| |
Woda spadała z nieba powoli, w starannie odmierzonych,
małych cząsteczkach.
Gdy docierała na sam dół, mieszała się z piachem i stawała kolejnym obiektem
przekleństw niezliczonych przechodniów. Raz po raz, tworząc chodnikowy dywan.
Moje kroki rozbrzmiewały miarowo, starannie odcinając kolejne odległości.
Czyniły to, co zwykle czynią w centrum tej cholernej, brudnej sypialni, zwanej
przez niektórych na wyrost miastem. Idąc powoli, przeciskając się przez
szarą masę egoizmu i arogancji…moje serce zatrzymało się na moment. Nogi
przerwały pracę. Oczy, pomimo ciągle spadającej wody, otworzyły się szeroko. Zobaczyłem
trupa.
Siedział skulony na barierce, naiwnie odgradzającej drzewo od reszty świata. Był
cały mokry. Naprzeciw niego położony był beret, wypełniony na dnie monetami.
Metalowa szczodrość.
Człowiek… a raczej ten, który niegdyś nim był… ubrany był w płaszcz.
Szary, zmięty i śmierdzący. Potwornie śmierdzący. Niczym żółwia skorupa,
szczelnie broniąca go od materialności. W torebkach obok niego leżał cały dobytek.
Szalik, czapka i, o ironio, nocne kapcie. Ciemnozielone. Najbardziej
jednak, ze wszystkich jego cech, ponad smród i bród, przykuwały jego oczy.
Puste, szare… oczy widzące tylko wnętrze duszy przez nie patrzącego. Nic
więcej. Zdawały się być wbite w punkt naprzeciw, oddalony o ledwie parę metrów.
W rzeczywistości jednak patrzyły o wiele dalej. O miesiące, a nawet całe lata.
Wstecz. Zapewne.
Zatrzymałem się przy nim na moment. Stanąłem i popatrzyłem na zgarbioną kulę
ludzkości. Po chwili moja ręka zsunęła się niepewnie do portfela. Zabrzęczało,
i kilka monet powędrowało do beretu. Mężczyzna skinął niepewnie, nie odwracając
nawet wzroku.
Nic się nie zmieniło. Krople raz po raz uderzały o grunt, wybijając nierówny
rytm. Kapkapkap. I chlup. Pusty chichot nieba.
Już miałem odejść, gdy… coś jednak się zmieniło. Coś
skoczyło i złapało mnie za włosy. Ogarnęło mnie Uczucie. W swojej potwornej
naiwności miałem ochotę podejść do nieboszczyka i mocno go przytulić. Oderwać
kawałek serca i dać mu w prezencie. Zdjąć ubranie i rzucić mu pod nogi. Zawyć
tragicznie do słońca nad jego nieskończoną niedolą... Podszedłem niepewnie i
zapytałem, wskazując pustą przestrzeń obok niego:
- Można?
Nie odpowiedział.
Usiadłem więc. Zdjąłem głowy nakrycie. I poczułem się strasznie. Jak plastelinowy
ludzik, starający się zbyt mocno objąć żarzące cierpienie, o którym nawet mu
się nie śniło. Możliwe z resztą, że tym właśnie jestem…
Miętosiłem przez jakiś czas w swoich rękach czapkę…
Gdy smród biednego nieboszczyka zaczął mnie przenikać, zobaczyłem świat.
Czy raczej jego brak. Odwrócone spojrzenia. Cała przestrzeń
widziana z poziomu chodnika. Tysiące biegnących celów… i tylko my dwaj,
siedzący w tym pieprzonym maratonie.
I tylko jeden został do tego zmuszony.
Gdy bezsilność i żal stały się nie do wytrzymania, zdołałem wykrztusić z siebie
jedno zdanie:
- Ja… chciałbym panu…jakoś pomóc…
Pozostałość człowieka spojrzała…nie, zerknęła, nie odwróciwszy nawet głowy.
Przez chwilę oceniała mnie swoim szarym wzrokiem. Nakreślała mój niepewny
uśmiech i zmarszczone brwi. Siedziała przez moment, bełkocząc cicho pod nosem.
Po czym zaczęła uciekać…
Mój Boże.
Powolnym ruchem zabrała siatki, kiełbasę z bułką schowała do torebki, podniosła
kulę i zaczęła przyciągać do siebie beret. Wszystko to wykonywała niczym w
zwolnionym tempie...
Widziałem to klatka po klatce. Martwi nie ruszają się szybko.
Oddychałem ciężko, nie wierząc w to, co zobaczyłem.
Zatrzymał się czas. Nie potrafiłem zrozumieć… jak bardzo człowiek musi być
zniszczony, żeby uciekać przed drugim. Przed tym, który… z pozoru nie chce
zrobić krzywdy. Jak długo musiał być zginany, by w końcu złamać się przy
najmniejszym nacisku. Uciekać… martwi nigdy się nie bronią. Zostali zabici zbyt
dawno temu, by było ich na to stać…
- …przepraszam… - wyksztusiłem.
Odchodząc widziałem, jak z powrotem sadza się na swoim miejscu
mc.owiec
|
|