~ Grudniowa noc ~



     Zakrwawiony, lekki i bardzo niewielki kawałek metalu spadł na ziemię, nie robiąc przy tym większego hałasu. Igła. Płatki śniegu delikatnie opadały na jego rękę. Czuł, jak malutka dawka cieczy powoli rozpuszcza się w jego ciele, co dawało mu przyjemność, nie do opisania. Poczuł tak wielką ulgę, jakby wygrał wojnę toczoną od lat. Po raz kolejny. Siedział w ciemnym zakątku, gdzie dochodził mały strumień światła. Gdzieś daleko widać było przechodzących, obojętnych mu zupełnie ludzi. Wszystko takie rozmazanie. Miękkie. Dziwne.
Ktoś podszedł. Czarna, niewyraźna sylwetka usiadła obok niego w ciemnicy pod murem. Przez dłuższy czas panowała cisza, nikt nie wypowiedział ani jednego słowa. Spoglądał tylko obojętnym spojrzeniem od czasu do czasu na tajemniczego przybysza.
- Dlaczego znowu to zrobiłeś?... - odezwała się postać mroźnym, ostrym głosem, przerywając ciszę.
Lecz ten w milczeniu spojrzał na leżącą obok igłę. Tamten zaś odwrócił się i popatrzył na niego, jakby oczekiwał odpowiedzi. Wprawdzie jego twarz była dosyć niewyraźna, ale można było dostrzec w ciemności lekkie rysy twarzy.
- Czemu? - padło znów pytanie, a słowa odbiły się echem tak, jakby siedzieli w niekończącej się otchłani. Mężczyzna więc spojrzał na przybysza, spuścił głowę i niskim, zachrypłym głosem mruczał ledwo dosłyszalnym głosem:
- Kiedyś znałem człowieka. Człowieka, który pomimo, że w dzieciństwie przebywał w otoczeniu ojca i matki alkoholiczki, z pomocą kilku przyjaciół, którzy go wspierali, zaczął spełniać swoje marzenia. Każdy dzień był owiany niepewnością dożycia jutra. Po latach jednak koszmar dobiegał końca. Po ukończeniu szkoły otrzymał pracę. Wymarzoną pracę. Taką, jaką zawsze chciał mieć. Jednak nie była ona tym, co liczyło się w jego życiu najbardziej. Lata wcześniej poznał osobę, która przez ten długi czas dodawała mu chęci życia. Osoba, która była motywem wszelkich jego działań. To właśnie dzięki niej wybrnął z wszystkich przeciwności, jakie stawiał przed nim los. Zrodziło się w nim piękne uczucie - jak kiedyś sam to określił. Kolejna szczęśliwa opowieść miłosna - można by pomyśleć. Jednak było inaczej. Nie zawsze pięknie, nie zawsze fajnie, jak mogło się wydawać. Jego samopoczucie wahało się ogromnie, niczym wskazówka na wadze, gdy położymy na niej coś ciężkiego. Jednym słowem: było źle. Raz był uradowany w takim stopniu, że wychwalał życie ponad wszystko, innym razem przeklinał dzień, w którym przyszedł na ten okrutny świat. A wszystko to zależało od tego, w jakiej był relacji z nią w danym czasie. Wiele lat minęło, nim nastał ten dzień - jeden z najpiękniejszych w jego życiu. Dzień, w którym jego uczucie zostało przez nią odwzajemnione. Wtedy zapomniał o wszystkich nocach, kiedy przy blasku księżyca, odbijającego się o powierzchnię jeziora, nad którym często spędzał wieczory, a nawet czasem i noce, przelewał łzy i snuł apokaliptyczne wizje końca swojego życia. Z jednej strony go nie cierpiał, ale jednak nie chciał go jeszcze stracić, bo coś go zatrzymywało. Coś mu mówiło, że kiedyś to się zmieni, że będzie lepiej.
Pewnego razu, gdy jej o tym powiedział, gdy już ze sobą byli, popłynęły jej po policzkach łzy żalu i przyrzekła, że już nigdy w życiu nic i nikt ich nie rozdzieli. Zastanawiała się też, dlaczego prędzej nie spostrzegła go, jako człowieka o tak wrażliwej duszy. Jednak największym szczęściem przecież było to, że los - dotychczas niemiłosierny - połączył ich, jak to mówiła "na zawsze".
