Wycieńczona trzytygodniową podróżą kilkuosobowa grupa Europejczyków, przybyła na pustynię w celach badawczych, nie wierzyła własnym oczom.
- Cały czas prosto przed siebie, tak...? - wybełkotał niewyraźnie najstarszy z podróżników - Hej, przewodniku, do ciebie mówię!
- Co? A, tak... Taaak, caaały czas prooosta droooga. - wyrecytował starannie niewysoki mężczyzna o ciemnej twarzy, wyraźnie mający problemy z językiem swoich kompanów.
- No? I...?
- Cooo "no i"?
- David, weź no go trzaśnij, bo ja już nie mam siły... Czy tylko ja widzę to to przed nami?
- Ta skaaała nigdy wczeeeśniej tu nie byyyła! - wykrzyknął prędko przewodnik, jakby chciał uniknąć spodziewanego ciosu, po czym, już nieco spokojniej, starał się usprawiedliwić - Jaaa jeździć tędy już piętnaaaście laaat. I taaa skałaaa nigdy nie byyyła w tym mieeejscu.
Tymczasem dwoje ludzi z pięcioosobowej ekipy - mężczyzna i kobieta - zeskoczyło z wielbłądów, by przyjrzeć się bliżej wielkiemu blokowi piaskowca.
- Przecież to gówno opóźni naszą wyprawę o dobrych kilka godzin! - kontynuował mężczyzna, który, z racji niekwestionowanego przez nikogo prawa do częstego utyskiwania, zdawał się być przywódcą grupy - I ja się dlatego pytam, co teraz zamierzasz zrobić? Bo ja doskonale wiem, co zamierzam zrobić, i wierz mi, że z całą pewnością nie planuję wysokości twojej premii.
- Niech pan da spokój, profesorze, stało się... - wtrącił się do rozmowy spocony człowiek z niewielką blizną na czole - Będziemy musieli nadłożyć trochę drogi, to co? I tak wyruszyliśmy dzień wcześniej, niż pierwotnie pan zamierzał...
- Tak, tak, może rzeczywiście masz rację, Peter... - profesor zmienił ton na bardziej przystający jego arystokratycznemu pochodzeniu - Zatem, ruszajmy, nim zacznie się ściemniać. A jeśli każdy z nas smagnie mocniej swojego wielbłąda raz czy dwa, daję wam słowo, że jeszcze jutro będziemy w Al-Buhiri. - dopiero teraz zauważył brak dwojga z członków swojej ekipy, jednak natychmiast krzyknął w ich kierunku - Steven, Diana, co wy tam, do diabła, robicie?
- Nic, nic, wujku, tylko oglądamy - odpowiedziała dziewczyna - chociaż, zaraz... coś tu jest. Steve, możesz tu podejść?
Wysoki mężczyzna w okularach, od kilku minut zajęty podziwianiem precyzji, z jaką wiatr wyrzeźbił stojącą przed nimi skałę, odwrócił głowę, po czym postąpił kilka kroków w kierunku jedynej kobiety w obrębie dobrych kilkunastu mil.
- Popatrz, coś tu jest. - powtórzyła Diana - Kształtem przypomina głowę lwa.
- Rzeczywiście, lwa albo jakiegoś innego kota. Mhm, nie wygląda na wartościową, ale może warto by zabrać ją ze sobą ot tak, na pamiątkę. - chłopak uśmiechnął się łagodnie w kierunku towarzyszki - Podoba ci się, prawda?
- Tak, - zamyśliła się Diana - ale... może powinniśmy pokazać to wujkowi?
- Daj spokój, przecież wiesz, że nie po to tu przylecieliśmy. Zresztą, to żaden zabytek, po prostu szedł sobie tędy jakiś artysta, spoczął na chwilę w cieniu tej skały i wydłubał w niej kolejną z miliona swoich płaskorzeźb.
- Artysta? Na pustyni? - zaśmiała się Diana, zanim jednak powiedziała coś więcej, Steven wysunął zza pasa mały, szwajcarski nożyk i wziął się za podważanie starannie odwzorowanej w piaskowcu kociej głowy. Gdy jednak szarpnął ją nieco mocniej, ta przekręciła się o 90 stopni, po czym cała skała, a wraz z nią podłoże, po którym stąpali, zaczęły drżeć. Kilka sekund później, olbrzymi głaz, dotychczas zdający się opierać o piaskowy blok, począł jednostajnym ruchem oddalać się od Diany i Steve'a, przesuwając się wzdłuż skalnej ściany. W chwilę później ukazała się podróżnym duża, sześcienna jaskinia, a w niej kilkudziesięciu wyraźnie zaskoczonych mężczyzn. Cała sytuacja nie umknęła oczywiście uwadze pozostałych członków wyprawy, jednak tylko ciemnoskóry przewodnik trącił piętami swojego wielbłąda, by ten postąpił kilka kroków naprzód. Zaraz też znalazł się w odległości niespełna dwóch metrów od wejścia do jaskini i odezwał się w kierunku stojących wewnątrz ludzi.
