SŁOWO O TOLERANCJI


Przez dłuższy okres czasu byłam tzw. „metalem”. Dłuższy, bo trwało to ponad dwa lata. Powiecie, że to krótko? Być może, jednak dla osoby, która żyje w taki sposób, czas nie gra roli.

Wszystko zaczęło się z chwilą, gdy po raz pierwszy zobaczyłam na niemieckiej Vivie Plus ówcześnie najnowsze dziecko grupy Oomph! spłodzone wraz z L’Âme Immortelle. Kryło się ono pod wdzięczną nazwą „Brennende Liebe” i wywoływało więcej emocji niż cokolwiek innego w moim krótkim, prawie osiemnastoletnim życiu (no w zasadzie, to wtedy miałam nieco mniej). Ech… pamiętne czasy, gdy poświęcało się dni szkolne, by godzinami przesiadywać przed TV, gdzie co godzinę puszczali moją ukochaną piosenkę. Ktoś powie: „Debilizm” Hmm… Może i tak, ale każdy kiedyś przechodzi przez coś, co jest podobne do miłości, jednak o dziwo jest od niej stokroć silniejsze.

Tak więc, wracając do wcześniejszej myśli, zapałałam gorącym uczuciem do zespołu Oomph! i wszystkiego, co z nim związane. Po prawie tygodniu wiedziałam o nich więcej niż o własnej babci (dosłownie). Na Oomph! się nie skończyło, gdyż umysł świeżego metala nie zna granic i pragnie poszerzać horyzonty. Tak więc zainteresowałam się wszelaką taniochą o nazwie „Rock” i (wszystkim podobnym), jaką wtedy puszczano w TV, wyławiając z niej naprawdę dobre kawałki (np. „Helena” My Chemical Romance, czy wcześniejszy przebój Oomph! znany pod nazwą „Augen auf!”).
Moja przemiana duchowa szybko rozprzestrzeniła się również na to, co na zewnątrz. Na dno szafy trafiły błękitne bluzeczki i inne tego typu kolorowe ubranka, które jak dopiero wtedy zauważyłam bardziej robiły ze mnie Britney (a fuj!) niż myślącego człowieka.

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego zetknięcia ze szkolną brutalnością, gdy zawitałam w czarnym stroju na lekcje.

Jak zapewne wiadomo, bardzo wychwalone ostatnio gimnazjum, jest siedzibą pseudo hiphopowców i wszelkiego innego rodzajów mętów i degeneratów społecznych. Tak więc jaka była reakcja mojej dreso-disco klasy, gdy wpadłam na polski w czarnych spodniach zwieńczonych łańcuchem i takiego samego koloru koszulce, którą dopełniał zawieszony na szyi dosyć spory krzyż? Jedno 10 a w zasadzie 11 literowe słowo „SATANISTKA” a w ich wykonaniu: „SZATANISTKA”. O tak! Szkolna tolerancja, przenosząca się na pełną zrozumienia klasę. Szczerze mówiąc, bujało mnie ich zdanie. Odtąd uważali mnie za krwawy pomiot Szatana i nic nie było w stanie zmienić ich zdania. Najtrudniejsze była dla nich jednak moja obecność na religii (chodziłam, bo ksiądz, który ją wykładał to naprawdę wspaniały człowiek). Tu oto zrodziły się docinki typu: „Precz z Szatanem!!”, „Ale! Bezcześci wiarę!”. Wiarę… No właśnie – wiarę. Przecież ja nigdy nie wierzyłam. Życie i rozum mnie tego nauczyło, gdyż według świętej myśli Kartezjusza „Cogito, ergo sum” mam prawo do własnego wyboru drogi, opartego na samodzielnych rozważaniach.
Ale ja nie o tym. Otóż sytuacja zaogniła się lekko, gdy rozpoczęły się tzw. „Rekolekcje”. Poszłam, bo wścibscy nauczyciele sprawdzali obecność. Wraz z koleżanką (która chyba jako jedyna z klasy zaakceptowała mój styl) usiadłam w bocznej ławce za filarem i rozkoszowałam się fałszowaniem organisty, który zapewne pamiętał czasy potopu szwedzkiego.

Z całej sytuacji zapadła mi w pamięć rozmowa, przeprowadzona z moim polonistą podczas powrotu do szkoły. Z uśmiechem na ustach stwierdził wtedy, że przez cały pobyt w kościele patrzył, czy nie zemdleję i spodziewał się, że jako „satanistka” wybiegnę z budynku z krzykiem… No cóż… tak w zasadzie to mój nauczyciel był trochę do mnie podobny. Wprowadził mnie w końcu w muzykę Lacrimosy, którą musiałam zrozumieć.
Rok szkolny dobiegł końca, zaczęły się wakacje, a wakacje = dłuższy pobyt w domu i narażenie na kłujące spojrzenia sąsiadów.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia, gdy czekałam na kolegę, zaczepiła mnie jego babcia, pytając kiedy ostatni raz poszłam do kościoła. Rozmowa oczywiście zakończyła się na tym, że jestem satanistką i takich jak ja powinno się palić na stosie. Tak, tak w XXI wieku. W jej umyśle już na pewno szarpałam się, przywiązana do pala i wrzeszczałam w niebogłosy, czując, że płonie moja czarna suknia.


