Fata viam invenient...





   Panowała idealna cisza.Wydawało się, że tylko ściany coś do siebie szepczą.Ciepły,zatopiony w zachodzie słońca, przepełniony po brzegi melancholią i tęsknotą wieczór. Zresztą jak każdy. Juz od dłuższego czasu. Wszystko,co dotychczas cieszyło jego duszę, odeszło gdzieś daleko. W miejsce,gdzie nicość przeplata się z beznadzieją,a pustka jest na porządku dziennym, zabijanym przez jasność nocy...

   Dzień ten nie chciał się dopełnić. Był napęczniały sprawami,niczym biały karzeł tuż przez eksplozją. Wszystko owiane atmosferą niepewności i wiecznego strachu. Wewnętrzne rozdarcie. Straszliwy ból po stracie.Większy,aniżeli wieczność w piekielnej czeluści,z batem czarta na plecach. Czas, kiedy tlen potrafi dławić. Chory sen,przeszywający umysł,niczym ostre ostrze barona płomieni królewski pancerz. Złość przekraczała wszelkie granice. Napięcie otoczenia wskazywało na coś strasznego. Nawet ptaki,które pięknie śpiewały przez te długie lata,ucichły.
Ostrze zabłysnęło na słońcu,wpadającym przez otwarte okno. Wyglądało na pełne gniewu,zaostrzone w taki sposób,że jeśliby dobrze się przyjrzeć,można by zobaczyć twarz śmierci. Twarz,w któej zatopione były wszystkie smutki,cały żal,katastrofy i przekleństwa...

Jeden ruch,choćby jęk...

   Ostatni krok,aby dopełnić swego.Wszystko było inne, straciło barwy. Bez sensu. Przepaść,która się nie kończy. Wyłoniły się łzy,w których zapisane były wszystkie wspomnienia...

   Przypomniały się chwile,kiedy życie było takie beztroskie. zadnych granic wyobraźni,żadnych trudów. Kiedy to pierwszy raz wsiadł z pomoca ojca na mały,czterokołowy rowerek. Kiedy pierwszy raz dostał od kogoś pochwałę. Też wtedy,gdy pierwszy raz go pobito ... Kiedy strzelił decydującą bramkę w finale szkolnych rozgrywek. Jednak najpiekniejszym wspomnieniem było to,gdy poznał ją. Gdy pierwszy raz spojrzął w jej piękne oczka,które świeciły się niczym perełki. I kiedy poczuł,że ją kocha.I ona go też. Pierwszy spacer.Zwierzenia.Pierwszy pocałunek.Kwiaty.Uśmiechy.....A jednak. Los tak chciał. Nie miał litości.Zabrał! Zniaszczył! Nie pozwolił. Nie patrzył .....

Spłynęła cieniutkim strumieniem. Przez małą ranę ulotnił się jego duch. Uświadomił sobie,że to co było nie powróci jak bumerang. Już nigdy.Opanował go szkarłat. I tak leżał na środku pokoju,ze sztyletem w ręku,w kałuży własnej krwi. Ściany zamilkły. Tak jak on,i ja mam nadzieję,że się spotkali ...

Lord Axis
lordaxis@o2.pl