- Przyprowadziłem ich tak, jak kazałeś, panie. - zeskoczył z wielbłąda - Teraz, z łaski twojej, proszę o zapłatę.
Spomiędzy tłumu ciemnoskórych mężczyzn wyłonił się młody, starannie ogolony i ostrzyżony, ubrany w złoconą jedwabną koszulę i takież spodnie, człowiek.
- Szybko się uwinąłeś, Ahmed, spodziewaliśmy się was dopiero jutro.
- Wiem, panie, ale nic nie mogłem poradzić. Profesor zarządził, by wyruszyć w drogę dzień wcześniej, ze względu na zapowiadaną burzę piaskową. Proszę o wybaczenie, jeśli zrobiłem coś wbrew twojej woli.
- Nie przepraszaj, lepiej zajmij się nimi do końca. - w kierunku Ahmeda powędrowała drogą powietrzną skórzana sakiewka z brzęczącą zawartością.
Przewodnik odwrócił się w stronę oniemiałych ze zdziwienia podróżnych, zza pazuchy wyciągnął długi, bogato zdobiony nóż, po czym, już bez wcześniejszych problemów językowych, z pełną swobodą krzyknął.
- Dobra, panie i panowie, rączki w górę, kasa na stół!
Wszyscy natychmiast podnieśli ręce w górę, jednak z oddawaniem kosztowności woleli wyraźnie poczekać. David postanowił się odezwać.
- Przecież tu nie ma stołu, kretynie!
- Cooo? Śmiesz sprzeciwiać się woli mojego pana?
- Twojego pana? - wtrącił szybko profesor - A kimże jest twój pan, by żądać od nas pieniędzy? No co się tak głupio gapisz? Nie dostaniesz nawet złamanego pensa, dopóki nie odpowiesz!
Ahmed odwrócił głowę w kierunku jaskini, w skinieniu głowy rozpoznał przyzwolenie swego pana na publiczne wyjawienie jego tożsamości.
- Mój pan to najdzielniejszy z ludzi! Stoczył tysiące bojów, z których wyszedł bez najmniejszego szwanku, przy czym zdobył bogactwa, o jakich człowiekowi waszego pokroju może się tylko śnić! Przed wami jedyny w swoim rodzaju, najwspanialszy w każdym calu, książę złodziei...
- Robin? - przerwała Ahmedowi prezentację Diana - Robin z Locksley?
- Że co? Nie, nie żaden Robin z... z... skądś tam! Jedyny w swoim rodzaju, najwspanialszy...
- Yyy, poczekaj, już wiem, mam to na końcu języka. - odezwał się Peter - Dzielny, tajemniczy i mieszka w jaskini... Batman! Tak, ty musisz być Batman!
- Cholera, pozwolicie mi skończyć?! Jedyny...
- Zaraz, nie Spiderman... Może wskazówką jest ta jaskinia? - głośno zastanawiał się profesor - Nie Miś Yogi, Fred Flintstone też raczej nie...
- Może jakaś podpowiedź? - poprosił David.
- Nie! Koniec! Czas minął! Przegraliście!
- Och, co chcesz powiedzieć przez to, że przegraliśmy?
- Właśnie, jak to "czas minął"? Ktoś w ogóle mówił coś o jakimś czasie?
- Tak, zgłaszamy reklamację!
Ahmed nie wytrzymał. Wnet dopadł szyi profesora, chwycił go za kołnierz i wrzasnął.
- Słuchaj, białasie! To nie jest pieprzona Wielka Gra albo inna Familiada! Jak mówię "zamknąć się", to macie się zamknąć! W przeciwnym wypadku wypatroszę was jak pieska preriowego!
Zapanowała cisza. Rozwścieczony, potargany i spocony Ahmed postanowił spróbować jeszcze jeden, ostatni raz, nim jego cierpliwość skończyłaby się całkowicie.
- Przed wami jedyny w swoim rodzaju, najwspanialszy w każdym calu, książę złodziei...

