|
Minęło siedem tygodni, odkąd ostatni raz
cokolwiek napisałem, skleiłem kilkadziesiąt zdań i nie dostałem
wyróżnienia w postaci grubej czcionki, o okładce nie wspominając nawet.
Powodem - marynarka; służba zasadnicza dla Polski, ojczyzny mej, Wisłą i
Odrą płynącej. Wielokrotnie w trakcie tworzenia tego tygodniowego odcinka
układałem w głowie przebieg pisania następnego tekstu, jego tematyki,
techniki tworzenia, czasu i nastroju, co doprowadziło moją łepetynkę na
skrajny stan psychologicznego przejęcia. Mania. Ten tekst, przede
wszystkim cała atmosfera jego tworzenia, przesłoniła wszystkie inne plany
na weekend. Treść zeszła na drugi, jeśli nie trzeci, a nawet i trzydziesty
dziewiąty plan. Ten Tekst, widziałem go dziesiątki razy, kiedy pełniłem
odmóżdżającą wachtę przy okręcie pilnując, aby, sukinsyn, samodzielnie nie
odpłynął na przykład, albo żeby nie robił niczego innego poza
standardowymi czynnościami, jakie wykonuje przycumowany okręt. Ten Tekst
miał mieć konkretny temat, fajny mniej lub bardziej, ale miał być solidny
jak skała i ciekawy niczym kopulujące biedronki. A, niestety, już teraz
wiem, iż wyjdzie mi z tego kwintesencja wszelkich skojarzeń ze słowem
wypocina lub bagno lub dno z metrowym mułem, bul, bul, tonę, bęc o dno.
Jego motywem przewodnim ma być chaos i przyjemność mojego autorstwa, czyli
to, czym wyposażeni są pasjonaci. Nie dostanę pogrubienia, to nie!
Pożałujecie mi okładki - a co mi tam! Mi jest zwyczajnie dobrze, pisząc te
słowa, stukając w klawiaturę. Uśmiech bezcenny, i takie tam.
Połowa tyrania w mundurze marynarza została za plecami. Mniejszą jej część
spędziłem w Ustce, tzw. przedszkolu dla przyszłych żołnierzy, później
trafiłem na Uznam, na okręt ORP "Gardno", gdzie spędzę jeszcze niepełne
cztery miesiące. Trochę się działo przez te pięć MONowskich miesięcy.
Widziałem i robiłem rzeczy, jakich wiele z szaraków zrobi co najwyżej za
pośrednictwem klawiatury. Wiecie np. jakie to uczucie, gdy pierwszy raz
chwytasz w ręce osławionego przez C-Sa kałacha? Nie chwytasz myszki i nie
dotykasz kilku liter na klawiaturze, tylko bierzesz do rąk prawdziwe
narzędzie śmierci.
Stałem na strzelnicy, dowódca wydawał komendy, które doprowadziły mnie do
pozycji leżącej, naładowanej giwery i celownika na oddalonej o sto metrów
tarczy imitującej człowieka. Czujnie wpatrywałem się w końcówkę
szczerbinki i przypomniałem sobie tysiące scen z counterstrikeowego
ratowania zakładników, zabijania członków SWAT, setki scen Szeregowca
Ryana, Wroga u bram, Kompanii braci i miliony akcji, kiedy jako
dziesięciolatek biegałem z patykiem, krzycząc do kumpla, że mam go na
muszce. Teraz miałem tak prawdziwy Kałasznikow, że bardziej nie można, w
magazynku naboje, ostre, czekały grzecznie. Po komendzie ognia zaczęło się
piekło, trzynaście położonych w rządku żółtodziobów zaczęło naparzać.
Łuski lewego mojego sąsiada lądowały na mojej skorupce (hełmie), aż w
końcu sam przyłączyłem się do kanonady. Mocny odrzut, huk, dym. Bam!, bam!,
Bang bang, my baby shot me down! Powoli, wraz z każdym nabojem, traciłem
zmysły, odlatywały razem z nabojami. Moim światem była tarcza, spust i
odległość między tarczą a lufą. Ostatni zacisk na spuście, bang!, troszkę
dymu i przecinająca ostrzał cisza. Przeładować, do przejrzenia broń,
przejrzałem!, powstań!
