12
styczeń 2007


kontakt

Strona - 07 - Polskie festiwale...

Polskie festiwale

Już od dawna kusiło mnie żeby zabrać głos odnośnie koncertów, festiwali i wszelkich imprez organizowanych przez naszych rodaków w naszej ojczyźnie. Przez długi czas przymykałem oko na wszelkie niedociągnięcia w organizacji i na innych płaszczyznach, ale ostatni Przystanek Woodstock rozwiązał mi usta.

Zacznę może od prostego pytania do czytelników. Po co bierze się udział w koncercie, festiwalu czy innej tego typu imprezie? Odpowiedź powinna być prosta - muzyka. Jednak jak się okazuje dla wielu sama muzyka nie jest najważniejsza. Na koncert idzie się po to żeby się zabawić. Kilka browarów i tacy delikwenci są usatysfakcjonowani pierwszym lepszym zespołem, który rzekomo jest wielką gwiazdą festiwalu. Niestety tacy osobnicy to większość naszego społeczeństwa i co boli mnie najbardziej sprawa dotyczy także metali. O ile takich właśnie ludzi można nazwać metalami. Kiedy tylko na horyzoncie pojawi się impreza, przestaje być ważne kto gra koncert, ważne, że jest okazja się zabawić, a tym lepiej jeśli wstęp jest za friko. I niestety właśnie takie jednostki społeczne stanowią człon największego festiwalu w Europie - Przystanku Woodstock. Nie jestem negatywnie nastawiony do tej konkretnej imprezy, ale ona właśnie jest najlepszym przykładem na poziom organizacji polskich imprez.

Na Przystanek co roku ściągają tłumy nie tylko z całego kraju, ale i zza granicy. W tym roku do zabawy przyłączyli się niezwykle lubiani przez naszych rodaków Niemcy. Ale nie w tym rzecz. Zastanówmy się co tak naprawdę przyciąga rzesze "fanów" na Woodstock? I tu pojawia się problem. Festiwal jest podziękowaniem WOŚP dla wszystkich tych , którzy pomagali Orkiestrze w kolejnej z edycji. W ramach podziękowania Jurek Owsiak organizuje festiwal trwający 2 dni za zupełne friko. I właśnie to, że jest darmowy wstęp, który przyciąga rzesze ludzi, musi się na czymś odbijać. Powoli dochodzimy do sedna sprawy. Ideą Przystanka jest to, że 2/3 kapel jest mało znanych i Jurek próbuje je wypromować. Zgadzam się, szczytny cel, ale posuwając się dalej, myśląc logicznie pozostała 1/3 to kapele przyciągające tłumy fanów na festiwal. I tu pojawia się pewien problem, ale o tym za moment. Woodstock ma łączyć fanów wszelakiej muzyki w jedną rock'n'rollową rodzinę pod przewodnictwem pana Owsiaka.



