mark kewlar

(wiecmsb@wp.pl)

 

Syndrom kibica

 

prostych słów się boi największy nawet twardziel

proste słowa z gardła nie chcą wyjść najbardziej

mówią że mnie kochasz i że mną nie wzgardzisz

 

1

 

[dach wieżowca – na plażowym leżaku siedzi NN – w ręku trzyma książkę (nie widać jaką)  – na ścianie komina plakaty z Kurtem Cobainem i Matką Teresą]

 

            Skoro naprawdę się nie doczekam, to po co w ogóle czekać. Bo niby czemu mam mu nie wierzyć? Jest znanym pisarzem, noblistą przecież nie zostaje się z przypadku. Dlaczego przyniosłem tutaj jego książkę, czy jest dla mnie taki ważny? Na pewno jest ważny dla ludzkości. Dlaczego przyniosłem z sobą leżak, czy jestem tu po to, aby siedzieć? A te plakaty? Matka Teresa chyba dlatego, że pomagała ludziom, tak jak ja chcę teraz pomóc sobie. A Kurt odszedł z tego świata… Tak, przyznaję. Wdrapałem się aż tutaj, żeby skoczyć z dachu. Właściwie to się zdecydowałem, tylko to tak wysoko, na oko pięćdziesiąt metrów. Specjalnie wybrałem najwyższy budynek w okolicy, bo jeśli walnę w ziemię dosyć mocno, to zginę na miejscu i nie będę czuł bólu. Mam tylko nadzieję, że nikt nie odkryje, że tu jestem.

 

[zza komina wychodzi Młody]

 

-         Byłeś tu cały czas?

-         Tak. I wiem, że chcesz ze sobą skończyć. Nie pozwolę ci.

-         Przecież nic cię ze mną nie łączy.

-         Ale to ty powiedziałeś wtedy, żebym założył kask. Uratowałeś mi życie. Teraz ja zrobię to samo. Nie skacz.

-         Dlaczego. A zresztą na razie siedzę i czytam.

-         Przeszkadzam ci. Przepraszam

-         To ja przepraszam. Powinienem wstać, kiedy z tobą rozmawiam. A wracając do rzeczy – ty, siadając na skuter bez kasku, nie miałeś zamiaru się zabijać, a ja jestem przekonany, że nie chcę żyć.

-         Co ci przeszkadza w życiu?

 

 * * *

            Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Przecież mu nie powiem, że nie mam dla kogo żyć, bo to nie do końca prawda. Po prostu coraz mniej są mi potrzebni inni ludzie. Trzymam z nimi tylko dlatego, że żyją i pracują dla mnie. Ja dla nich – nie. Patrzę tylko i korzystam. Gdzie dwóch się bije… A przecież tu biją się prawie wszyscy. Przecież mu tego nie powiem.

 * * *

 

-         Wydaje mi się, że nie mam dla kogo żyć. Ty jeszcze jesteś młody, może się z tego wygrzebiesz.

-         Nie mamy się z czego wygrzebywać. A ty jesteś ode mnie niewiele starszy.

 

[Młody łapie go za rękę]

 

-         Może i masz rację, ale teraz, kiedy już dotarłem tak daleko, głupio się wycofywać. Może nie uwierzysz, ale jeszcze przed chwilą nie myślałem, że będę z tym wszystkim wracać.

-         Wcale nie będziesz wyglądał głupio. Zresztą możesz to wszystko zostawić. To nie może być wiele warte. Na pewno nie więcej niż…

-         … moje życie. Tak?

-         Tak. Co czytałeś?

-        

-         Idziemy na piwo?

-         Przecież ja jestem abstynentem.

 

Coś mi mówi, że powinienem z nim iść i wypić to piwo. Jedno chyba nie zrobi większej różnicy. Przypomnę sobie smak alkoholu. Chyba podświadomie eliminowałem ze swojego życia po kolei rozmaite przyjemności. Ostatnią z nich były książki. Dlaczego zostawiłem tamtą na górze, przecież muszę ją zwrócić do biblioteki. Nadal muszę się o to martwić. Idę czekać na Godota. Idziemy…

 

[przebitka na hotelowy bar – po schodach schodzą NN i Młody – trzymają się za ręce – barmanka na ich widok nalewa dwa piwa]

 

 

2

 

[cmentarz – ciemność oświetlana tylko przez nieliczne znicze – NN siedzi na jednym z nagrobków – na pomniku portret dwudziestoletniej dziewczyny]

 

            Jeśli chciałem odwiedzić grób tej dziewczyny, przecież mogłem przyjść w dzień. Bałem się, że mogę zostać zauważony, że odwiedzam grób tej puszczalskiej. To, co że była prostytutką, umarła i należy jej się szacunek, nie mówi się źle o umarłych. Utopiła się. Nie mam pojęcia, co mnie tu przywiodło, nie wierzę w życie pozagrobowe. Nie chcę też zostać pochowany na cmentarzu, na pasuję tu.

 

[słychać dzwonek – NN wyjmuje z kieszeni telefon]

 

            Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, a już na pewno nie z nim. Ale dobrze, że zadzwonił, przypomniał mi, która godzina – dwudziesta trzecia pięćdziesiąt. Jak znam życie, pewnie za chwilę się tu zjawi.

 

[trzask otwieranej furtki – po chwili zjawia się Młody]

 

-         Skąd wiedziałeś, że tu jestem. Śledzisz mnie.