Dziurawienie tarczy działało na wspomnienia pobudzająco, standardowo,
jednak stało się warte wzruszenia ramionami, gdy skończyły się treningi
dla saperów, czyli pirotechniczna rozpierducha. Plaża, skojarzenia z
Normandią, siedzę za wydmami koło drogi i uzbrojony jedynie w gwizdek
pilnuję, aby przypadkiem żaden człowiek albo zwierzę nie dostało się na
teren ćwiczeń, a jak się dostanie, to mam gwizdać tak mocno, jak gdybym
dmuchał baranowi w dupę i chciał tym sposobem rogi wyprostować! Zaczęli
detonować te mniejsze ładunki, co w wodzie tworzyły fascynująco wysoką
fontannę, podobnie z piachem. Deserem była ostatnia, największa,
najpotężniejsza beczka czegoś-tam-wybuchającego. KAAABOOOM! Jej wybuch
przyćmił wszelkie moje doświadczenia z kałachami, petardami, sylwestrami i
wszystkim, co ma za zadanie wybuchać, pozostawiając w uszach gościa, Pana
Piszczałkę. Gościł jeszcze kilka minut po ptakach. Ten kaaboom! z Rudego
102 zrobiłby pancerną sałatkę, z człowieka natomiast zrobiłby mokre
wspomnienie akcentowane strzępami.
Po trafieniu do Świnoujścia, przepływając Bielikiem na tę szanowną
wysepkę, stojąc z innymi marynarzami, bałem się. Strach był tajemnicą
poliszynela, wszyscy się obawiali, maskując go zapewnieniami, że się nie
dadzą, że będą twardzi jak gwoździe. Wchodząc na ORP "Gardno", gdzie mam
mieszkać jeszcze do końca lutego, obchodząc tam swoje dwudzieste urodziny,
spędzając tam święta i sylwestra, doznałem szoku. Jako takie pojęcie o
polskim stanie militarnym miałem, ale to, w jakich warunkach miałem żyć,
przesłoniło wszystko - czekającą w Koszalinie dziewczynę, rodzinę i
wszystko inne czekające na mnie w cywilu. Shock, bzzz! Długość okrętu koło
czterdziestu metrów, szerokość mniej niż dziesięć. W środku wszystko:
pomieszczenia do spania, prysznic, kibel, łazienka, kuchnia. Wszechobecna
ciasnota gryzła mnie z każdej strony, coś jak zalążek rozwijającej się
klaustrofobii. Wyrko miałem tak wysoko przy suficie, iż leżąc na plecach
nie miałem przestrzeni potrzebnej do przekręcenia się na brzuch! Ciasno.
Ciasno. Ciasno!!! Jeden z dziadków podczas oprowadzania po okręcie
zapewniał nasz pobór, a było nas sześciu, że trochę pocierpimy, że
będziemy płakać, będziemy, będziemy, oj, będziemy myć, sprzątać, robić.
Strach zabunkrowałem komentarzami nt. jego zapowiedzi, przekąs za
przekąsem. Jest tu jakiś cwaniak, Siwy, tu jest jakiś cwaniak, pan daje
piątaka, a cwaniak czterdzieści!
I tak rozkręciłem swoją okrętową karierę. Pocierpiałem, poganiałem, mało
jadłem (choć i tak jestem pulchniejszy niż przed 06.06.06r), spałem
jeszcze mniej, a w trakcie krótkich drzemek - bo głębokiego snu miałem
doświadczyć dopiero później, po zakończeniu etapu adaptacji - nawijałem
przez sen jak karabin szybkostrzelny, tak przynajmniej zapewniali
współlokatorzy. Przyzwyczajenie było trudne, bo z jednej strony chęć do
domu, z drugiej chęć na studia, z trzeciej do dziewczyny, czwarta chęć
dotyczyła przeniesienia z okrętu do lądowej jednostki (.....), siedemnasta
chęć alarmowała o rozmowie z panią psycholog, ponieważ odpowiednie
wciśnięcie jej kitu mogło zaowocować przeniesieniem właśnie.
Kici, kici, mój ty koteczku, jebnij sobie trzydzieści pompeczek na odmułkę.
