Wariacje

Część pierwsza: Żal.


Jest dość późno, tak czy siak, niewiele to zmieni. Ale jest, nawet jeśli obiektywnie nie istnieje coś takiego jak „późno”. Język to subiektywny twór, kochany przeze mnie na równi z rzeczami. Z pewnością życie ludzkie więcej waży niż słowo lub porcelana, ale jednak „niczego mi, proszę pana, tak nie żal, jak porcelany”. Zgubienie pióra, wiecznego (ironia dźwięczy w tej nazwie), wiernego, chłodnego i elegancko czarnego, do którego, mimo pisania drugim, identycznym, wciąż tęsknię, bardziej mnie zasmuciło niżeli kolejne mordy, ofiary niewinne pijanych kierowców i susze. Taki to rozum człowieczy, że wydarzenia odległe, ogólnie opisane, nie dotykające go bezpośrednio przyjmuje zmęczoną obojętnością i choćbym odczuwała najpotężniejsze wyrzuty sumienia (a czuję je przecież, czasami) nie zmienię tego. Boleję nad losem tych ludzi intelektualnie, szkoda mi ich życia, współczuję rodzinom. Jednak nie ani drgnie moja dusza, o ile jej myślami (czyli znowu intelektualnie, wybaczcie powtórzenie) nie wprawię w odpowiedni nastrój. Naturalnie za to, w pierwszym odruchu żałości, wybrzmi ona requiem dla ukochanego, wypieszczonego przedmiotu.

Rozdziera przecież rozpacz po utracie jedynie tego, z czym byliśmy emocjonalnie związani, a – mimo prób i chęci – ciągle nie ogarniam całej ludzkości wszechpotężną agape, chrześcijańską miłością. Zaiste, staram się, jakkolwiek niemożliwie by to zabrzmiało („zabrzmiało” na papierze! już „wyglądało” prędzej) po tych na pozór chłodnych zdaniach. Na widok cierpienia mnie skręca, horrorów nie oglądam, żebrakom zawsze dam monetę, po nocach dręczą mnie myśli o dramatach ludzkich. I co? I nic. Nadal odległe tragedie nie wywołają szlochu, czystego, z samej pogańskiej jaźni wydartego. Smutek - tak, rzeczywisty ból – nie.

Może tak kochać jeden Bóg potrafi, a człowiek – tylko próbować nie czynić nic złego, przepraszać i ranić na nowo, targać ze sobą wór – nie, wór mało! Airbus A380 cały – wyrzutów sumienia. Oraz wieczny Weltschmerz, jak huk wodospadu, cisza w górach i widoki tak piękne, że aż boli świadomość, iż się ich nie zapamięta. Choćby się chciało. A się chce. „Albowiem piękno jest tylko grozy początkiem, który zaledwie jeszcze znosimy, a podziwiamy je tak dlatego, że obojętnie spogląda na zagładę naszą”. Czyli, dojdźmy (dojrzejmy?) wreszcie do własnej refleksji, każdy wielki poeta jest siewcą grozy. Przynajmniej jej początku. Tak czy siak, nawiążę teraz do pierwszych zdań akapitu, będzie śliczne coś a la klamra kompozycyjna, tak czy siak starajmy się. W sumie, żyć w miarę porządnie i boleć duszą, umysłem, czy intelektem nawet nad tragediami też znaczy niemało. Całkiem sporo nawet. Być może – któż wie? – samo zbawienie.

Wiecznotrwałą obecność.


Część druga

Weltschmerz nie jest, po cóż się oszukiwać, rozpaczą nad kondycją świata czy ludzkości, ale nad nami samymi, naszym otoczeniem. Ot, pogoda, ot, złe słowo, ot, niepowodzenia w życiu, ot, męcząca duszę książka. Czasem nawet zła wiadomość, która akurat do sumienia trafiła. I oto odczuwamy ból istnienia, każda daleka tragedia urasta do rangi osobistej porażki. Zaiste, piękny to stan, romantyczny i współczujący. Zwykle jesteśmy wszakże skupieni na własnym bólu, co chwalić zresztą można tylko, do cudzego cierpienia ciągnie zazwyczaj aż za wiele sępów, hien, wielbicieli sensacji albo przeciętniaków, którzy chcą przeżyć katharsis, ogrzać zbolałe nerwy przy cudzym nieszczęściu.

Nie dziwi więc, że społeczność nie lubi ni tych, co z bólem się obnoszą, szargając starannie wypielęgnowany ogródek spokoju ducha, ni tych, co każdą klęskę, chorobę, kalectwo itp. zniosą mężnie, a po kilku miesiącach będą z niej żartować, wpędzając innych w kompleksy, przeistaczając naraz w grupkę płaczliwych histeryków.