 

TALIBABA I CZTERDZIESTU BOJOWNIKÓW

 

- Nieźleśmy ich zrobili, co? Nie dość, że mieli przy sobie kupę pieniędzy, to jeszcze te wisiorki i pierścienie! - zachwycał się Bojownik 4.
- No, i na dodatek wysłaliśmy ich do Al-Buhiri w samych gaciach! - dodał Bojownik 11 - Ciekaw jestem, kto pierwszy się do nich dopadnie, Brygady Męczenników Al-Ejaja, czy dzikie zwierzęta?
- No, a kto pomyślał, żeby im zabrać wielbłądy? - przechwalał się Bojownik 5 - Żeby nie ja, nie mielibyśmy co jeść przez następnych kilka tygodni!
- Daj spokój, Bojownik 21 na pewno przyniósłby coś z Biedronki! W końcu może i pracuje tam za darmo, ale nie na darmo, hehe!
- Naśmiewaj się, naśmiewaj, - Bojownik 21 chciał pokazać, że wszystko słyszał - ale jak w niedzielę, po 49 godzinach pracy przyniosłem do domu dżem z biedronki, to żeś wpieprzał!
- Ale skrzydełka właziły między zęby!
Kłótnię bojowników przerwało wejście do części gościnnej jaskini ich przywódcy, Talibaby. Jedynym, które jeszcze się odzywało, było rozbrzmiewające w korytarzach echo, niosące ze sobą złowrogie "między zęby, między zęby". Gdy i ono wreszcie ucichło, głos zabrał Talibaba.
- Jak doskonale wiecie, od kilkunastu lat zbieramy wspólnie pieniądze, by zrealizować przedsięwzięcie, będące marzeniem każdego z nas. No, może oprócz Bojownika 38, który jest z nami jedynie z racji bycia bliźniakiem syjamskim Bojownika 37, ale mniejsza z tym. Wiecie również, że kwota, jakiej potrzebujemy, jest niewyobrażalnie wielka, toteż poprosiłem o pomoc przy jej księgowaniu naszego przyjaciela z Zachodu, Billa Oknowe Ucho, który specjalnie dla nas skonstruował urządzenie o nazwie Liczydło XP. - w tej chwili do salonu wkroczył, odziany w bizonie skóry, wódz plemienia Łyndołsów, Bill Oknowe Ucho, a cała jaskinia wypełniła się odgłosem rzęsistych braw - Chcę wam oznajmić, że właśnie skończyliśmy liczyć wszystkie nasze bogactwa (co prawda Liczydło parę razy nam się zawiesiło, ale Bill obiecał, że naprawa tego problemu nie zajmie mu więcej jak 2-3 dni) i... mamy dokładnie tyle, ile nam potrzeba!
- Juhu! - wykrzyknęły dziesiątki gardeł - Wreszcie spełnimy nasze wspólne marzenie! No, może oprócz Bojownika 38, który jest z nami jedynie z racji bycia bliźniakiem syjamskim Bojownika 37, ale mniejsza z tym! Juhu!
- Sami widzicie, panowie. Nadejszła wiekopomna chwila... - kontynuował Talibaba - Teraz nareszcie możemy zrobić zamach terrorystyczny na... na... - Talibaba odwrócił się w kierunku swojego najbliższego doradcy, Bojownika 1 i szepnął - Na co my właściwie mamy robić ten zamach?
- Khm, mieliśmy to przedyskutować w wolnej chwili. Ale wie szef, tu rozpierducha, tam orgietka, czas jakoś zleciał i się zapomniało...
- Cholercia, no... Cóż, trudno, trzeba będzie poświęcić parę minut na planowanie. Z tym, że nie mogę wyjść na kretyna, który zbierał pieniądze, cały czas nie wiedząc na co...
- W porządku, mam pomysł. - oznajmił Bojownik 1 i zwrócił się w kierunku wszystkich zgromadzonych - Słuchajcie, słuchajcie! Miłościwie nam panujący Talibaba, w przypływie swej nieograniczonej łaski, postanowił o tym, na co zrobimy zamach terrorystyczny, pozwolić zadecydować wam!
W jaskini Talibaby i czterdziestu bojowników nastał czas refleksji, która przybrała postać nieograniczonej niczym burzy mózgów. Przez kilka godzin bojownicy przekrzykiwali się wzajemnie, każdy bowiem chciał, by Talibaba wybrał właśnie jego pomysł.
- Big Ben!
- To za nudne... I za mokre, i zbyt mgliste!
- Statua Wolności!
- Nie ma mowy, w końcu to rodzinne strony Billa...
- Krzywa Wieża!
- Niee, ona i tak zaraz się przewróci...
- Piramida Cheopsa!
- Aha, chcecie mieć do czynienia z pozaziemską cywilizacją, która to budowała? Bo ja nie...
- Wieża Eiffela!
- Coś ty, przecież tam są miliony naszych! Jakby się dało, to już by padła...
Padły dziesiątki nazw sławnych budowli, na które warto by było podnieść bojowniczą rękę, jednak żadna z propozycji nie uzyskała aprobaty Talibaby. I wtedy najmniejszy i najcichszy ze wszystkich, dotychczas niemal niezauważalny Bojownik 40 wstał i z dumą wymówił słowa, które wzbudziły aplauz nie tylko innych bojowników, ale i samego Talibaby.
- Pałac Kultury i Nauki!

Już w trakcie planowania zdawało im się, że ubranie na podróż tradycyjnych, jednolitych szat arabskich może nie być dobrym pomysłem, ale reakcja pasażerów i pracowników Polskich Linii Lotniczych przerosła ich najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że od początku podróży przydzielono im w samolocie odrębną przestrzeń, coś na kształt współczesnego powietrznego getta, to jeszcze zostali otoczeni ścisłym kordonem, złożonym z pracowników służb bezpieczeństwa i stewardess. Poza tym, inni podróżni nie spuszczali ich z oczu ani na moment, a gdy Bojownik 17 chciał skorzystać z ubikacji, natychmiast został powstrzymany gradem solonych orzeszków ziemnych. Punktualnie o 16:45 czasu polskiego samolot pasażerski z Talibabą i czterdziestoma bojownikami na pokładzie wylądował na lotnisku w Warszawie. Nasi bohaterowie nie rozumieli, dlaczego ich komitet powitalny składał się głównie z otaczających pas startowy wozów policyjnych i strażackich oraz karetek pogotowia, nie byli też do końca pewni, czemu zaraz po ich wyjściu z samolotu dało się słyszeć głośne westchnięcie kapitana oraz pełne błogiej radości słowa.
- Uff, teraz już nie wybuchniemy...