Bycie kotem jakie jest, większość zdaje sobie sprawę. Jedyna wada - brak
zalet. Bycie kotem to bycie ostatnim w kolejce do przywileju i bycie
pierwszym w kolejce do pracy. Sprzątasz, chodzisz do sklepu, sprzątasz,
podczas posiłków robisz za kelnera w upaskudzonym kitlu, a gdy dowódcy
zostawiają załogę samej sobie, robi się nie tylko ciężko, ale i ciekawie.
Starsza fala, dziadki, wymyślają pobudzają do życia tradycje dotyczące
kotów, szukają im ciekawego zajęcia. Wprowadzają falę. Wchodzą np. do
kibla z talerzem poszatkowanych buraczków i rozchlapują to na cztery
strony świata. Sprzątanie oczywiście należy do koteczka, kici-kici,
miau-miau. Nie ma leniwego mruczenia, do roboty, nie ma lenia! Trzeba
przecież zamieść schody! I dla urozmaicenia musisz zamieść te schody od
dołu do góry, nie od góry do dołu, gdyż to łatwe. Od dołu do góry, to
(też) jest wykonalne, więc działaj! Jeden stopień zamiata się koło pięciu
minut, jeśli nabierze się wprawy. Gdy skończysz, Filemonie, napełnisz mi
wiadro wodą. Sznurówką. Jednym, półmetrowym sznurowadłem, uważaj, abyś nie
przelał, cha cha. W ramach odpoczynku, na który się zapracowało, możesz,
czytaj musisz, wyprowadzić na spacer żółwia Tuptusia, okrętową maskotkę.
Wyciągnij zatem z glana sznurówkę, przywiąż do hełmu-skorupki i śmiało,
koko-jumbo i do przodu. Pogadaj do niego, porozmawiaj, spytaj o żonę i
dzieci. Po spacerze możesz sobie zatańczyć z gaśnicą, Taniec z Gaśnicami,
bój się TVNie z Kasią Cichopek na czole czele! Wieczorem, kiedy cały okręt
śpi, Stukostrachy, Stukostrachy pukają do drzwi, a koty idą się kąpać,
zaraz za starszą falą. Ta w ramach szerzenia troski o swoich pupilków daje
im pod prysznic koło ratunkowe, sztuk jeden, i kotek zobligowany jest do
trzymania jedną ręką koła, co by nie poszedł na dno, a drugą może się
czyścić. Wypachniony, ubrany w pidżamkę, zapiętą pod samiutką szyję,
zostajesz szkolony ponadprogramowo. Trening pierwszy - śpiewanie
repertuaru Pszczółki Mai, Łez, Ich Troje lub jakiego znanego zespołu
disco. Potem podrywanie dziewczyny, pochodzisz do kolegi ze starszej fali
i próbujesz go poderwać. Nagle jakiś zamaskowany ninja, dziadek, rzuca pod
nogi innego dziadka granat bojowy odłamkowy w postaci zwiniętych skarpet,
to ty go niezwłocznie ratuj, rzucaj się i brzuchem staraj się stłumić
wybuch! Ratować dziadka, uraaa! A zaraz zwinięty koc będący tak naprawdę
wężem Boa próbuje udusić dziadka, więc łap go, tego węża żmiję, czym
prędzej i wal w niego pięściami jak żołnierze z armaty! Mocniej, mocniej,
mocniej! Jak śpiewał Piasek! Mocniej, aż się rozleci, bydle jedne! A nie
daj Boże po 22.00 p.m. zobaczy się w kiblu peta. Wtedy dwóch
grabarzy-kotów urządza papierosowi pogrzeb; kopie dołek dwa na dwa metry,
kładzie ostrożnie peta na dnie i zakopuje. W trakcie snu, gdy regenerujesz
siły, tak koło trzeciej nad ranem, bardzo delikatnie może obudzić cię
dziadzia, dajmy na to, szklanką wody. Siadasz metr przed telewizorem, do
odtwarzacza dvd wkłada on płytę, na telewizorze wyskakują Smerfy, a ty je
oglądasz i rano jesteś odpytywany ze szczegółowej znajomości bajki. Skórę
kota zrzucasz kilka dni przed wyjściem dziadków do cywila, dostajesz wtedy
od nich odbój. W ciągu dwóch wieczornych godzin tańczysz, śpiewasz,
chronisz przed granatem i wężem itd. Dziadek wyrywa z twojej pidżamki
guziki i wtedy, dumny i zmęczony, oddajesz je dla Posejdona, czyli
wypierdalasz za burtę, bo wyrzucasz to mało powiedziane.
