Prawie jak student



Żyłem ci ja spokojnie, nikomu nie wadząc. Robot w swojej ojczyźnie, punktualny robot, dodajmy. Czasy stabilizacji mają jednak to do siebie, że kiedyś się kończą. Chociaż w moim przypadku ów koniec nadszedł i tak dużo później, niż finiszował, a właściwie walił się pakt stabilizacyjny.

Zdałem na studia. Nic się nie stało. Życie pozostało życiem, pory wschodów i zachodów słońca się nie zmieniły, a Mandaryna nie została śpiewaczką operową. Myślałem, ze zmieni się niewiele, zgoła nic. O święta naiwności...



Kwaterunek

Bodaj najtrudniejszym zadaniem abiturienta technikum było znalezienie sobie lokum. Niekoniecznie godnego, niekoniecznie spełniającego podstawowe wymogi BHP. W końcowej części poszukiwać, po wykonaniu kilkudziesięciu telefonów, jedynymi w zasadzie kryteriami były cztery w miarę proste ściany, prowizoryczna kuchnia i naprędce zmajstrowana toaleta, dzielona z połową kamiennicy. Los uśmiechnął się (tak mi się przynajmniej wtedy wydawało) do mnie w niemal ostatniej chwili, kiedy zorientowałem się, że przez telefon to się raczej mało załatwi. Zaopatrzony w lokalny dziennik ruszyłem więc na podbój metropolii, mając do dyspozycji szesnastoletni plan miasta i dobre chęci. Bardziej przydatny okazał się plan, gdyż chęci mają to do siebie, że po szesnastym telefonie w stylu „dzieńdobryczyofertawynajmuaktualna?” „dzieńdobrynieniestetyjużnie” rozpływają się w kolejnym sygnale zajętości radośnie płynącym ze słuchawki. W końcu jednak się udało. Teoretycznie.



Starsza pani

Starsza pani wyglądała na sympatyczną emerytkę. Nienawidziła obecnej władzy, nie chodziła do kościoła i – co ważniejsze – miała już doświadczenie we współżyciu ze studentami. Tyle dowiedziałem się podczas pierwszej, piętnastominutowej rozmowy. Niestety, nie zastanowiło mnie wtedy, że w przeciągu trzech lat przez mieszkanie przewinęły się aż trzy osoby. Szybko też okazało się, że kwadrans to o wiele za mało, żeby kogoś chociaż trochę poznać i rozpaczliwie mało by zorientować się, że ulubionym zajęciem starszej pani jest raczenie sublokatorów opowieściami z życia rodzinnego. Już drugiego dnia zaserwowano mi historię połowy życia starszej pani, jej syna, ojca (rozdającego mąkę w czasie okupacji) i pewnie jeszcze kilku osób z rodziny (nie wiem dokładnie, po pół godzinie się wyłączyłem i tylko miarowo kiwałem głową).

Trzeciego dnia okazało się, że rodzinne opowiastki to zaledwie preludium do nadgadatliwości właściwej. Starsza pani okazała się starszą panią o dosyć radykalnych poglądach. Nie, to zbyt łagodnie powiedziane. Dość wspomnieć, że kolejno dowiadywałem się, iż:

- wszyscy księża to skurwysyny i pedały („już ja wiem, co chłopcy robią w swoich pokojach”)

- wszyscy politycy to skurwysyny („tylko SLD nie”)

- wszyscy lekarze to skurwysyny („jak będziesz miał raka to po tobie”)

W międzyczasie zostałem zapytany o to, czy jestem prawiczkiem. Lekko mnie zamurowało. Następnie miałem jakieś nędzne ułamki sekund, by się jakoś z tego wykręcić. Wyręczyła mnie starsza pani stwierdzając, że jest lekarzem, to jej można powiedzieć. A jakim to lekarzem? – usłużnie zapytałem. – Dentystą – padła odpowiedź. No tak, standardowe pytanie lekarza stomatologa: czy jesteś prawiczkiem?

Dobrze, zakończmy roztrząsanie kwestii mojej cnoty, zajmijmy się rzeczami bardziej przyjemnymi :) Po kilku godzinach mojego bytowania w nowym miejscu starsza pani uświadomiła sobie, że zapomniała mi powiedzieć o kilku ważnych rzeczach. I tak zostałem uświadomiony, że czajnik elektryczny owszem, działa, ale coś-tam, coś-tam („się psuje i trzeba wyłączać”). Na moje wyjaśnienie że używam tradycyjnego czajniczka starsza pani zareagowała zmarszczeniem brwi i słowami: „No dobrze, to będziesz sobie grzał na kuchence. Na tym NAJMNIEJSZYM palniku.” Zaraz potem dostałem kawałek lodówki. Dokładnie to jedną półkę (całkiem sporo, zważywszy, że urządzenie chłodnicze owych półek posiadało dwie sztuki). Następnie dowiedziałem się, że w mieszkaniu jest jednak ciepła woda. Po prostu „kurki są odwrotnie przykręcone, czyżbym ci nie powiedziała?”. Nie, droga pani, ale mówi się trudno. Zimna kąpiółka hartuje. Zwłaszcza ludzi z notorycznie przeziębionymi zatokami.

