A ja pozytywnie nastrojony



Zimno. Środek października. Nie powinienem odczuwać chłodu, nie w puchowej kurtce po spożyciu trzech herbatek rozgrzewających. A jednak. Zastanawiam się, czy wstęp tego tekstu nie mógłby być lepszy. Pewnie, że by mógł. W sumie kogo obchodzi, co czułem dwudziestego października, jaka pogoda była miesiąc temu, czego nie dostałem od Mikołaja.

Kilka godzin temu dowiedziałem się, że lekarze to skurwysyny. Że jak nawet wyjadą za granicę, to ich wywalą na zbity pysk i będą musieli wracać do kraju. Że biorą, a nigdzie na świecie się nie bierze. Że pacjentów nie szanują, chociaż to z pacjentowych podatków mają za darmo studia. Za granicą to muszą na te studia brać kredyty i potem je spłacać. A nasze skurwysyny to się uczą za darmo i potem wyjeżdżają. My płacimy, oni jadą. Albo zostają i mają w nas dupie. Nieładnie, panowie lekarze!

Monolog trwał jeszcze kilka minut, wyłączyłem się po bodaj ośmiu. Zapewne ominęło mnie wiele innych, zapewne równie interesujących faktów z życia służby zdrowia, ssmanów (nie mylić z esemesami) i księży. Trudno, wiedza - zwłaszcza ta wątpliwa - nie zając, poza Wielkanocą także dostępna.

Postanowiłem spożytkować świeżo nabytą wiedzę. Przede wszystkim musiałem się zastanowić, kogo może ona zainteresować. Znajomi odpadają, kiedy ostatnio relacjonowałem im moje potyczki ze starszą panią, o mało nie udławiłem kawą zjawiskowej brunetki. Przechodnie na ulicy - albo karmią kruki_nie_gołębie, albo szukają butelek albo wymachują torebkami na widok zbliżającego się studenta w kurtce zakrywającej większość twarzy :) Autobus. Dom. To co, może rodzice? Kontakty ograniczone do niezbędnego minimum (o której jedziesz? Rano.), nawet nie wiedziałbym, jak zagadać. Komputer. Taaaaaak. Tu nie ma opcji nie_chce_mi_się_z_tobą_gadać czy spieprzaj_dziadu.

Zastanawiam się, co by było, gdyby wszyscy brali. Czy w takim układzie ja również musiałbym płacić starszej pani za to, by raczyła mnie opowieściami z czasów okołowojennych? A ile musiałbym zapłacić, by tego nie robiła? Udręką stałoby się smażenie schabowych (uwielbianych przez zjawiskową brunetkę), musiałbym najpierw dać w łapę kioskarzowi (zapałki), motorniczemu (zginiesz, skurwielu, pod tramwajem), karkowi w parku (i co tak, kurwa, japisz? W papę chcesz?), wreszcie starszej pani (półgodzinny wykład o wojnie albo psikus). W przeciągu kilku godzin straciłbym całotygodniowe fundusze.

Sytuację można odwrócić, przecież ja też mógłbym brać. Od kruków_nie_gołębi (wypierdolić wam te okruchy do kosza?), od motorniczego (a może pociągnąć „hamulec bezpieczeństwa”?), kioskarza (wsadzić ci te zapałki w…), ba - od karka nawet! (semantycznie systematyzując twoje oczekiwania, chciałbyś kolokując wejść w posiadanie mojego telefonu, nieprawdaż? Co, polszczyzna w uszka kole, taaak?)

Nie dajmy się zwariować. Ani ja nie podskoczę karkowi, ani kioskarze nie stworzą odpowiednika mafii paliwowej. Świat zostanie światem, kruki_nie_gołębie nadal będą powszechnie mylone z gołębiami_nie_krukami a starsza pani do usranej śmierci (tylko czyjej?) będzie zamęczała otoczenie opowieściami rodem z podręcznika do historii w wersji mister Urbana. Czyli zajebiście.

***

Jestem gwiazdą. Nadautorem, perwersyjnym interpretatorem języka polskiego. Bawię się, szukam słów na oślep i z latarką sprawdzam w słowniku odpowiednią pisownię. Wstydzę się swojej ułomności, chciałbym ożywić wasze ciała i umysły. Chciałbym stworzyć rzecz wybitną, ultra(coś tam, bo zapomniałem słówka) i wszystkomającą. Nie lubię zaczynać, nie lubię kończyć. Trwam pisząc, piszę by trwać.

***

Odjeżdżający sprzed nosa tramwaj. Tylko jedna osoba wiedziała, że nie chciałem do niego wsiąść. To, co gawiedzi wydawało się porażką, było tak naprawdę moim małym sukcesem. Odprowadziłem pojazd wzrokiem, bo niby czym? Słyszeliście kiedyś, żeby coś odprowadzać węchem albo smakiem? No, można by odprowadzić smakiem kiszoną kapustę, ale właściwie po co odprowadzać, skoro raz przeżuta i połknięta przez pewien czas w nas zostanie?

Zapalone światła latarni. Bardzo chciałbym w nich ujrzeć jeszcze raz te oczy. Bardzo chciałbym dostrzec w nich ten sam blask, jaki widzę, kiedy o nim mówi. A w kałuży niech odbijają się nasze sylwetki. Jedna wysoka, druga dużo niższa. Tu jednak idzie o jakość. Kumulacja ideału na metrze kwadratowym bliska wyborom Miss World.

Moja miss z kałuży. Dalej mam tylko jedno odbicie, obok mnie kamienie. Nie zgubiłem twojego zdjęcia, mam je głęboko schowane. Tak głęboko, że żadne inne nigdy tam nie trafi. Optymistycznie. Jesień, pluskam się w tej pieprzonej kałuży i śmieję się jak wariat. Obok zakład psychiatryczny, firanka niewyraźnie zamajtała w powietrzu i opadła na parapet. Nie chcą mnie już widzieć, oddalam się z buro-szarą walizką na ramieniu. Jeszcze tylko jeden podskok i koniec. Kończy się powódź, zaczyna się życie.



Tuxedo