożyć kilka sekund, by umrzeć, gdy podzięka wybrzmi i zapaść się ponownie w niebyt obojętności świata.

Śmieszne. Nawet nic nie powiedziałem. Zapinając skórzany portfel zastanawiałem się, dlaczego to w ogóle zrobiłem. Co sprawiło, że wytrzepałem garść drobniaków i na pozór niedbale cisnąłem do niebieskiego naczynia? Sam nie wiem.

Mógłbym się usprawiedliwiać dobrym sercem. Mógłbym zwalić wszystko na karb wychowania, litości. Całego bagażu uczuć, natchnień. W końcu na trzcinę, gwiazdy nade mną, czy na cienie w jaskini, uparcie dążące do ostrości.

Odpowiedź jednak jest znacznie prostsza. Bo miałem gotówkę. Bo te nędzne, zaśniedziałe, brudne drobniaki nic dla mnie znaczyły. Po prostu zrobiłem miejsce w portfelu.

Zabawne, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do pieniędzy.

Gregorius grzeniu@gmail.com
gregorius.blogr.com