A tam. Wakacje spędzałam raczej sama, pisząc powieść, bo moi „znajomi” jakoś nie potrafili zrozumieć, że ubieram się na czarno i w dodatku nie piję ani nie palę.
Moją samotność ukoiło a w zasadzie pogłębiło nadejście singla „5 Jahre” L’Âme Immortelle. Zadziwiające jak muzyka znowu potrafiła oddać to, co czuję i spotęgować to. Ponownie pokazała swą wyższość nad ludźmi i stała się dla mnie prawdziwym przyjacielem. Mogłam to wszystko porzucić, ale nie chciałam.

Znów zaczęła się szkoła. Tym razem ogólniak. Tak naprawdę poszłam do niego, bo podobnież było tam wielu podobnych mi ludzi. Dziś mogę stwierdzić, że nienawidzę swej szkoły z całego serca. Zaletą było jednak to, iż przestałam słyszeć docinki, że „Metale” to brudasy, złodzieje itp.
Szkoła średnia jest własnym wyborem, mogłam przecież iść do „Handlówki” pełnej dresów i disco lasek, ale wybrałam moje LOIII. Okazało się jednak, że przez mój styl i czarne ubranko, nauczyciele mnie nie akceptowali. Może to śmieszne, ale najbardziej to eksponował mój facet od P.O. Heh, jakby mi na tym przedmiocie zależało…

Moja katechetka (w sumie spoko kobieta) okazała się być baaardzo głęboko praktykująca. Ludzi takich jak ja uważała za „zbłąkane baranki”, ale doświadczenie nauczyło ją obojętności.
W tamtym czasie „wydziergałam” sobie koszulkę z napisem „Gott ist ein Popstar” (taki miał nowy singiel Oomph!). Tu właśnie zaczyna się mój szyderczy śmiech, bo większość mówiła: „Wow, jaką ty masz fajną koszulkę. A jaki świetny napis”. Przecież wszyscy uczyliśmy się niemieckiego… jakoś nikt nie pofatygował się, żeby to zrozumieć. Gdyby było inaczej, mój napis wzbudziłby inne uczucia. Ok., prowokowałam? Nie, raczej eksponowałam swoje uczucia. Nie robiłam tego w imię zasady: „HEJ PATRZCIE! JESTEM INNA! MAM WŁASNE ZDANIE”. Nie, nie o to mi chodziło.
W mojej klasie była jedna dziewczyna, „Metalowa Justynka”, która teraz choruje i nie chodzi do szkoły, bo los znowu okazał się niesprawiedliwy. Znalazłam w niej prawdziwe oparcie, bo byłyśmy do siebie bardzo podobne. Z tym, że ona to typowy „Metal” w glanach i z kostką na plecach, a ja prezentowałam raczej elegancki, można by powiedzieć „gotycki” styl, choć czasem ubierałam się tak jak ona.

Pamiętam jak szóstego czerwca ubiegłego (2006) roku, w pewnej brukowej gazecie ukazał się artykuł, że dziś jest „Dzień Szatana” i należy się wystrzegać osób o długich włosach, ubranych w skóry, czarne spodnie z łańcuchem i glany. No cóż, ja akurat spełniałam te wymogi, choć satanistą nie jestem.
Wracałam akurat ze szkoły, gdy minęła mnie jakaś staruszka. Na mój widok zdębiała i… tak, tak – PRZEŻEGNAŁA SIĘ. A że moja szkoła jest akurat przy kościele, to chcąc czy nie chcąc musiałam jakoś ominąć ten budynek idąc w stronę dworca. Tam znowu dopadła mnie jakaś kobieta w podeszłym wieku. Dzięki niej poczułam się jak w średniowieczu i to dosłownie. Naprawdę polecam. Otóż osoba ta wykonała przede mną zamaszysty znak krzyża i krzyczała, abym wróciła do piekła – tam skąd przybyłam. Potem stwierdziła, że jestem sługą Szatana i… porywam dzieci aby je składać w ofierze. No myślałam, że w modzie jest akurat kozioł, ale widzę, że się myliłam. Tak więc kolejny przejaw tolerancji. Wspomnę jeszcze, że mój brat przez rok nie odzywał się do mnie tylko dlatego, że w jego mniemaniu jestem „satanistką” i słucham „Je***ego badziewia”. No cóż. Nie rozumiem tylko jak można każdą taką osobą określać mianem kogoś, kto oddaje cześć siłom zła.

W tym roku jednak jakoś mój czarny, metalowy styl zanikł. Nie dlatego, że przestałam słuchać muzyki, którą kocham, bo to nigdy nie nastąpi. Po prostu od września, jestem według niektórych „normalna”. Nie znaczy to, że przefarbowałam włosy na blond i zaczęłam się ubierać jak disco laska. Po prostu jakoś tak wydaję się być inna. I nawet facet od P.O. stawia mi same szóstki i piątki…

Ostatnio poznałam osobę, która gra na gitarze w zespole rockowym. Hmm… Nie wiem czemu, ale choć często nie rozmawiamy, to pod jej wpływem znów porzucam kolory. Po prostu przypomniała mi, że życie może być inne. Bo przecież „Metale” mają własną osobowość i lepszy pogląd na życie.

O właśnie! Tak na zakończenie pragnę poruszyć reklamę, którą afiszuje siebie jeden z polityków (tak, uczniowie z pewnością wszyscy go kochacie i wiecie o kogo chodzi). Mam na myśli szkolną bramę zamykającą się z trzaskiem przed idącymi „Metalami”. Czy to ma znaczyć, że „Metal” równa się cham, wandal, narkoman, menel i idiota, źle wpływający na otoczenie i demoralizujący szkołę.

To pytanie zostawiam dla Was.

Lamentia
Lena190@wp.pl