Podobno inteligentni ludzie się nie nudzą. Nie jestem zatem inteligentny.
Jeśli chodzi o ścisłość i tę maksymę, moja inteligencja nie przekracza
tej, którą posiada boczne, czwarte lub trzecie koło od roweru
kilkuletniego dziecka. Nie należę już do grona kociaczków, toteż mój czas
wolny jest wolny nie tylko w teorii, lecz pociąga to za sobą konsekwencje
natury organizacyjnej. Zwyczajnie nie ma tu jak, w jakikolwiek sposób
zorganizować sobie czasu wolnego, chyba że lubisz czytać. Ja lubię,
powaga, ale ile, na Gutenberga!, można siedzieć przy książce/gazecie.
Kupiłem sobie "Jesteśmy w tym wszyscy razem" syna Stephena Kinga, Owena, i
mój świat zalała fala lodowato zimnego rozczarowania. Odnalazłem jego
wewnętrzne fuj, długo nie szukałem - było między okładkami. Próbowałem
zrehabilitować się Michałem Witkowskim i jego "Fototapetą", co tylko
szczątkowo odniosło sukces, i świeżymi numerami "Machiny". Tu szukałem
głównie produktów pani Angeliki Kucińskiej, zuch dziewczyny o muzycznej
inteligencji ponadprzeciętnej. O ile Witkowski interweniował z lekka w mój
warsztat, czego skutek może być może daje się czuć w tym tekście, tak
Angelika zmusiła mnie do poszerzenia mojej wiedzy muzycznej. A King
rozczarował, mnie i moje oczekiwania, i tyle go czytałem.
Ale nie tylko czytaniem można tu oddychać, przecież istnieją przepustki
stałe, zezwalające na wyjście w miasto. Korzystam z tego z rzadka, topić
tęsknoty w Żubrze nie zamierzam, zbyt cenny smak posiada, a tylko to robi
się na tej przepustce. Chyba że urodziłeś się we wrześniu i 24. dnia tego
miesiąca masz szczególne, bo dwudzieste urodziny. Strzeliłem w ten dzień w
miasto w poszukiwaniu dogodnego baru, by tam uczcić sam ze sobą
dwudziestolecie istnienia. Bar nazywał się Antykwariat, barmanki miłe,
wystrój jak w bibliotece, książki przeważnie stare, takie same czasopisma
i gazety, maszyny do pisania (obiekt mojego pożądania). Żubr w kuflu,
naleśniki na słodko i "Alfabet Urbana" to składniki mojej celebracji.
Urban mnie znudził, to odłożyłem go na miejsce, zamówiłem trzeci kufel -
pierwszego i drugiego nie zauważyłem - wziąłem go w dłoń i spojrzałem w
lewo, siedział tam gość w jeansowej kurtce, sztruksowych czarnych
spodniach, sportowych butach, kompletnie łysy, czego dokonał żyletką, mam
na to świadków, z piwem w ręku. Na stole pusty talerz, telefon Siemens z
klapką, odtwarzacz mp3 i stary portfel. Twarz zmęczona, wzrok, widać,
dotknięty alkoholem, spojrzenie zmęczonego starucha. Tyle że ja mam
dwadzieścia lat! 20! 5 razy cztery lub dziesięć razy 2 albo czterdzieści
odjąć dwadzieścia! Michał, kurwa, żyj trochę! Odmul się, potrafisz! Masz
plany, chęci, siły też się znajdzie, lombard w twoim mózgu, gdzie
sprzedają "Siłę", ciągle jest otwarty i będzie jeszcze przez co najmniej
następne dwadzieścia lat! Żyj, do cholery! Patrzę się w lustro. Ach, moje
odbicie, jakże zniechęcające, zły omen przyszłości. Ściskam ten kufel i
obiecuję sobie nie dać dupy, nie poddać się przed jakąkolwiek próbą
zdobycia wymarzonej pracy tu w Polsce, nie poza jej granicami, a w Polsce,
żeby Wisła w zasięgu wzroku była! Na zdrowie.
Służenie na okręcie to jednocześnie powiązanie z wieloma wspomnieniami.
