Alchemistry

 

jeszcze wczoraj chciałem zmienić w sobie coś…

 


 

Czytelniku,

wyobraź sobie, że minęło dziesięć lat od momentu, w którym czytasz te słowa. 

Przed sześciu laty ukończyłem studia polonistyczne. I zastanawiam się, po jaką cholerę. Jeszcze na studiach założyłem wspólnie z kolegami z roku zespół, z założenia rockowy. Graliśmy głównie kawałki zapożyczone od sławnych już zespołów. Z pisaniem własnych piosenek radziliśmy sobie średnio. Dużo koncertowaliśmy z tym jakże ubogim repertuarem, inaczej nie mielibyśmy żadnych szans, żeby zaistnieć. Nie wiem, czym po studiach zajmowali się moi koledzy, ale ja przez prawie dwa lata pracowałem na stacji benzynowej. W końcu zostałem wyrzucony za to, że pierwszy i ostatni raz spóźniłem się do pracy. Jakiś czas później tankowałem na tej samej stacji, obsługiwał mnie bratanek mojego byłego szefa.

Wkrótce wydaliśmy swoją pierwszą płytę, zatytułowaną Absolutnie żadnych szans. Miało to odzwierciedlać nasze odczucia względem przyszłości krążka. Większość piosenek napisaliśmy sami, ale tylko jedna, tytułowa, wytrzymała próbę czasu. Resztę płyty stanowiły pół-covery, do których polskie teksty napisaliśmy wspólnie. Wśród nich była moja wersja Julia dream, jednego z wczesnych przebojów Pink Floyd.

 

Sen o Julii

 

świeci jasno na poduszce

lżejsza niż anielski puch

będę płakał ona uśnie

nie chcę tego czuć

   

kocham ją

mocą swą

a ona mnie nie chce

 

każdej nocy drążę światło

czekam aż zezwoli nam

zerwać maski odkryć gładką

tej miłości twarz

 

kocham cię

staram się

ale ty mnie nie chcesz

 

przekrocz tę granicę giętką

która kryje każdą myśl

jeśli zechcesz zostać ze mną

umrę jeszcze dziś

 

będę z nią

śmiercią swą

i tak mnie nie zechce

 

 * * *

 

Chyba najlepszy tekst, jaki do tej pory napisałem. Sama płyta, ku naszemu zdziwieniu, sprzedawała się bardzo dobrze; przez pół roku rozszedł się cały dwutysięczny nakład. Gdyby nie to, że wszyscy jesteśmy niewierzący… Dzięki temu sukcesowi mogłem sobie pozwolić na urlop do odwołania, wolałem jednak pracować, choćby dorywczo. (Mówcie sobie, co chcecie, ale praca czyni wolnym.) Trzy lata później wydaliśmy kolejny album, Alchemistry. I to już była zupełnie inna estetyka.

           

            Mimo że już dawno dorosłem, mieszkam nadal w domu, w którym się wychowałem, z rodzicami. Niewątpliwą zaletą jest to, że nie muszę się zajmować papierkową robotą, przynajmniej nie bardziej niż to konieczne. Sam zarabiam na życie, więc chyba nie stanowię dla nikogo obciążenia. Od poniedziałku do piątku wychodzę rano, żeby przez kilka godzin posiedzieć wśród tysięcy książek i w towarzystwie komputera podłączonego do lokalnej sieci. Tak, pracuję w bibliotece. Kiedy wracam, mogę iść do swojego pokoju, który nawet dwadzieścia lat temu wyglądał w ogólnych zarysach tak samo. Czy to wszystko? W najciemniejszym kącie salonu stoi jeszcze mały regał.

            Na półeczce leżą i stoją pamiątki z przeszłości, mojej przeszłości. Tyle że ja nie jestem sentymentalny. (Dlatego regał stoi tam gdzie stoi.) Ale to właśnie one stanowią punkt wyjścia do Alchemistry.

 

            Czytelniku! Słuchaczu! Zawróć!

            Oto moje wysypisko. Dlaczego znalazł się na nim ten fioletowo-żółty miś (a może misica) z pluszu? Dostałem tę maskotkę z okazji mojego pobytu w szpitalu, razem z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia i powodzenia zabiegu, który, zgodnie z planem, nie odbył się. Był też krótki liścik, w którym zostałem nazwany „naszym słonkiem”, nie miałem wątpliwości, czyją ręką pisany.

            To od niej w dowód przyjaźni dostałem krzyżyk przyniesiony, według jej relacji, z samej Częstochowy. Nie wiem, czy mówiła prawdę, ale to, co potem powiedziała, wystarczyło: Chcę go podarować komuś bliskiemu. Dlaczego odłożyłem go na boczną półkę? Czyżby dlatego, że jestem niewierzący? Przecież nawet tłumaczę wszystkim, że krzyż ma szerszą symbolikę (tzn. – nie tylko religijną). Nikt mi nie wierzy.

            Obok, w pudełku po wiecznym piórze, leżą jej liściki. Wśród nich ten jeden:

- Kocham Cię takiego, jakim jesteś. Kocham Cię za to, kim jesteś.

- Jesteś dla mnie skarbem […] Dziękuję, że jesteś i mam nadzieję, że będziesz.

 List był znacznie dłuższy, ale zapamiętałem tylko tych kilka zdań. Po wiecznym piórze zostały tylko wspomnienia. I logo Parkera na pudełku.

            W najdalszych zakątkach archiwum stoją cztery remedia, które dostawałem regularnie w odstępie roku (prezenty organizowane kolektywnie, ale wręczane indywidualnie – na Dzień Chłopaka). Kubek z wypukłym kształtem wyjątkowo paskudnej twarzy (obróciłem go do ściany – obawiałem się, że jestem zbyt podobny – trzymam w nim guziki, agrafki, kulki na mole…), nieśmieszny porcelanowy klaun, któremu niechcący przetrąciłem jedną nogę, ptak z rzędu blaszkodziobych (kaczka?) z kuprem wypchanym słomą i słoń z podniesioną trąbą (miał mi przynieść szczęście na maturze), na której końcu znajdował się jakiś kwiatek (też przetrąciłem).

            Kolekcję uzupełnia drewniana figurka konia, z którego najwyraźniej zwiał Franciszek Józef. Dlaczego? Suwenir z jakiejś wycieczki. I to by była z grubsza cała zawartość regału. Oprócz tego nic nie warte przyrządy i papiery. I moje świadectwo maturalne. Oryginał.

 


 

 

Mark Kewlar

(wiecmsb@wp.pl)