|
Twór
Jabłko zjadane w pośpiechu, szybka filiżanka kawy, parę szurnięć szczoteczką po zębach, dwie czarne kreski pod oczami i coranne wyjście do szkoły. A droga do szkoły równa jest drodze marzeń... tak bardzo chciałoby się poleżeć jeszcze dwie godzinki w ciepłym łóżku, wygrzać zbolałe stawy, odświeżyć swoje myśli... dobry jest poranny prysznic, a po nim kawa, bo to naprawdę rozbudza i jako tako motywuje do powitania dnia. Ale moment otwarcia oczu jest ciężki... potem jeszcze trzeba otwierać oczy w autobusie, żeby przypadkiem nie przespać przystanku. I przekroczenie wrót budynku uczelnianego-jakby wejście do innego świata. Codzienny, jeszcze zaspany, gwar rozmów, powroty do rzeczywistości po wczorajszych imprezach, jakieś „dzień dobry” znikające w tłumie i krokach. Jak co dzień, przez pięć dni w tygodniu. Poniedziałek. To chyba najgorsze, co może się w życiu człowieka uczącego się lub pracującego przytrafić. Powrót do życia po weekendzie, do życia nieco przymusowego, szybkiego i nie zawsze chcianego. Po poniedziałku nie jest już tak źle, znów odlicza się dni do weekendu. A tymczasem dzień, składający się z wykładów, notatek, kilku zdań wymienianych ze znajomymi i kawy. Potem wraca się do zacisza czterech ścian, do prysznica na nowo przynoszącego trochę energii, do porządnej kawy, nie tej z automatu, czerwonej herbaty z cytryną i paru małych przyjemności. Czasem dostanie się od kogoś list, poprzegląda ulotki wiszące na klamce drzwi, jeszcze rzadziej włączy się telewizor i przerzuci bezmyślnie kilka kanałów. A potem czas na wzięcie do ręki kartek, zeszytu, pióra i pisanie. O zwykłych codziennych zdarzeniach, pisanie listów, wierszy, prac do szkoły. Bardzo lubię pisać, to moje lepsze, prawdziwsze życie. Co z tego, że wyobraźnia? Ze marzenia? Że wiersze składają się z obrazków a opowiadania z nierealnych historii? Najważniejsze jest to, ze mogę pisać, że jeszcze nic nie odebrało mi ręki, zdolności, wzroku i innych potrzebnych do tego przyborów. Ostatnio stwierdziłam, że moje życie jest jak wiersz właśnie. Składa się z różnych sekwencji, niekoniecznie powtarzanych, często z metafor i alegorii, które muszę sama sobie wyjaśniać, z mnóstwa epitetów i porównań, z paradoksów. Każda strofa jest kolejnym wydarzeniem, każdy wers kolejną myślą. Słowa-czyny rodzą nowe zdarzenia i myśli. Naprawdę cudownie jest pisać i jest to o wiele lepsze niż bycie pragmatykiem zauważającym jedynie to, co przyda się, co warte, co kalkuluje się przyszłościowo. Po czasie pisania przychodzi czas odpoczynku oczu. Albo sen albo spotkanie z przyjaciółmi, z ciekawymi ludźmi, poznawanie czegoś nowego albo zwykłe włóczenie się po mieście. Coś, przy czym nie trzeba przesadnie wysilać umysłu, a można też ciekawie się zrelaksować. Najbardziej lubię spotykać się z ludźmi, w zaciszu stukotu bil, dymu papierosowego, przyćmionego światła i gitar albo saksofonu. Rozmowy niekontrolowane, szczere, nie przymuszane, spokojne, śmiech... Wieczorne powroty do domu i do obowiązków, potrzebnych jednak do życia jako tako poukładanego. Nie zaszufladkowanego, to byłoby nudne, ale poukładanego na tyle, żeby nie zatracić się w nim, nie pogubić we własnym świecie. Wertowanie kartek w poszukiwaniu interesujących punktów widzenia na daną sprawę, wniosków, skojarzeń, czegoś, co pomoże napisać notatkę, z której potem można będzie być dumnym. Efekty udanej pracy zawsze dają jakąś satysfakcję, poczucie pewnego rodzaju lepszości nad sobą samą, w końcu udało mi się zmusić do pracy, a efekty nie są marne. Na koniec dnia przychodzi oczywiście najlepsze-sen. Jeszcze tylko usunięcie z twarzy kurzu miejskiego, resztek czarnej kredki spod oczu, zmiana ubrania na ciepłą, wygodną koszulkę do spania. I już tylko czas dla siebie, najbardziej egoistyczny-wyciąganie się w łóżeczku, otulenie po samo czoło kołdrą, przytulenie do misia i przygarnięcie do siebie snu... marzeń sennych... Z nadzieją, że na drugi dzień obudzę się w tym samym łóżku tak samo w pełni sił fizycznych, tylko zregenerowanych, stwierdzam, że sen to moja ulubiona pora każdej doby. A potem znów, pobudka poranna, prysznic, kawa... Pętla czasowa, z której chciałoby się uciec, ale brak konkretnej motywacji do zmian... DziewczynkaZPuszczy |