- I co, namyśliliście się już, jakiej techniki użyjemy w zamachu? - Talibaba kierował pytanie do idących przed, obok i za nim bojowników, w międzyczasie podziwiających uroki Starego Miasta - Porywamy samolot, używamy bomby z zapalnikiem czasowym, czy może giniemy jako męczennicy?
- Ja raczej prosiłbym zrezygnować z tego ostatniego... - zaapelował Bojownik 38 - Przecież wiecie, że jestem z wami...
- ...jedynie z racji bycia bliźniakiem syjamskim Bojownika 37, ale mniejsza z tym. - dokończyli chórem pozostali bojownicy oraz mijający ich przechodnie.
- No, w sumie to masz rację. - odparł Talibaba - Może i jesteśmy bezwzględnymi terrorystami, przynajmniej od wczoraj, ale pewne elementarne zasady moralne, w tym poszanowanie prawa jednostki do jej samostanowienia, jeszcze nas obowiązują... Z samolotu raczej też radziłbym sobie i wam zrezygnować, słyszałem na przykład, że tu u nich kiedyś nawet premier się helikopterem rozpieprzył! Tak więc zostaje nam poczciwy zamach bombowy.
- No tak, ale skąd wziąć bombę?
- Wiem! Kupimy łopatę i pójdziemy do jakiegoś lasu albo na czyjeś pole, ponoć tam tyle tego zostało po II wojnie światowej, że wystarczyłoby, żeby całą Warszawę wysadzić! Pewnie jest to wszystko trochę podrdzewiałe, ale polejemy to tym nowym Vanishem i będzie cacy!
- Nie, ja mam coś lepszego! Podobno w polskich sklepach spożywczych i aptekach można bez problemu kupić wszystkie składniki do produkcji napalmu! Pozostanie nam jeszcze tylko ściągnąć z Internetu przepis i... no może nie będzie "bum", ale zrobimy największą pochodnię świata, hehe!
- To może w ogóle zrezygnujmy z bomby na rzecz czegoś oryginalniejszego? Proponuję złapać gdzieś krowę i posadzić ją na całą dobę przed telewizorem i puszczać jej w kółko transmisję obrad sejmu! Nie będziemy musieli długo czekać, aż zwierzę oszaleje, a potem pobierze się od niej to całe BSE i mamy broń biologiczną!
- Panowie, panowie, mam prostszy sposób. - oznajmił z pełnym spokojem Talibaba - pozwólcie mi tylko wykonać jeden telefon. Halo, wujek Osama? Wujku, szykujemy z chłopakami mały zamaszek i... Słucham? W Polsce. Co? U mnie wszystko dobrze, a jak tam u wujka w bunkrze? Aha, aha. Wujku, do rzeczy, bo tu w Polsce roaming drogi jak cholera. Ma może wujek aktualny numer do Saddama? Co? Jak to "złapany"? Przecież on ma ze trzydziestu sobowtórów i akurat jego złapali? No to może ma wujek chociaż numer do Musaby? No co też wujek mówi, Musabę zabili? Cholera... A ma może wujek namiar na jakieś niedrogie materiały wybuchowe? Co? Nie, dziękuję, nie jestem głodny... Że jak? Aaa, taka Wołowina... Dobra, to poproszę ten numer. Aha. Dobra, kończę wujku, bo mi się impulsy już prawie wyczerpały. No ja też pozdrawiam. Tak, jak skończę to pogramy w Quake'a na necie, pa.

Udana rozmowa z wujkiem Osamą pozwoliła Talibabie zdobyć namiary na, jak się dowiedział, najpewniejsze źródło broni i materiałów wybuchowych w centralnej Polsce. Uradowani pomyślnym rozwojem sytuacji bohaterowie musieli się jeszcze tylko jakoś dostać do wskazanej w rozmowie telefonicznej z imć Wołowiną podwarszawskiej wsi. Wydawało się, że już nic nie może nawalić...
- Cholera jasna! Silnik nawalił!
- Co? Przecież wzięliśmy ten autobus prosto z zajezdni! Zresztą, jak na polskie warunki, jest całkiem nowy - o, proszę, data produkcji 1989. Zaraz, nie, to data ostatniego przeglądu...
- To może resztę drogi przejdziemy pieszo? To chyba całkiem niedaleko, według mapy zostało nam jakieś 2 kilometry.