Wyjścia w morze na tydzień zawsze sortuje się jako te pozytywne myśli z
przeszłości, które można wydobywać podczas rozmów z przyjaciółmi przy
jednej, wspólnej butelce piwa, bo przyjaciołom się UFO, albo używać ich
jako szpanu przy dziewczynach, wnukach i prawnukach, jeśli Śmierć mnie
przeoczy. Przed wyjściem w morze cała załoga biega jak mrówki, załatwia,
przygotowuje. Robię wiele rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia,
że przed wyjściem trzeba robić. Te trzy miesiące nauczyły mnie niemałej
ilości marynarskich rzeczy. I tak, trzeba zamocować sztormlinki,
przygotować odbijacze, sklarować rzutki, poroznosić pasy bezpieczeństwa na
wszystkie SB, pozdejmować buchty, przestawić hydraulikę okrętową na dziób
i sprawdzić wypolerowanie metalków, bulajów oraz dwóch kabestanów,
rufowego i dziobowego; potem włączyć żyrostabilizator hydrostacji, zdjąć
trap, zaciemnić okręt, a na koniec, sprawdzić łańcuch na kluzie, sprawdzić
uporządkowanie w forpiku i rumplu, poluzować szpring, tuż przed
odcumowaniem obsadzić SB. Sporo osób za wiele z bełkotu nie zrozumiała, i
dzięki, bo to w pewnym stopniu mnie satysfakcjonuje. Ja żeby poznać
znaczenie tego wszystkiego badziewia musiałem co nieco przejść, więc poza
wspomnieniami chociaż tyle chcę mieć - satysfakcję z mojej wiedzy i waszej
niewiedzy. Odcumowanie i okręt już tnie fale, już mija kursującego między
Wolinem a Uznam Bielika, stoję na dziobie, za mną bosman i dwóch
marynarzy. Mijamy łabędzie, mewy, chcę niczym Leo na Titanicu krzyknąć, że
jestem Królem Świata, a przynajmniej Świnoujścia, i pokrzyczeć sobie
woohaaa!, auuuu!. Zostawiając ląd za sobą stałem się okrętem, ORP Gardno
dzielnie siekającym fale z prędkością dziesięciu węzłów. Jestem okrętem
marynarki wojennej, morskim wilkiem w wersji militarnej, nie jakąś łajbą z
cuchnącymi rybami. Patrzę za siebie, widzę efekt natury, jakiego Cameron
ze swoją ekipą w życiu nie przenieśliby na ekran. Wielką ognistą tarczę
Słońca powoli i leniwie zaczęły przesłaniać niewielkie chmury, niewiele
pod nim paliły się lampy portowe, a sam port wręcz oddychał płytko i
sennie po całym dniu. Spokojne morze, w głowie muzyczny temat z
Jurajskiego Parku Spielberga odbijający się echem po całym organizmie,
każdej komórce, mięśniu i myśli. Słowem: pięknie. Wzruszającą zadumę
nokautuje lewym sierpowym ćwiczebny alarm bojowy, co znaczy iż zaczyna się
zapowiadana tygodniowa tyrania dowódców.
Podczas tego dryfowania na tafli Bałtyku spałem bardzo mało. Każdą wolną
chwilę porywały drzemki. Okręt podzielony jest na kilka obsad, jedna
zajmuje się silnikami i siedzi jak stado kretów w norze, druga nawigacją,
trzecia sterowaniem, czwarta, to ja, manewrami, czyli cumowaniem itp.