Oczywiście, mamy jeszcze prawdziwych przyjaciół, oni nigdy nie opuszczą. Na rodzinę też można liczyć, nawet jeśli jej dobrotliwe działania, słowa lub gesty doprowadzają nas do szału. Świat jest bowiem całkiem dobrym miejscem, pięknym i słodkim na swój sposób, zwłaszcza jeśli się wierzy, ale i dla ateistów chyba. Zresztą, czyście to zauważyli, czy nie, wróciliśmy do tematu języka. Są rzeczy tak subiektywne, że teoria względności, chociaż zburzyła dawne sposoby myślenia niczym, pozwólcie, zabawię się w porównanie, Rzymianie Kartaginę, nawet ich nie tknęła. Jedną z nich jest język właśnie, umowny już z definicji system znaków i przypasowanych im dźwięków. Zbitki symboli, którym przez stulecia coś, co nazywamy kulturą, nadało znaczenie. Wyrażają one wszystko – od najbardziej prozaicznych, istniejących (no, a przynajmniej wyglądających na takie) rzeczy po najdziksze abstrakcyjne idee. Jak tu go nie kochać? Szczególnie ojczystego? Ja nie wielbić łagodnych samogłosek, spółgłosek wszelkiej maści, słów, co jak szemrzące potoki, nagłe burze, spokojne niebo, szumiący wiatr? Wyrazów, takich jak: puzderko, bzdura, filiżanka, miłować, sen, strumień, rżenie, noc, rozpacz, mgła, spokój, namiętność, miłosierdzie, malina, dom, matka, wierzba, potok, szumieć, zmarzlina, mróz, pozytywka, itp.? Tej cudownej przeplatanki znaczeń i brzmień, czerpiącej pełnymi garściami z wyszywanek innych narodów? Złączonej czasami najdziwniejszym skojarzeniem. „Nietoperz” – „nie to ptak” (zważcie, że przodkowie nasi prawidłowo zaklasyfikowali zwierzę – rzeczywiście, jest ono ssakiem).

Paroles, paroles, paroles, „Co czytasz panie? – Słowa, słowa, słowa!”, „a ta woda, te słowa, cóż mogą, cóż znaczą książę?”. W tym sęk, że na pozór nic. Nabierają znaczenia, powiadają niektórzy, tylko w konkretnych ustach, czasie i kontekście. Same w sobie, bez otoczki, jaką im nadają twórca i odbiorca, na papierze, są tylko informacją, nic ponad niego nie wartą. Oto słowo przemawia tylko do naszego intelektu, rozumu, dopiero przefiltrowane przez wspomnienia, skojarzenia dociera do duszy. Jedynie interpretacja odbiorcy może uczynić znaki wartościowymi. Może, może obraz działa na instynkt nasz gwałtownie, a muzyka czysto na ducha (chociaż, ją też przecież odbieramy przez pryzmat doświadczeń, jednak myśl o prymacie mózgu jest dla mnie romantyczki, nie do zniesienia - oto, jak dajemy się zaszufladkować i trwamy potem w tej niewygodnej pozycji). Nawet jeśli, cóż z tego – „Nie wiem, co to poezja, nie wiem, po co i na co, wiem, że czasami ludzie czytają wiersze i płaczą.”

Ze słowami podobnie. I pismo bywa święte, i nie ma w tym bluźnierstwa, gdy ważne prawdy przekazuje. Jak bywa świętą księga, muzyka i obrazy. Jak bywają słowa – tabu, jak lęk, gdy coś niedobrego ci się wymsknie, z myśli nieopatrznie przejdzie na język, pospieszne odpukanie w stół, gdzie sypiają podobno dobre duszki domu. Jak bardzo nie-święte przekleństwa, które przecież miały swoją moc, a którymi nieopatrznie teraz szafujemy, życząc światu, rzeczom, ludziom i sobie samym potępienia, zwykłym, grzecznym nieomal „do licha!” (A teraz odpluć i odpukać, to co się przeczytało).

Cóż czytacie, odbiorcy? Słowa, słowa, słowa. Zaiste, coś w nich musi być, skoro im tak wiele czasu poświęcacie. Może miało być o ludziach. O sytuacjach. Może miało mieć nawet jakiś wstęp, rozwinięcie i rozsądne zakończenie, z pewnością mogło się pokusić o fabułkę. Improwizacja po klawiszach dała coś innego. Pewnie prawdą jest, że najpierw napiszemy o tym, co nas boli lub o tym, co kochamy najbardziej. W takim razie spodziewajcie się pisaniny bezwładnej o rzeczach, drzewach, perfumach, porach roku i pięknym cmentarzu szczecińskim. Lub o straszliwych potworach z bezdennej czeluści Internetu. Ich hasłem rozpoznawczym: „wogle”, herbem „apropo”, a imieniem Legion.

I tym pesymistycznym akcentem kończymy rzecz w sumie pogodną.


Dodo
drimdurimdu@o2.pl