-         Nie. Przechodziłem niedaleko i pomyślałem, że spotkam na cmentarzu kogoś znajomego.

-         Też tak pomyślałem. Najwyraźniej coś nas jednak łączy.

-         A ty znowu myślisz o śmierci.

-         Nie da się ukryć.

-         O swojej?

-         Też. Sam nie wiem, dlaczego przyszedłem na grób tej dziewczyny, wiesz… Chyba mamy coś wspólnego. Ona też żyła przede wszystkim dla siebie.

-         Ty taki nie jesteś. Masz chociażby mnie.

-         Co ty nie powiesz?!

 

 * * *

            Młody chce mnie chyba sprowokować. Nie dam się. Co prawda z niego jest naprawdę niezły materiał na kumpla, tylko nie jestem pewien, czy chcę się z nim zaprzyjaźnić. Ludzie uznają mnie może za homoseksualistę albo nawet pedofila. A co mnie to obchodzi.

 * * *

 

-         Myślałem, że trochę mnie lubisz.

-         Może nawet bardziej. Jeśli mam być szczery.

-         Taki masz właśnie być.

-         A ty?

-         Też jestem szczery. Zależy mi na ty, żebyś był szczęśliwy. Żebyś nie myślał tyle o śmierci.

 

[Młody wyjmuje zza paska spodni dwie puszki piwa – NN klepie go po ramieniu – zbierają się do wyjścia]

 

-         To jak?

-         Może gdzieś pójdziemy.

-         Jasne! Na cmentarzu chyba nie wypada.

 

Młody wiedział jak mnie podejść. Po tamtej przygodzie w hotelu znowu piwo zaczęło mi smakować. Kiedy się napiję trochę mniej boję się ludzi, trochę mniej boję się, że ja też jestem potrzebny. To chyba naturalne.

 

 

3

 

[młodzieżowy pokój – przy biurku przed komputerem siedzi NN – do pokoju wchodzi Młody – trzyma w rękach tacę – na tacy talerz z kanapkami i dwie herbaty]

 

-         Jednak zrobiłeś te kanapki. I herbatę.

-         To nie ja. To moja ma… matka.

-         W każdym razie nie mam ochoty.

-         Napij się chociaż czegoś ciepłego.

 

[NN wypija herbatę duszkiem mimo iż jest gorąca – bierze z talerzyka kanapkę i zbiera się do wyjścia]

 

-         Czemu nie idziesz?

-         Mieliśmy grać w szachy.

-         Zagramy w coś innego. Chodź.

 

Naprawdę nie spodobało mi się to miejsce. Wiem, dokąd możemy pójść – do baru. Nie, nie mam zamiaru się upić, ani tym bardziej upić Młodego. Chyba że będzie chciał piwa. Nie potrafię mu odmówić.

Wychodzimy na zewnątrz Przez parę minut, zanim dojdziemy, musimy przecież o czymś rozmawiać. Na szczęście z bocznej ulicy wyszedł nasz wspólny znajomy. Zaczynają rozmawiać, nie muszę na razie brać w tym udziału. Zastanawiam się, jak będę mówił do Młodego, kiedy już będziemy na miejscu. Nie będziemy przecież sami, ale mimo wszystko nie będę udawał, że jest mi obojętny, że jest równy, gdy jest równiejszy. Czas mija nieubłaganie. Otwieram w końcu drzwi baru, przepuszczam go pierwszego. Widzę, że Młody bez celu błąka się po sali, że nie ma pieniędzy. Kolega gdzieś się ulotnił.

 

-         To co pijemy?

-         Pij, co chcesz. Ja nie piję nic, bo nie mam za co.

-         Przestań. Co chcesz – piwo, drinka jakiegoś…

-         Może coś bez procentów.

-         OK. Dwa razy pepsi, proszę!

 

-         Mówiłeś, że będziemy w coś grać

-         Zapomniałbym. Zagramy w bilard. Widzisz, tam stoi stół. Poproś barmana, niech da bile i sprzęt, bo nie widzę. Ja zapłacę.

 

-         Pyta, jak długo będziemy grać. Płatne z góry – osiem złotych za godzinę.

-         Masz dwie dychy. Zajmiemy stół na dłużej. Patrz, obok siedzi nasz kolega. Zaprosimy go do gry.

-         Aha.

 

Nie jest mi szkoda pieniędzy na to wszystko, bo dzięki niemu znowu chce mi się żyć. Czy on jednak musi o tym wiedzieć? Przecież i bez tego tak dobrze się bawimy. A jutro rano pójdę do tamtego hotelu, może jeszcze znajdę Becketta. Zaraz potem pójdę zapalić świeczkę na grobie tamtej dziewczyny. Może pójdziemy razem. Jeśli będzie chciał, bo już przecież osiągnął to, co chciał – wrócił mnie do życia.

 

 * * *

 

-         Chyba pora kończyć.

 

[NN spojrzał na zegar w drugim końcu baru]

 

-         Rzeczywiście. Chyba się trochę zapomniałem.

-         To do jutra.

-         Do jutra.

-         Czekaj, jeszcze jedna sprawa.

-         No?

-         Kocham cię, Młody.

 

[przebitka na dach wieżowca – jakby innego ale w tej samej oprawie – wiszą plakaty z Matką Teresą i Kurtem Cobainem – obok pustego leżaka leży książka – Samuel Beckett „Czekając na Godota” – spadła…]