Krety zbyt wiele, poza zapachem spalin i wkurwiającego hałasu, wiele nie
powspominają. Nawigacja również. Ale stać na dziobie i walczyć z cumami
rwanymi przez wiatr i fale to prawdziwe marynarskie wspomnienie. Do cumy
przywiązuje się rzutkę, taki kilkunastometrowy sznur z ciężarkiem, i rzuca
się na sąsiedni okręt, tamci marynarze ciągną te rzutki razem z cumami,
cumy zakładają na poler, potem ja siłuję się, by te były cały czas
naprężone. Duże zużycie siły przekłada się na zadowolenie z takiego
udanego manewru. Ale były i chwile fizycznego zmęczenia. Stałem przy
sterze, kurs sto dwadzieścia stopni, ster dwadzieścia stopni, ster prawo
burt, ster leży zero, tak trzymać, i nagle autentycznie, jak nigdy, kolana
zgodnie robią kaputt. Tytanowe powieki przypominają o trzech przespanych
godzinach z dwóch dób, a tu dalej trzeba sterować nie tylko okrętem, ale i
świadomością! Moja wachta przy sterze mija, mam cztery godziny sjesty,
biegnę więc, tak biegnę - dla oszczędności czasu - do mojego pomieszczenia
i jump! na łóżko. Po niepełnych trzydziestu minutach długie potrójne
dzwonienie oznajmia koniec spania, akcja, brać się do roboty - to dla
cywila, obserwatora, pośredniego uczestnika sterującego myszką w Call of
Duty. Dla mnie znaczy to: kurwa, kurwa, kurwa, kurkwaurkurwawa, ja
pierdole, nieeee... Wszystkie pięć zmysłów plus zalążek szóstego -
intuicja - są w totalnej rozsypce, sklejone w jedną papkę, niczym sześć
kolorów plasteliny umodelowanych w jednolitą kulę. Nie mam pięciu palców u
lewej dłoni, tylko dziesięć. Nie widzę jednej zejściówki, tylko dwie, choć
pół godziny temu, słowo daję, była tu jedna. Wstaję, okazuje się, że zbyt
wolno, bo ktoś mnie pogania, lecz olewam to, swoim tempem ubieram ciężkie
gumowe, nie, betonowe buty i idę, choć powinienem biec, na swoje
Stanowisko Bojowe. Tam melduję obsadzenie, ono zostaje pokwitowane, a ja
siadam tuż przy stacji hydrolokacyjnej. Chwilę walczę ze snem, ja Dawid
bez procy, on Goliat Senny. Przegrywam. Budzi mnie porucznik, bardzo
czule, kopiąc w piszczel. Chmielewski, co jest, kurwa, wstawaj, raz
jeszcze zaśniesz, to będziesz tu stał, nie siedział, w pozycji do
zakraplania oczu, nosem do góry, rozumiesz, tak jest, rozumiem. Mniej
więcej w takim stanie psychicznym, pod koniec lekko zregenerowanym, pływam
na "Gardno" do końca wypływu. Wiele razy będąc w takim stanie nie wpadłem
w obłąkańczą furię tylko dlatego, bo wiedziałem, że będę miał co wspominać
i o czym pisać. Przeszedłem przez to dla pasji pisania, aby móc to ubrać w
słowa, dodać makijaż z przecinków i spacji, i zwyczajnie cieszyć się z
tego.
Jak obecnie mija mi służba, pytanie za milion od Huberta. Leniwie. Należę
już do starszej fali, jest trójka młodszych, "chętnych" do wszystkich
prac, sprzątania, obieraka, mesowania (noszenia papu), zatem moja
popołudniowa aktywność, kiedy kadra siedzi w domu, zamyka się w czytaniu,
słuchaniu radia i oglądaniu dzieci Polsatu - Gra w Ciemno, Pierwsza
Miłość, czasami jakiś mecz, ostatnio siatkówka ze słodką Pycią, megahity,
Helikopter w ogniu, Titanic, poranne Wstawaj gramy! oraz rozmowy na
wszechtematy. A nawet przed popołudniem, gdy jest kadra, polecenia
wykonywane są metodą masz-i-odwal-się, byle jak, z debetem zaangażowania.
