Bezsenność w Teatrze
Teatr, teatry, teatrum
Spodnie, krawat, garnitur
Dwie godziny w półśnie
Trzy godziny w kolejce do kasy
Godzina przebijania się przez zatłoczone miasto
Bilet jako pamiątka, jedyne wspomnienie
I... już?
(scena, słabo oświetlona widownia zdradzająca jednak sporą ilość niezajętych miejsc)
Aktor1: Pić, albo nie pić - oto jest pytanie!
Widz1: (szeptem, do ucha Widza2) Chyba "być"?
Widz2: (szeptem, bardziej w kierunku nosa Widza1) Cóż, postmodernizm.
Aktor1: A może jednak "być"?
Widz1: (podekscytowany) O, widzisz, miałem rację!
Widz2: (znudzony) I co z tego? Show i tak must go on. (przekręca się na drugi bok)
(balkon, na nim Julia. Na ziemi stoi Romek, mimo różnicy wysokości wyższy od dziewczyny o głowę)
Julia: Romku, Romku, czemuś ty Romek?
Romek: Już nie. Teraz jestem Wielki Edukator!
Julia: Oh! (ciszej) Czyli właściwie... co?
Wielki Edukator: Jak to? Myśl Stworzenia, Lepsza Wersja Darwina, Bachorowstrzymywacz - wiele imion lecz sens ten sam.
Szlachetna iskra oświaty goreje w sercu mym.
Julia: ...wiodąc w nim prym?
Wielki Edukator: Miałaś nie rymować.
Julia: Przepraszam.
(suto zastawiony stół, przy nim kilka osób popija wino, w tle nagie niewolnice. Dużo nagich niewolnic)
Pluton: Ach, jaki ten świat niedoskonały!
Arystokrates: Wszystko przez te cholerne żywioły.
Pluton: Mówisz o Weronice, Berenice, Izoldzie i Ginewrze?
Arystokrates: Nie, chodziło mi raczej o ziemię, ogień, powietrze i wodę.
Kungfucjusz: Świat już był kiedyś dobry. Gdybyście nie siedzieli w tych swoich książkach z palcem nie powiem gdzie, tylko
zatroszczyli się o utrzymanie owego dobra, wszystko byłoby w porządku.
Pluton: Że niby kto siedzi z nosem w książkach? Sam po kilka godzin dziennie stawiasz te swoje sajgonki.
Kungfucjusz: Pluton!
Pluton: Co?
Kungfucjusz: Idź do Budy.
(las, słychać wycie wilków, jest dosyć ciemno, w zasadzie to nic nie widać)
Matrixtan: Gryzoldo! Ach, Gryzoldo, gdzieżeś jest?
Gryzolda: Tutaj. Tuuuutaaaaj!
Matrixtan: Gdzie? Nie widzę.
Gryzolda: Free your mind!
Matrixtan: Wiesz, że nie znam obcych języków!
Gryzolda: Umysł! Uwolnij umysł!
Matrixtan: Dalej nie rozumiem...
Gryzolda: Po prostu zdejmij w końcu z głowy tę cholerną, papierową torbę!
(jakiś plac)
Smark: Proletariusze wszystkich krajów - dupczcie się!
Kufer: Karol, ty piłeś!
Smark: Nie, ani - chep! - ani kropelki! Jak babcię i komunizm kocham! Cho na dziewki!
Kufer: Nie tak głośno! Chcesz, żeby ciebie też ekskomunikowali?
Smark: Eks - co? Mówisz o swojej byłej?
Kufer: Nie, nie, nie! Mein Got, jaki z ciebie jest niedorozwój po pijaku. Papież, kościół, ekskomunika, te sprawy.
Smark: Zaraz, zaraz, a czy to przypadkiem nie było w XVI wieku?
Kufer: No tak. I co z tego?
Smark: To, durniu, że TA sztuka rozgrywa się trzysta lat później! Co ty tu w ogóle robisz?
Kufer: Moment - jaka sztuka? Myślałem, że jesteśmy w garderobie...
(obskurny pokój, w kącie Buda na dywaniku uskutecznia pozycję Kwiat z Bigosu, na pierwszym planie stoją podchmieleni Hanibal
i Hłeng)
Buda: Ach, spokój... Harmonia... Jaki jestem szczęśliwy!
Hanibal: ... i wtedy rozpierdoliliśmy tę wioskę w pół godziny!
Buda: Bardzo przepraszam, ale ja tu medytuję!
Hanibal: (niezrażony) A potem jeszcze zgwałciliśmy wszystkie kobiety!
Buda: Tylko się nie denerwować, tylko się nie denerwować...
Hanibal: Mówię ci, Hłeng, byłą taka rzeźnia, że sępy trzy miesiące potem leżały z przejedzenia do góry brzuchami.
Buda: Gdyby tylko panowie mogli ciszej... Harmonia... Ommm... Ommmm...
Hłeng: Ty weź tego dzieciaka, bo mu zaraz jebnę! Skąd on się tu wziął?
Hanibal: A bo ja wiem? Przyłazi tu czasem i medytuje, menda jedna.
Buda: Ommmm... Ommmm... Ommmmm...
Hanibal: Te, smarkaty, może byś już sobie poszedł, co?
Buda: Ommmm... Ommmm... Ommmm...
Hanibal: Popatrz Hłeng, udaje, że nie słyszy! No już, wypierdalaj z meliny!
Buda: Kurwa mać, żadnego spokojnego miejsca w tym wszechświecie! Nic dziwnego, że ludzie się w kółko naparzają! Ja
pierdolę taką harmonię, idę założyć nową religię. Zbudujemy atomówkę, wszystko rozpieprzymy i zasadzimy drzewka, o!
(kurtyna opada, ale światła się nie zapalają. Przez szpary zaczyna się sączyć jasnopomarańczowe światło)
Widz1: (półgłosem) I co teraz?
Widz2: Nie wiem, czuję się jak w paczce Skittles'ów. Może po prostu poczekajmy?
(kurtyna podnosi się, światło na moment oślepia widzów)
Pomarańcza: (fałszując) Aj dżast bi tugeder, Aj noł łots ju nejm, Aj, Aj, Aj, zapomniałam tekstu!
Sufler: Co za idiotka, przecież śpiewa z playbacku!
Widz1: Ty, co to było?
Widz2: Nie wiem... Może reklama?
Widz1: W teatrze?
Widz2: No to pewnie kosmici przylecieli. Siedź i oglądaj dalej!
(sejm, komplet 460 posłów, wszyscy w garniturach i pod krawatem. Na mównicy najbardziej opalony z premierów, zaczyna
mówić o kilkutysięcznych zasiłkach dla bezrobotnych)
Widz1: Tego, kurwa, już za wiele! Mietek - wychodzimy!
Widz2: Pewnie. My i tak tu tylko sprzątamy.
(pomimo wyjścia wszystkich widzów aktorzy nadal odgrywają swoje role, dzieje się to przez kolejne trzy lata. Po skończeniu
kadencji kurtyna opada, w tle nadal słychać cichnące kłótnie i wrzaski)
Kulturę szerzył: