Rzecz o skrzypcach
I stało się, moi drodzy państwo, nadzeszła zima. Tak piękne i wspaniałe pory roku, jak wiosna i lato odeszły i wrócą prawdopodobnie dopiero za rok, zaś panowanie nad światem przejeła białozimna zima, jeden z najmniej lubianych okresów w roku. Ja, jako jeden z niewielu, jednak ją lubię. Zima ma w sobie pewną poetyckość i nostalgie, ma w sobie coś co wręcz zmusza do przystanięcia na chwilę i rozejrzenia się po świecie. Daje pewnego rodzaju spokój i możliwość odpoczynku. Bywa piękna, lecz bywa także dołująca i wręcz przykra dla nas. Jest bardzo ludzka, jak każdy z nas. Nie ma może tej radości wiosny, miłości lata, czy piękna jesieni, lecz czy my też zawsze jesteśmy piękni i radośni? Tak, zima jest bardzo ludzka, przez co nie potrafię jej nie lubić. Bo czy można nie lubić siebie?
Stolica z pewnością nie jest specjalnie pięknym miastem, daleko jej do takiego Wrocławia, czy innego Krakowa. Kiedyś prawie zupełnie zniszczona, jednak przetrwała i w końcu odżyła, lecz nigdy nie powróciło jej piękno jej dawnych lat. Nie zobaczymy już tych wspaniałych przedwojennych domów czy uliczek. Nie poczujemy tego klimatu, jaki znali nasi dziadkowie. Jedynie idąc przez Stare Miasto możemy choć przez chwilę znaleźć się w tamtych czasach, kiedy Warszawa wręcz lśniła. Fantastyczne brukowane ulice, stare kamienice i niebo, takie samo, jak dawniej. To jest właśnie prawdziwa stolica, jaką uwielbiam i zawsze będę uwielbiać. Zwłaszcza teraz, w zimę, jest tam szczególnie pięknie. Wędrówka tymi zakrętami po zmroku jest świetnym przeżyciem, chyba jednym z najwspanialszych, jakie miałem w stolicy.. Wszystko jest takie wiekowe i ciche, buty uderzają w bruk wydając przyjazny stukot, a my czujemy pod stopą każdy kamień osobno, każdy budynek jest wyjątkowy. To jest właśnie prawdziwy obraz piękna stolicy, nie wielkie bloki, czy budynki ze szkła, których niestety jest dużo.
Warszawa już nie śpi i prawdopodobnie nigdy naprawdę nie zaśnie tak jak kiedyś. Teraz śpią tylko małe miasteczka, stolica nie może sobie na to pozwolić. Wielkie biurowce pracują 24 godziny na dobę, samochody pędzą po ulicach jak oszalałe, w wielu mieszkaniach palą się światła, a tłum ludzi można spotkać w każdym autobusie i na większości większych ulic. Jedynie Wisła płynie sobie spokojnie i majestatycznie, jakby nic się nie działo i nic się nie zmieniło. Tak, stara dobra Wisełka, z jednej strony pełna brudu i syfu, a z drugiej tak wielka i piękna. Królowa polskich rzek, można sobie tylko wyobrażać jak cudownie wyglądała, zanim rozmaici przedsiębiorcy uznali, że jest świetnym miejscem na odpatki i innego rodzaju paskustwa. Na początku sierpnia miałem okazję być zaproszonym na wesele, które odbywało się na barce przycumowanej na Wiśle. Nigdy nie zapomnę jak o czwartej nad ranem, gdy towarzystwo powoli zbierało się do wyjścia, ja stałem na boku statku i przyglądałem się rzece, na której tafli rozbijały się krople deszczu. i miastu tonącemu w nim. Był to widok tak piękny i monumentalny, że aż zabrakło mi słów. I tak sobie pomyślałem, że może i Warszawa nie jest piękna ani specjalnie przyjemna do życia, że jest pełna spalin i kurzu, ale mimo wszystko potrafi zaskoczyć swoim urokiem. Zwłaszcza w świetle księżyca.
A co mają do tego wszystkiego te skrzypce zawarte w tytule? Ano ostatnio ciągle chodzi mi po głowie ten wspaniały instrument. Zawsze lubiłem dźwięk skrzypiec. Ten wspaniały koncert dźwięków który potrafią z siebie wydobyć trafia do mnie wyjątkowo dobrze. Jednak wizerunek skrzypiec jaki krąży wśród ludzi zwyczajnie mi się nie podoba. Gdy przeciętny zjadacz chleba myśli o skrzypcach, staje mu przed oczami obraz czegoś elitarnego. Kojarzą mu się z bogactwen, filharmonią, artystami z orkiestry itp. Czymś niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika. Moim zdaniem jest to wyjątkowo błędne myślenie. Dla mnie skrzypce to instrument bardów, wędrowców i tym podobnych osób. To instrument gór, pól i wędrówek, taki, przez który przepływa poezja, najlepszy przyjaciel każdego wędrowca/poety. Widok drogich, wypolerowanych skrzypiec na których aż strach grać, nie jest dla mnie normalny. Skrzypce powinny być dla mnie zgrane i stare, owinięte w futerał i przyczepione do napakowanego plecaka. Takie skrzypce dopiero żyją prawdziwym życiem.
Chciałbym umieć grać na skrzypcach, móc zabrać je w podróż w góry, a potem usiąść na schodach schroniska na Turbaczu czy na Rysach i móc coś zagrać. Bo znając życie, gdy jesień minie i nadejdzie radosna wiosna, to znowu chęć do opuszczenia miasta i powłóczenia się trochę zakwitnie w moim sercu i wyjadę w góry, albo połażę sobie po mazurskich polach. I znając życie wyjadę, będąc z tego powodu szczęściwym. Ale wiem, że pojade tam z przeświadczeniem, że miejsce z którego wyruszam i do którego niedługo wrócę również jest na swój sposób piękne, nawet jeżeli tego na co dzień nie widać. I będę szczęśliwy, mimo braku skrzypiec. W końcu śpiewać można i bez nich.
Solar