Raz chłopaki kupili przez przypadek, oczywiście że przez przypadek,
gejowskiego pornosa i mieli fajnie. Dochodzą do tego wachty, co dwa, trzy
dni po osiem godzin dzielone na dwie czterogodzinne zmiany. Nic się nie
robi, tylko stoi, marznie i oddaje honory kapitanom, komandorom, bosmanom,
chorążym i wszelkim innym trepom. Nic się nie dzieje. Za to w głowie
dzieje się wiele. Myślę o lutym, kiedy wyjdę stąd, rzucę bagnet, rzucę
broń, przeskoczę każdy mur wzorem Wałęsy. I kiedy tak myślę i myślom tym
zdejmuję chomąto, docieram do przyszłości, robię back to the future w
czasy studiów, współpracy z Machiną na przykład, udanego życia, świetnej
dziewczyny, mieszkania we Wrocławiu lub Krakowie. Stojąc tak na wachcie
myślę o mej byłej, dla której mógłbym oddać rękę, i teraz, zgadnijcie,
ręki bym, kurwa, nie miał. Rozmyślam o tematyce Tego Tekstu. Analizuję
potem przeszłe sytuacje, których świadkiem byłem. Raz zadzwoniłem przy
chłopakach na pewien blok szkoleniowy w Ustce, gdzie marynarze ciągną
służby podoficera dyżurnego, jeszcze młodzi stażem, o raczkującym
doświadczeniu, wystraszeni i zdezorientowani, niczym ja za czasów "Ja
żołnierz…". Dzwonię i podaję się za oficera dyżurnego jednostki, kapitan
Blizna. Zaczynam pytać głosem Fronczewskiego młodziutkiego żółtodzioba o
różne rzeczy, jak zachować się w trakcie pożaru, rozkazuję wyrecytować
Prawo Użycia Broni, słowa przysięgi, części AK, a na deser zaśpiewać rotę.
I w drugiej linijce śpiewu widzę jak chłopaki ze śmiechu zwijają się w
embriony, turlają po sufitach, krztuszą śliną i wszystko to tłumią, by
nasz telefoniczny Idol się nie skumał. Oj, Leszczyński i Wojewódzki
mieliby tutaj wiele do powiedzenia. Albo i nic, czasami brak komentarza to
znakomity komentarz, pozostawię to bez komentarza na przykład w moim
wykonaniu. Myśli przypominają mi o tutejszym żarciu, tak marnym i smutnym,
że Pascal i Bożena w duecie by ręce połamali. Załamali. O nocnym wyjściu
do kuchni - wchodzę, zapalam światło, a tam urzeczywistnienie koszmaru
arachnofoba, karaczany wielkości maluchów, dziesiątki ich, dziesiątki
dziesiątek, co podpada pod setki! Jezu... Więc to coś nieokreślonego we
wczorajszej zupie to było... Otwieram chlebak, tam owady gromadnie
dosiadają bochenki chleba, dzięki czemu migiem tracę apetyt. Przypominam
sobie o tutejszych podwieczorkowych smakołykach. Banany, ciastka o
ostrzegającym przydomku Pancerwafle, cukierki, jogurty, które po
wyciągnięciu z prowiantury padają ofiary Amby. Amba Fatima, było i ni ma!
Planuję jaką pamiątkę sobie przed wyjściem do cywila kupię, to też. Bo
pamiątki to fajna sprawa, dużo się pamięta, nawet gdy pamięć zapomina
coraz częściej. Myślałem o chuście, ale to zbyt często spotykane.
Początkowo decyzja padła na sygnet Marynarki Wojennej, niestety cena
spowodowała szybką zmianę decyzji, sygnet poszedł się czochrać do lasu.
Padło na nieśmiertelnik z inicjałami, datą wejścia i wyjścia z wojska oraz
z jakimś hasłem lub myślą często tu powtarzaną. Póki co, będzie to "Nie
Ogarniam", znaczenie dla nikogo, poza mną i mojej fali, nieistotne, nam,
mi, mówi wszystko. Poza tym, liznąłem językiem lewe górne dziąsło. W
porządeczku i alleluja w takim razie, bo kilka dni temu było bardzo daleko
od alleluja, konkretnie to było w okolicach o madafaka. Dziąsło
postanowiło niedawno urozmaicić monotonię swojego życia i zaczęło puchnąć,
skutkiem czego niecałą dobę później przybrało monstrualne, jak na dziąsło,
rozmiary. Wyglądałem, jakby ktoś wepchnął mi między zęby pokaźnego arbuza,
i choć tego nie widziałem to wiedziałem o tym doskonale, wiedziałem dzięki
bólowi. Chociaż bolało mnie to tylko przez pięć godzin, potem zaczęło
napiżdżać, następnie dopiero nakurwiać i w tym stanie rozwoju tkwiło przez
spory okres. Potem zeszło, ot po prostu, być może miało inne ciekawsze
zajęcia. A, jeszcze jedno. Dowiedziałem się, że iż nasz kapitan, zasłużony
żołnierz z doświadczeniem, nie za bardzo wie, jakim sposobem podnosi
się... kotwicę. Kotwicę. Jeśli ktoś ma wątpliwości - k-o-t-w-i-c-ę.