Stąd co roku wielka mieszanka niemalże wszystkich gatunków. Kolejna idea szczytna, ale jak to się mówi nic na siłę. Wracając do wielkich gwiazd na Przystanku. Nie wiem gdzie w tym roku się podziały owe wielkie gwiazdy, być może tylko na niebie. Zamiast zespołów z najwyższej półki, nie mam na myśli półki światowej, bo to być może przerosło by możliwości charyzmatycznego Jurka, pojawiły się zespoły przeciętne, grające coś dla wszystkich. A jak dobrze wiemy jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. I jak mówi to stare porzekadło zamiast fajerwerków pojawiły się petardy, czyli T-LOVE, HEY i nie wymienię reszty, bo nie w tym rzecz. Zespoły nie grające nic ambitnego, ale podobające się zjednoczonej muzycznie publice. I w tym momencie pytam co to za publika? Na plus można zaliczyć występ weteranów Przystanku - Dżemu i całkiem nieźle sobie poczynającego Huntera, swoich fanów przywieźli również ze sobą Armia i Dezerter. Ale czy te kapele to owa wspomniana 1/3 będąca bodźcem do przyjazdu na Woodstock? Pytanie chyba retoryczne, chyba tylko nieliczna grupa Woodstockowiczów przybyła w tym roku głównie przez wzgląd na wymienione wyżej "gwiazdy". Ktoś może w tym momencie zaprotestować wspominając o gwiazdach, które kiedyś tam zagrały na Przystanku. Chociażby na ubiegłorocznej IX edycji, kiedy na scenie pojawili się: Vader, Hunter, Dżem, Acid Drinkers. Jak widzimy najjaśniejszą gwiazdą festiwalu był Vader, ale mimo wszystko to był powód żeby pojawić się tam i posłuchać królów death metalu. A w tym roku cóż zachęciło do przybycia grupy metali? Czy Hunter to wszystko na co było stać w tym roku Jurka? Przystanek mimo iż jubileuszowy, poza zmianą miejsca organizacji i przybyciem naszych zachodnich sąsiadów nie był niczym nadzwyczajnym. Paradoksalnie muzyczna oprawa X Przystanku wypadła niesamowicie mizernie, w porównaniu do chociażby poprzedniego Woodstocku bardzo blado.


Nie wiem czy to jakaś nowa polityka, skoro zbliża się X rocznica festiwalu zaprośmy byle kogo i chełpmy się tym, że jesteśmy już dziesięć lat i że z roku na rok jest coraz bardziej fajnie. A Woodstockowicze, którzy przyjeżdżają na festiwal tylko po to, żeby się zabawić dają ku temu organizatorom powody. Skoro pojawia się 400 tysięcy osób, to Przystanek zmierza w dobrym kierunku. Niestety nie podzielam zdania Jurka, który jeszcze w roku ubiegłym głosił całemu narodowi, że nie mamy się czego wstydzić w związku z Przystankiem. Otóż my jako naród polski nie bardzo, ale organizatorzy Woodstocku jak najbardziej. Oprawa muzyczna przestaje być ważna, Przystanek wyrobił sobie renomę w Europie i stąd takie tłumy, ale czy o to chodzi w festiwalach? Dlaczego cierpieć mają Ci, którzy wspierają WOŚP i kiedy mają zamiar bawić się przy muzyce w miarę dobrych kapel, dostają kijem w łeb, bo organizatorzy zapraszają tzw. zapchajdziury zamiast gwiazd. Czyżby w Polsce brakowało dobrych kapel? Nie sądzę, spójrzmy tylko na Vadera, Turbo, TSA, KATa, Chainsaw. Czyżby tak trudno było się z nimi dogadać? A może chodzi o to, że idea festiwalu za friko uniemożliwia zaproszenie lepszych zespołów. Nie wiem czy z charyzmą Jurka tak trudno byłoby o pozyskanie sponsora Przystanku i zapewnienia odpowiedniej oprawy muzycznej.

A może za wstęp w formie dobrowolnej opłaty organizatorzy powinni pobierać symboliczną złotówkę, przyznacie sami, że wydatek śmieszny, a w przypadku gdyby co drugi Woodstockowicz wydobył z portfela 1 złocisza, to w kasie organizatorów byłoby 200 tys. zł. Z taką sumą można by już próbować pozyskać co niektóre zagraniczne kapele, nie mówiąc o polskich królach metalu wymienionych wyżej. Ale cóż skoro publika pojawiająca się na Przystanku nie protestuje, o zmianach nie może być mowy, a festiwal niczym zepchnięty z prawidłowego toru pociąg zmierza w zupełnie innym kierunku. Dokąd dojedzie pokaże czas za kilka lat, o publikę organizatorzy raczej nie muszą się obawiać, ale powinni pamiętać, że nie liczy się ilość, a jakość. I mam taką cichą nadzieję, że być może jedna ze stron (na myśli mam publikę i organizatorów) po przeczytaniu tego tekstu nieco szerzej otworzy oczy i zastanowi się na moment nad kolejną edycją Przystanku Woodstock.