Po pięciokilometrowym spacerze Talibaba i czterdziestu bojowników zauważyli wreszcie budynek pasujący do przedstawionego im opisu. Właściwie to sama budowla nie wyróżniała się spośród innych niczym szczególnym - trzy kondygnacje, na oko 800 m2 powierzchni i parohektarowa działka, kilka luksusowych samochodów zaparkowanych przed bramą. Jednak tylko przed tym domem znajdował olbrzymi neon z napisem "Zajazd pod Wołowiną" oraz kilka znaków mówiących "Tędy do Wołowiny" oraz "Jeśli chcesz kupić materiały wybuchowe, dobrze trafiłeś".
- To chyba tutaj. - stwierdził Talibaba, po czym wcisnął przycisk domofonu - Dzień dobry, my do pana Wołowiny.
- Jesteście z policji? - odezwał się głos w małym, metalowym pudełku przytwierdzonym do ściany.
- Nie, chcieliśmy kupić bombę.
- Ale na pewno nie jesteście z policji?
- Na pewno, proszę nas wpuścić.
Po kilkunastu sekundach ciszy, ten sam głos, co wcześniej, odpowiedział.
- Dobra, wchodźcie.
Gdy brama się otworzyła, Talibabie i bojownikom wyszedł na powitanie wysoki, barczysty mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze.
- Przepraszam, że byliście panowie tak przepytywani, ale myśleliśmy, że to nasza nowa dostawa. Proszę, zapraszam do środka. Co panów do mnie sprowadza?
- A więc, chcielibyśmy kupić bombę.
- Aha, tak, dobrze. Jaką?
- No właśnie nie bardzo wiemy... Bo widzi pan, jesteśmy początkującymi terrorystami i jeszcze się nie orientujemy.
- Rozumiem, - uśmiechnął się pan Wołowina - w takim razie będę musiał zadać panom kilka pytań. Po pierwsze, co chcecie wysadzić?
- Pałac Kultury i Nauki w Warszawie.
- Cooo? Chcecie mi powiedzieć, że macie zamiar obrócić w gruzy symbol PRL-owskiej potęgi, jedną z najokazalszych budowli ostatnich kilkudziesięciu lat, z której są dumni wszyscy Warszawiacy?
- Yyy, noo... Tak.
- Aha. A jak duża ma być eksplozja? Widziana tylko w Warszawie czy i w okolicznych miejscowościach?
- Jak największa!
- No to świetnie panowie trafiliście! Nie dalej jak kilka dni temu dostaliśmy wspaniałą partię prosto z Korei Północnej! Zostaje mi więc jeszcze tylko spytać, czy płacicie gotówką czy kartą kredytową?

- Cholera, ale to duże.
- No, i jakie brzydkie.
Na te słowa tłum rodowitych warszawiaków, spacerujących w pobliżu Pałacu Kultury i Nauki, zatrzymał się i spojrzał groźnie w kierunku 41 nowoprzybyłych. Zaraz jednak każdy ruszył znowu w swoją stronę, przyzwyczajony do obrzucania błotem symbolu polskiej peerelkultury. Talibaba wolał jednak nie ryzykować zbytnio, natychmiast więc zarządził zakaz porozumiewania się inaczej, niż przy pomocy alfabetu Morse'a. Oczywiście każdy z bojowników był przygotowany na taką ewentualność, toteż wszyscy jak jeden mąż wyciągnęli z kieszeni drewniane tabliczki i ołówki, pieszczotliwie zwane pukaczami.
- (( -./---/ -../---/-.../.-./.-/ --/-.--/.-../.*/ --..**/./ -/./.-./.-/--../ -./../-.-/-/ .---/..-/--..**/ -./.././ --../.-./---/--../..-/--/.././ ---/ -.-./--../-.--/--/ .-./---/--../--/.-/.--/../.-/--/-.--/ )) - wystukał Talibaba, co w wolnym tłumaczeniu znaczyło "No dobra, myślę że teraz nikt już nie zrozumie, o czym rozmawiamy."
- Cóż, prawdę mówiąc, ja panów rozumiem - dało się słyszeć stukot od przechodzącego obok marynarza.
- Ja też - wystukał siedzący na ścianie Pałacu dzięcioł.
- I ja - dodał siedzący nieopodal szyfrant z czasów II wojny światowej.
- (( -.-./..../---/.-.././.-./.-/ )) - przeklął Talibaba - musimy iść gdzieś, gdzie nikt nie przejmie się tym, o czym rozmawiamy. Gdzieś, gdzie siedzą ludzie tak zacofani, że nie zwrócą na nas uwagi...

Atmosfera w gmachu Sejmu była taka, jak zawsze - przygnębiająca. Dookoła dało się słyszeć praktycznie tylko kilka słów: deficyt, akcyza, Liga Polskich Rodzin... Nagle powietrze rozerwało głośne "Balcerowicz musi odejść!", co dziwnie zaniepokoiło i poruszyło naszych bohaterów. Bez namysłu ruszyli w kierunku pomieszczenia, z którego dochodził wabiący ich głos. Przed nimi rozpościerała się wielka sala z kilkuset krzesłami, z których zajętych była może połowa; mniej-więcej w centralnej części dostrzegli podest i mównicę, a za nią człowieka, którego widok rozwiał wszelkie ich wątpliwości. Był to niewysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, ubrany w drogi garnitur i stylowy biało-czerwony krawat. Coś im mówiło, aby nie ryzykować bliższej znajomości z tym człowiekiem, jednak ciekawość wzięła górę, tak więc gdy tylko opuścił mównicę i skierował się w stronę sejmowego bufetu, 40 chłopa skutecznie zagrodziło mu drogę, a spośród nich wyszedł na przód Talibaba.
- Przepraszam, pan Andrzej Lep...
- Bez nazwisk proszę, Renata gdzieś tu biega z dyktafonem, nie chcę by nas nagrała.
- A tak, oczywiście, ale jest pan przewodniczącym tej partii na literę "S", mam rację?
- Tak, tak, ma pan rację - odpowiedział pan Andrzej, charakterystycznie zaciągając co drugą samogłoskę - a o co chodzi?
- Cóż, będę z panem szczery - Talibaba nachylił się ku prawemu policzkowi pana Andrzeja i wyszeptał mu do ucha - planujemy z kolegami dokonać... niekontrolowanej rozbiórki jednego z warszawskich budynków, a konkretnie...
- Cooo? - krzyknął przewodniczący partii na literę "S" - Chcecie dokonać zama...
- ...a konkretnie - Talibaba przerwał wrzask swojego rozmówcy - chcemy rozwalić Pałac Kultury i Nauki. I szukamy pomocy.
Pan Andrzej w jednej chwili zamilkł, po czym, także szeptem, odpowiedział - Chcecie powiedzieć, że zamierzacie zmieść z powierzchni ziemi symbol rządów komuchów, przeklętą pozostałość po czasach PRL-u, tudzież Sen Szalonego Cukiernika? Mhm, powiem szczerze, że to kusząca propozycja, ale, niestety, zbyt ryzykowna. Zresztą, co ja będę z tego miał?
- Chyba wystarczy jeśli powiem, że w dniu jutrzejszym będzie tam wizytował niejaki Leszek B., prezes Narodowego Banku Polskiego.
- W porządku, dajcie mi godzinkę na wykonanie paru telefonów. Spotkamy się jutro o 12 przed Pałacem.

Następnego dnia, zgodnie z umową z Andrzejem Lep..., Talibaba i bojownicy pojawili się przy placu Defilad w Warszawie. Wszyscy, prócz Bojownika 38, będącego z nimi jedynie z racji bycia bliźniakiem syjamskim Bojownika 37, ale mniejsza z tym, ciągnęli za sobą wspólnie gigantycznego, pluszowego królika wielkanocnego, w którego wnętrznościach ukryli zakupioną niedawno bombę atomową. Plan zdawał się być dopięty na ostatni guzik, w końcu debatowali nad nim ostatnich kilkanaście godzin, jednak Talibaba zdecydował się jeszcze raz, dla pewności, powtórzyć bojownikom, co mają robić.
- Tak więc, pamiętajcie, gdy już będziemy w środku, przede wszystkim staramy się nie wzbudzać podejrzeń. W razie czego, co mówimy?
- Daaaj paaaniee pięęęćdzieeesiąąt groooszyyy - wyjęczeli chórem bojownicy.
- Dokładnie. Potem kierujemy się w stronę windy i jedziemy na ostatnie piętro budynku, gdzie zostawiamy królika, jako dar mieszkańców Wyspy Wielkanocnej dla Leszka Balcerowicza. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zdążymy zmyć się stamtąd przed wybuchem.
- Jak to "jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem"?! - zbulwersował się Bojownik 38.
- To proste - podjął się wyjaśniania Bojownik 11 - Jeżeli coś schrzanimy, bomba aka królik wybuchnie zanim zdążymy usunąć się z miejsca zbrodni rozrywając nas na maleńkie kawałeczki.
- Nie, nie, nie - wtrącił się Bojownik 16 - Bomba atomowa nie rozrywa na kawałeczki, ona pali wszystko na swojej drodze, także, jak coś, to spłoniemy wszyscy w ułamku sekundy.
- Właściwie, to wyparujemy - poprawił go Bojownik 31.
- Dość, dość, nie chcę tego słuchać! - wybuchnął Bojownik 38 - Dopóki ja tu jestem, wszystko ma pójść zgodnie z planem! Nie życzę sobie jeszcze umierać, czy to poprzez rozerwanie na kawałki, poprzez spalenie, czy przez wyparowanie!
- Oczywiście, zapewniam Cię, że nie masz się czego obawiać. - Talibaba starał się uspokoić sytuację - Jeśli tylko uda nam się dostać do środka, wszystko pójdzie jak z płatka.
- Szefie...
- Tak?
- A jak my właściwie dostaniemy się do środka?
- A tym to już miał zająć się Andrzej. O, proszę, o wilku mowa.
W tej samej chwili przed naszymi bohaterami zaparkował olbrzymi limuzyno-ciągnik. Ze środka dało się słyszeć rżenie koni i inne wesołe, zwierzęce odgłosy, zaraz jednak przyciemniona boczna szyba odsunęła się, po czym wychyliła się z niej rozczochrana głowa Andrzeja Lep...
- Witam panów, jak dzionek?
- Jak na razie wszystko w porządku, wszystko załatwione?
- Tak, tak, oczywiście, nie powinniście mieć żadnych problemów z wejściem do Pałacu. Osobiście dopilnowałem, by pracownicy firmy ochroniarskiej nie dotarli dziś do pracy. Ech, ci rolnicy, wystarczy jedno słowo, a zablokują wszystko, co się rusza...
- Mhm, czyli wygląda na to, że ze swojej części umowy się pan wywiązał.
W tym momencie z wnętrza limuzyno-ciągnika wydobyło się głośne muczenie.
- Taaak - odrzekł przewodniczący partii na literę "S" - w takim razie zmywam się, bo fanki czekają.
Szyba pojazdu zasunęła się w okamgnieniu, po czym ruszył on z piskiem opon, by zniknąć za najbliższym zakrętem.
- To co, panowie? Ruszamy?
- Ruszamy! - wydarło się na raz 39 bojowniczych gardeł.

Gdy już znaleźli się wewnątrz Pałacu, zaskoczyła ich ilość ludzi, którzy przyszli... no właśnie.
- Po jaką cholerę oni tu wszyscy przyszli? - zapytał cicho Talibaba, widząc setki krzątających się wokół postaci. Każda osoba zdawała się być do tego stopnia pochłonięta własnymi sprawami, że właściwie wszyscy sprawiali wrażenie, jakby się nie widzieli, ot mijali się bez słowa, wręcz niemal przenikali się wzajemnie. Czasem tylko jakiś wyzwolony, młody człowiek raczył pozdrowić starszą osobę, która przypadkiem go potrąciła, jakże przepolskim "Gdzie leziesz, ku*wo?!". Największy ścisk panował oczywiście przy windach, do których mieli zamiar udać się nasi bohaterowie.
- To co, szefie - zapytał Bojownik 3 - schodkami?
- Ja wam dam "schodkami"! - krzyknął Bojownik 38, zanim Talibaba zdążył chociażby pomyśleć o udzieleniu odpowiedzi - Wiecie ile tu jest pięter?!
- Mhm, właściwie to nie mam pojęcia... - odrzekł Talibaba - No, ile?
- Hę, że co? - nie krył zdziwienia Bojownik 38, co jednak nie przeszkadzało mu w wydaniu głośnego okrzyku - Ludzie, czy ktoś wie, ile pięter ma ten budynek?!
Ludzie zatrzymali się, popatrzyli po sobie, ktoś wyciągnął telefon, by zadzwonić z tym pytaniem do przyjaciela, kilka osób zaczęło wymieniać między sobą liczby z zakresu od zera do miliona. Wtem, z najciemniejszego kąta sali, o którym krążyły legendy nawet w pałacowym mieście szczurów, rozległ się przeszywający powietrze głos zakurzonego, radzieckiego projektanta.
- Sorok dwa, malczik, sorok dwa...
- Aha, dziękuję panu. - odpowiedział Bojownik 38.
- Nu, pasłuszaj ty mienja jeszczjo, ja mam dlja ciebja...
- Nie, dziękuję, moim kolegom trochę się spieszy i...
- Zakryj żopu, arabskaja sabaka! Ja tu był uże kagda ciebja jeszczjo nje była na mirje i...
Wtem do budynku wpadło czterech mężczyzn z czymś na kształt ssąco-piorących odkurzaczy na plecach, wycelowali rurami w kąt, z którego dochodziły irytujące dźwięki i wessali do swych urządzeń jedyną potencjalną atrakcję warszawskeigo Pałacu Kultury i Nauki.
- Taaak - kontynuował Bojownik 38 - jak już mówiłem, są tu 42 piętra i nie mam zamiaru pokonywać ich na piechotę! Dlatego albo czekamy na windę, albo idziecie na górę beze mnie i bez mojego brata!
Widząc błagalne spojrzenie Bojownika 37, Talibaba nie mógł nie ulec, toteż cała 41-osobowa grupa ustawiła się w kolejce do windy. I tu zastała naszych bohaterów miła niespodzianka, bo oto windy, teoretycznie przystosowane do przewozu nie więcej jak 10 osób, w obecnych warunkach z powodzeniem radziły sobie z wwożeniem na górę nawet 50. Co prawda, niektórzy w trakcie i po takiej przejażdżce skarżyli się, że nie czują nóg, albo że mają na sobie nie swoje spodnie, ale kto by się tym przejmował w chwili, gdy może podziwiać panoramę polskiej stolicy. Tak więc po mniej-więcej dwugodzinnym oczekiwaniu Talibaba i bojownicy dotarli wreszcie do drzwi windy, a gdy tylko się one otworzyły czem prędzej wbiegli do środka wciągając za sobą pluszowego królika wielkości trzydrzwiowej szafy. Razem z nimi upchał się w windzie niewysoki mężczyzna o dziwnie rozbieganych, małych oczkach, ubrany w beżowy płaszcz i pantofle. A że jazda kilkadziesiąt pięter w górę trochę trwa, nie mogło obyć się bez konwersacji.
- Witam panów - odezwał się nieznajomy.
Bojownicy nie byli pewni, co powinni zrobić - w końcu pierwszy raz, odkąd wysiedli z samolotu, jakaś miejscowa osoba pierwsza się do nich odezwała. Popatrzyli po sobie, po czym cała czterdziestka wlepiła wzrok w Talibabę.
- No, co się tak patrzycie? - upomniał ich Talibaba - Przyjechaliście między ludzi, to zachowujcie się jak ludzie, kultury trochę!
- Dzieeńdoobry! - przedszkolnym chórem odpowiedzieli nieznajomemu zmieszani bojownicy.
- Co panów sprowadza do Polski, jeśli można spytać?
- Oczywiście - wyprzedził spodziewaną nieporadność wypowiedzi swoich towarzyszy Talibaba - Przyjechaliśmy tu, by pozwiedzać, zobaczyć wasze... yyy... wasze, mhm... i waszą... ten, no... no wszystko, co macie tu wartego obejrzenia, panie... Przepraszam, nie dosłyszałem pańskiego nazwiska.
- Nazwiska? Ależ tak, gdzie moje maniery. Nazywam się... yyy, Roman. Roman... Dmowski! Tak.
- Roman Dmowski? Mhm, wydaje mi się, że gdzieś już o panu słyszałem. Jest pan jakimś znanym aktorem, piosenkarzem może?
- Co? Jak? Nie, kiedyś trochę siedziałem w polityce, ale to dawne dzieje... - odrzekł nieco skrępowany Roman Dmowski, po czym, już trochę śmielej, zapytał - Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale czy mogę przytulić waszego zająca?
- Królika! - poprawił Bojownik 22.
- ...waszego królika - zreflektował się Roman Dmowski - Bo widzicie panowie, jeszcze w dzieciństwie (chlip) lekarze wykryli u mnie pewną chorobę - kicoschizus imbecilus - która zmusza mnie (chlip) do przytulania wszystkich kicających ssaków, które znajdą się w moim zasięgu. Jeśli tego nie zrobię (chlip), prawdopodobnie upadnę na podłogę i wydrapię w niej dziurę wystarczajaco dużą, byśmy wszyscy naraz spadli kilkadziesiąt pięter w dół. (Chlip)
- Cóż, jeśli tak, to proszę się nie krępować. Nasz królik jest do pana dyspozycji. - bez wahania odrzekł Talibaba zaniepokojony potencjalnym zagrożeniem powodzenia misji.
- Naprawdę? Och, dziękuję, naprawdę, ratujecie mi (i sobie zresztą też) życie... - bez chwili zwłoki Roman Dmowski przecisnął się do pluszaka i wziął go w czułe objęcia. Stało się jednak coś, na co Talibaba i bojownicy nie byli przygotowani, bowiem ich nowy znajomy sprawnym ruchem rozsunął ukryty pod warstwą pluszu zamek błyskawiczny i wyciągnął znajdującą się wewnątrz bombę. Bojownicy nie mieli czasu na reakcję, bowiem w tym samym momencie winda zatrzymała się, a w jej drzwiach ukazała się uzbrojona po zęby brygada złożona z kilku mężczyzn odzianych w czarne kominiarki.
- Dobra panowie, zachowajcie spokój, a gwarantuję, że żadnemu z was nic się nie stanie - wycedził przez zęby najwyższy z nich.
- No żesz cholera jasna! - krzyknął Talibaba - Pod sam koniec akcji musieliśmy trafić na policję!
- Że... że co? - prychnął człowiek, którego spotkali w windzie, a w kilka sekund później już cała grupa napastników nie mogła się powstrzymać od śmiechu - Wy... Wy naprawdę myślicie, że my jesteśmy z policji? - zapytał z niedowierzaniem - Przecież to jest Polska! Tutaj policja nie spieszy się z reakcją o próbie zamachu z użyciem tak niebezpiecznych materiałów. Ba, gdyby dowiedzieli się, co się święci, prawdopodobnie pierwszych by ich już tu nie było! - jego towarzysze pokiwali głowami.
- Nie rozumiem... Jeśli w takim razie nie jesteście z policji, to coście za jedni? - spytał Talibaba.
- Powiemy im? A, niech wiedzą, jaki ich zaszczyt kopnął. - odezwał się ponownie ten najwyższy - Jesteśmy drużyną operacyjną Cielęciny. Nie? Nie mówi wam to nic? A od kogo braliście ten sprzęt, co? Od Wołowiny, no. No to myślę, że jako wyjaśnienie wystarczy wam fakt, że nasze dwie mafie niespecjalnie się lubią... A porządny zamach, jak wiadomo, to świetna reklama dla tego typu organizacji i, co za tym idzie, pewność utrzymania się na rynku. Nie mogliśmy pozwolić, aby bomba sygnowana wołowym znakiem jakości dokonała jakichkolwiek zniszczeń, rozumiecie? Dlatego wasz zamach po prostu nie mógł się udać, a już na pewno nie w tym kraju.
- I co teraz, zabijecie nas?
- Nic z tych rzeczy, mogłoby to zostać odczytane jako przejaw nienawiści rasowej, a za to się leci w rankingach na łeb... A póki co, nasza mafia zajmuje pod względem popularności 2. miejsce w kraju i 16. w Europie! No, ale na nas już czas, życzymy miłego dnia i dziękujemy za bezproblemową współpracę.
Pozostawieni w samotności bojownicy przez dłuższy czas nie mogli otrząsnąć się z tego, co im się przytrafiło. Jedynie Talibaba zdawał się nie tracić głowy i doskonale wiedział, czym zakończy się ich kilkudniowa wizyta w Warszawie. Jeszcze tego samego dnia wieczorne programy informacyjne podały informację następującej treści:

 

Remember_The_Name - erteen@gmail.com

 

LIPIEC - LISTOPAD 2006