Kapitan!!!x10 Nawet ja, prosty chuderlaczek Michaś, co myślami nigdy nie
jest obecny, tak, ten marynarz Chmielewski wie to. O właśnie, ostatnio
miał wpaść z wizytą Jarek Kaczyński, Wielki Mały Człowiek II, aczkolwiek
przewidział chyba wewnętrzną reakcję niemal wszystkich na dywizjonie i dał
sobie siana, potraktował nas ciepłym moczem. Widzicie więc, co w głowie
może się rozgrywać, jaki chaos panuje podczas stania, prostego sra...
stania. Ile scenariuszy rozgrywa się w tej niewielkiej przestrzeni w
czaszce, ich ilość dochodzi czasami do tysiącuf!
Jestem po kilku piwach, hek! Czkam sobie, Korn szturmem wydostaje się z
głośników, też dobrze posiedzieć przy Żubrze - i właśnie to jego teraz
popijam. Aż się palce mi proszą, żeby napisać coś kwalifikującego się do
Peryskopa, coś w stylu Jestem Ucieleśnieniem Tej Osobowości Boga, Która
Odpowiada Za Światowe Kataklizmy, i, mama mia, nasiąknięte piwem myśli
nakazują mi w to wierzyć. Rozkazują. A ja nie jestem w mundurze, nie noszę
marynarskich butów ani czapki, więc mam konstytucyjne prawo mieć, po
polsku, wyjebane na te rozkazy, o! O, kurwa, o!!! Spieprzaj, dziadku, otóż
to, jes jes jes! Chyba zaczynam być alkoholikiem, piję dużo, można by to
wiadrami liczyć. Dziękuję, marynarko.
Nie jestem świrem, mam papiery na to. Alkoholikiem także, choć na to
papierka nie mam. Ale mówię wam, słowo skauta, ba, marynarza pełną gębą!
Chciałbym Żyć. Wyskoczyć ze skóry, stać się SuperMichałem, przelecieć pół
Polski w dwie sekundy, uratować w tym czasie szkolny autobus przed
zmutowanym potworem, podlecieć nad Wrocław, tam ocalić śliczną dziewczynę,
pocałować się z nią nogami do góry, tak dla zachowania niecodzienności,
potem odlecieć, specjalnie, by diwa miała o czym myśleć. Potem wrócić w
tych sztruksach, jeansie i czapce z daszkiem na bani, powiedzieć jej
prawdę, jestem SuperMichałem, i Żyć jako superhero. Albo jako ptak, ten to
ma gdzieś wszystko. Przykładem mewa, lata tylko, pieje podobnie do koguta
i sra na wszystko, na co ma ochotę, bez konsekwencji. Taka jej dola. A
tak, jestem tylko sobą, nawet nie mogę się wysrać tam, gdzie chcę. Istotą,
która nie potrafi żyć bez prądu, rozrywki, zabaw, gier i wszystkiego tego.
Bonusowo jestem w wojsku, czyli tak jakby umarłem dla świata, bez pogrzebu
i płaczących bliskich. Nie jestem świrem, ale chcę nim być. Świry mają w
dupie wszystko, mózg ich satysfakcjonuje, zachodzące w nim chaotyczne
procesy, erupcje emocji i myśli zmieszane ze sobą. Magma chaosu
wewnętrznego! Aaaa!aa!!aaaaa...
Dobra, już, światła w górę, panowie i panie, jesteśmy na antenie, ocknąć
się, kurwa, tam przed monitorami! Jak wspominałem, jestem w wojsku, miewam
napady psychodeliczne, mam trójwymiarowe myśli i jest mi średnio na jeża
dobrze. Wolałbym być tylko w innym miejscu, zamienić bramę Komendy Portu
Wojennego na bramę wrocławskiej uczelni, aktualny czas mi w pełni pasi, bo
to time to play!, i generalnie wszystko jest na swojej pozycji. Chcę tylko
jakoś, możliwie normalnie zakończyć Ten Tekst. Bez puenty - za trywialna,
bez dowcipu - zbyt schematyczne. Zwyczajny koniec, thats all foks! Zrobię
to teraz, uwaga na pomieszczeniu, jak krzyczą marynarze, panowie
marynarze: To już jest koniec.
05/11/2006 |