| ||||||||||||||||
Strona - 07 - Al Di Meola...
Al Di Meola & Friends, "Vocal Rendezvous"Oto przed Wami najnowsza produkcja Al'a Di Meola, najświeższa, według mnie najbardziej kontrowersyjna w jego karierze, ale... czy najlepsza?
Na początku powiem Wam, że Al nie oszczędza na tej płycie typowego, nieco konserwatywnego fana jazzu. Całość jest dziwna, niecodzienna i dość mocno odbiegająca od zwyczajowych dokonań tego Pana. Jak możemy zauważyć Al zaprosił na ten krążek "Przyjaciół", którzy znani są głównie z parania się muzyką popularną oraz hip-hopem i rapem.
Słuchając tego albumu mam dwojakie uczucia. Z jednaj strony Al nadal wyśmienicie gra na gitarze i wszechobecny jest jego geniusz, a z drugiej, aranżacje wszystkich utworów na tej płycie, według mnie, pozostawiają wiele do życzenia. Najbardziej ten kontrast widoczny jest w utworze "Shame", w którym Al gra niesamowite solo, a jednocześnie w tle jakiś Pan rapuje, stęka i jęczy. Wybaczcie wszyscy fani Al'a(piszący tę recenzję też się do nich zalicza, więc poniekąd przeprasza również samego siebie), ale to zakrawa na profanację i jeśli nawet ten kawałek łatwo wpada w ucho i może się podobać, pomimo typowych wstawek rodem z popu, to jednak do mnie taki Al nie przemawia. Jednak to nie wszystko. Niektóre utwory są po prostu nudne i potrafią zmęczyć słuchacza. Tak wygląda sytuacja np. z utworem, w którym pojawia się Angie Stone i Macy Gray - Pani Gray produkuje się, jak może jednak nawet jej śpiew nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy. I tak jest niestety z większością kawałków - są one monotonne i podobne do siebie, co tylko potęguje uczucie niedosytu, jakie się ma słuchając tego albumu.
|
Moje nadzieje wiązałem z utworami instrumentalnymi oraz duetem z Till'em Broener'em. Na moje (nie)szczęście kawałka "Rendezvous Rhapsody" słuchałem z drugą osobą, która słysząc kilka pierwszych sekund stwierdziła, że ‘w końcu mamy coś "normalnego"’... i ja też tak sądziłem, do momentu, w którym okazało się, że ten wstęp był tylko "przykrywką" dla prawdziwej "natury" utworu. Nie napiszę, jak podsumowała to Towarzyszka mej (nie)doli, ponieważ mogą czytać to osoby niepełnoletnie... Z kolei utwory instrumentalne rozczarowują równie mocno, co utwory, w których usłyszymy wokal. Cóż, nastrój albumu udzielił się wszystkim kawałkom(niestety) i również tu usłyszymy popowe naleciałości, zapuszczony w tle 'beat' itd. Jednak skłamałbym, pisząc, że płyta w ogóle mi się nie podoba. Ona jest inna - to prawda. Może nie odpowiada mi nastrój panujący na krążku(zbyt wielkie naleciałości innych gatunków muzycznych), jednak jest w niej coś, do czego z chęcią wracam. Jest to oczywiście gitara Al'a, który, jak już wcześniej pisałem, nadal gra wyśmienicie. Chyba tylko dla niej warto powrócić do tej płyty, a chcąc być dokładnym, jestem zmuszony napisać, do utworów "Shame" oraz "Never Never Never", w których można usłyszeć Al'a takiego do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni i jakiego lubimy(oczywiście w oprawie popowo-hip-hopowej, ale co tam...). Przypadek?
Płyta na pewno trafi do szerszego grona odbiorców niż li tylko konserwatywnych fanów jazzu i gitary. Z tego, co słyszałem kawałki z tej płyty można usłyszeć w "normalnych" godzinach w radiu, a to oznacza, że album musi się podobać. Jednak powiem wprost: mi ten album nie przypadł do gustu. Wolę jednak starego Al'a, tego grającego tylko na gitarze klasycznej.
Autor: Iskendarian | |||||||||||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | ||||||||||||||||