Cały wolny czas poświęcał rodzinie, pracował wyłącznie dla jej dobra. Każdego dnia mówił "dziękuję", jednak nie wiadomo do kogo, gdyż w boga nie wierzył. Tym razem los się uśmiechnął.
Rok po ich ślubie urodziło im się pierwsze dziecko - córeczka. Mówił zawsze, gdy na nią patrzył, że widzi tam twarz swojej ukochanej żony i miał nadzieję, że będzie ona w przyszłości taka, jak jej matka - mądra, piękna i rozsądna. Takie kobiety cenił w życiu najbardziej. Wybrał jedną z nich - dla niego wyjątkową - i przysięgał na swoje życie, że będzie z nią już na zawsze. Bez końca.
Życie szło im pięknie. Nie mieli dużych problemów, było cudownie. Każdy chciałby tak żyć.
Ponad trzy lata później, w czwarte urodziny swojej córeczki, postanowili wybrać się nad jeziorko znajomych, gdzie zostali zaproszeni na małą imprezę, która miała być właśnie uczczeniem ukończenia trzeciego roku życia ich córeczki. Tak się złożyło, że kilka miesięcy wcześniej, kupił za zarobione pieniądze mały, osobowy samochód, aby mógł poruszać się w szybkim czasie w różne miejsca - jak to w pracy. Korzyści tez czerpała rodzina oczywiście. Nie musiał już prosić znajomych o transport, jak to czasem bywało.
Po kilkudziesięciu minutach jazdy, dotarli wreszcie do miejsca, gdzie już z daleka zauważyli cieszące się na ich widok znajome twarze.
W pewnym momencie przeszył go straszliwy ból i gdy otworzył oczy, zobaczył, że po jego twarzy spływa czysta, nieskazitelna krew. Krew jego żony. Kiedy zwalniali, aby skręcić, samochód ciężarowy jadący za nimi nie zdążył wyhamować i wbił się po prostu w tylnią cześć jego samochodu osobowego. Pech sprawił, że na tylnym siedzeniu była matka, bawiąca się ze swoją ukochaną córeczką.
W jednej sekundzie cały świat - dotychczas piękny i kolorowy, zamienił się w czarną, piekielną czeluść, gdzie nie widać było końca bólu i cierpienia. Nadzieja, która przypominała niebo, zniknęła bez śladu, w głowie zaś zapisał się obraz czerwonej cieczy, która spływała po nim strumieniami. W tym momencie utracił przytomność i gdy się obudził, nic już nigdy nie było takie, jak zawsze. Doskonale pamiętał o tym, co się wydarzyło. Od razu po przebudzeniu. Miał nadzieję, tak jak każdy by miał w tym momencie, że to tylko chory sen. Los go okłamał. Przez te wszystkie lata dawał mu po ciężkiej pracy to, na co sobie zasłużył po to, aby wkrótce wszystko zabrać. Nie znalazłby słowa, aby opisać to, jak jest niewdzięczny. Tylko komu? O tym nie myślał. Tak się złożyło, że to ... - zakaszlał straszliwie - ...że to byłem ja. - Powiedział, po czym łzy spłynęły mu po policzku.
- Ale to nie było jedyne wyjście, to nie jest żadna ucieczka przed wspomnieniami. - przerwał mu nieznajomy mężczyzna. W jego słowach nie poczuł ani odrobiny zrozumienia. Zaczął znowu, płacząc przy tym z żalu.
- Teraz zrozumiałem... Wiem, że też chciałbym wtedy odejść z tego świata, razem z nią. Życie nie ma sensu. Myślałem, że przez to zapomnę, a jednak. Ktoś mnie prześladuje, jakieś dziwne osoby, cały czas. Heroina mi nic tu nie pomoże - spojrzał znów na delikatnie pokrytą już płatkami śniegu, leżącą obok na ziemi igłę. Czuł się coraz gorzej, to uczucie ulgi i uniesienia nagle minęło. Podejrzewał, ze może przychodzić koniec. Wymarzony koniec. - Chodź ze mną - powiedziała postać, podnosząc się z zimnego, pokrytego śniegiem bruku. Podała mu rękę. Poczuł ulgę. Zrozumiał. Imię przybysza brzmiało zbawiennie: Śmierć

"+Requistance In Pace+"*





* Cytat z Nekrologu Axela~ z AM 50+kilka,nie pamietam dokładnie
Lord Axis
lordaxis@o2.pl
* Cytat z Nekrologu Axela~ z AM 50+kilka,nie pamietam dokładnie