Mógłbym jeszcze rozwodzić się godzinami o samej organizacji koncertów w Polsce, ale nie jest to chyba konieczne. Przytoczę tylko kilka przykładów solidnej polskiej roboty. Zastanawiam się co by się działo na polu namiotowym, gdyby Woodstock trwał dłużej niż dwa dni. Już pierwszego dnia pojawia się kłopot z zapełnionymi toaletami, a jak wszyscy powszechnie wiedzą potrzeba pojawia się nadal, czyli w najbliższej okolicy wioski Woodstockowiczów unosi się charakterystyczny odór. Być może dla niektórych nie stanowi to większego problemu, ale uwierzcie mi, że jest to uciążliwe dla większości. Problemy z transportem pozostawię bez komentarza, każdy kto podróżował pociągiem na Woodstock wie o czym piszę. Zostawmy może już ten nieszczęsny Przystanek. Tak się złożyło, że na koncercie Metalliki, przed samym występem gwiazdy większość publiki zdążyła nieco zgłodnieć i tłumy ruszyły w kierunku stoisk z jedzeniem przy bramach stadionu. I o zgrozo, kiedy strudzeni pielgrzymi dotarli już do oazy, okazało się, że za głupi kawałek grillowanej kiełbasy trzeba uiścić 11 zł w kasie bufetu. Mało tego w obrębie całego stadionu nie można było nabyć nawet kropli piwa, a wycieczka za stadion 30 minut przed koncertem Metalliki nie wchodziła w grę. Zatem rozwścieczony tłum powrócił na płytę, przeklinając organizatorów.



Pochwalić mogę jednak ochronę, która umożliwiała wnoszenie tego i tamtego oraz uczestniczyła w wymianie plecaków między płytą a miejscami siedzącymi. Kiedy przyglądam się naszym zachodnim czy południowym sąsiadom, naprawdę powinniśmy się od nich wiele nauczyć ze szczególnym naciskiem na organizację wszelakich imprez. Weźmy na przykład czeski festiwal Masters Of Rock. Impreza trwa 3 dni, grają jedne z najlepszych kapel (Europe, Helloween, Stratovarius, The 69 Eyes, Pink Cream 69) i to wszystko za 124 zł. Warunki na miejscu są całkiem niezłe i w miarę godziwe ceny. A w Polsce na koncert jednej z tych gwiazd można czekać latami, a gdy już dojdzie do występu, to gwiazdy nigdy nie grają razem, a bilet waha się w cenie od 100 zł wzwyż (w przypadku ostatniego koncertu Helloween bilet był tańszy, przyznaję, ale spójrzcie tylko na ceny biletów na festiwale, nie mówiąc o tym, że skład wykonawców pozostawia wiele do życzenia za takie pieniądze).

Mógłbym jeszcze długo wymieniać wpadki organizatorów i rozpisywać się na temat innych polskich festiwali, ale Woodstock jest chyba najlepszym przykładem na to, jak wygląda polska organizacja takich imprez. Artykuł ten nie jest pisany z jakiejś złośliwości w kierunku Przystanku czy jakiegokolwiek z polskich festiwali, po prostu jest apelem do organizatorów i uczestników o to, żebyśmy mieli naprawdę być z czego dumni. Pomysł na Przystanek jak najbardziej trafny, ale prosiłbym o zastanowienie panie Jurku czy nie można by czegoś zmienić. Mam świadomość, że nie można zadowolić wszystkich, ale podjęcie działań w kierunku żeby Przystanek stał się naprawdę czymś wielkim (w odpowiednim tego słowa znaczeniu) nie jest chyba czymś niemożliwym. Mam nadzieję, że XI Przystanek Woodstock czy jakikolwiek inny polski festiwal w przyszłym roku będą powodem do dumy i tym samym podobny artykuł spod mojego pióra nigdy już nie ujrzy światła dziennego.

Autor: Michał Chmielewski  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)