Moje stosunki ze starszą panią, wbrew pozorom, układają się całkiem dobrze. Odkąd uważniej wychodzę z pokoju da się wytrzymać. Jeśli przed opuszczeniem siedziby głównej wsłuchać się dokładnie we wszystkie odgłosy, można dość łatwo stwierdzić, w którym pomieszczeniu urzęduje obecnie starsza pani i uniknąć potencjalnego zagrożenia. Niestety, czasami kontakt jest nieunikniony. No bo jak tu na stanie pod progiem i wołanie „Daniel, jesteś?” odpowiedzieć „Nie, nie ma mnie”? :) Ostatnio zostałem uraczony przepysznym gulaszem. To znaczy chyba przepysznym, bo cała zielono-brązowo-paciajowata gulaszowatość została cichcem przełożona do opakowania po wafelkach (niam!). Trochę jestem sam sobie winien, w końcu mogłem wyczuć podstęp w tym, że zostałem poproszony o swój talerz. No, ale spodziewałem się raczej suchutkich jak hydrant latem biszkopcików. A gulasz? Oczywiście pochwaliłem, nie omieszkając docenić wkładu pracy starszej pani.



Studia właściwe

Podobno na studiach jest dużo nauki. Podobno kolokwium goni kolokwium, a sesja to ból nieznośny. Może i tak. Ja w każdym razie póki co nie miałem okazji poznać tych wątpliwych uroków. Nauka? Hm, trzeba najpierw mieć z czego zakuwać :) Nie no, byliśmy w bibliotece. Raz. Po ujrzeniu wielometrowej kolejki zrobiliśmy w tył zwrot i tyle nas widzieli. W sumie po co się wychylać, jeszcze nas wezmą za kujonów ;)



Studia mniej właściwe, ale fajniejsze

Jeden człowiek mnie rozwalił. Nie pomnę nazwiska ani tytułu (w ogóle słabo zapamiętuję ludzi, pół biedy, że większość poznanych osób ma na imię Ania :-)), ale po jego wykładzie czuję się doszczętnie wypompowany jakiejkolwiek możliwości śmiania się czy chociaż ukradkowego uśmieszkowania. Najpierw uświadomił nam straszną prawdę: Calista Flockhart to tak naprawdę tylko kilka plam na ścianie przypominających tę aktorkę. Zaprawdę, wiedza to porażająca i niektóre z naszych młodych umysłów tego nie wytrzymały. Dalej nastąpiło zaprzeczenie sensowności naszej dotychczasowej edukacji:

- Jak państwo myślą, co daje większe pole do popisu wyobraźni, film czy książka?

- (chórem) Książka!

- No, bardzo państwa dobrze wyuczyli w szkole. (chwila oddechu) To oczywiście nieprawda :)

Apogeum nastąpiło przy rzeżusze. Że ona rośnie. I to jest sztuka. Czy coś. I sztuką są haftowane kaczuszki. A inne kaczuszki już tą sztuką nie są. To już było oczywiste pomówienie i znieważenie majestatu głowy państwa. Wszak od roku powszechnie wiadomo, że nie ma kaczek, które nie byłyby sztuką. Tak samo rozwiązanie odwiecznego problemu dręczącego ludzkość – co było pierwsze: jajko czy kaczka? Oczywiście, że kaczka. Jaja są dopiero teraz :)



Relacje z sąsiadami

Tu muszę się pochwalić: prawdziwy sukces! Sąsiadów nie znam, chociaż czasem ich widuję. Żadnych zobowiązań, pożyczania szklanki soli i tym podobnych pierdół. Owszem, czasem któryś podziękuje za otworzenie drzwi (jakbym specjalnie wchodził w tym samym czasie), ale nic ponadto. Sami sąsiedzi są wspaniali w każdym calu. Zwłaszcza ci z naprzeciwka, prawdziwi melomani – praktycznie 24 godziny na dobę potrafią słuchać muzyki. Ba, żeby tylko, w swej wspaniałomyślności raczą ową muzyką wszystkich dookoła, ustawiając głośność na poziom maksymalny. Kilka dni temu zrobiłem mały rekonesans i już z dokładnością do jednego numeru potrafię powiedzieć, z którego mieszkania dochodzą zwykle wzniosłe dźwięki „Jej czarnych oczu” i tym podobnych szlagierów. Jakbym dzwonił po gliny będzie jak znalazł ;) Ale również w moim bloku są wrażliwi muzycznie osobnicy, o czym dowiedziałem się w zeszły piątek. Tego dnia nie miałem zajęć, czekały mnie jedynie drobne prace propagandowe na rzecz jednego z kandydatów na prezydenta miasta. Po południu. Oczywiście przy takim układzie kładę się spać dosyć późno – około pierwsze-drugiej w nocy. Wcześniej nie ma sensu, bo starsza pani i tak mnie obudzi podczas nocnych wędrówek. A więc zasnąłem w okolicach środka nocy z zamiarem wstania późnym przedpołudniem. Wstałem o siódmej, kiedy to usłyszałem z góry nieśmiertelne „Ważne są tylko te dni…” Grechuty. Kiedy się ubrałem i byłem na jak najlepszej drodze do poinformowania melomana z góry co myślę o uskutecznianiu wyższej kultury w godzinach rannych, dźwięki ucichły. W ten oto sposób dowiedziałem się, że cztery godziny snu w zupełności wystarczą. Myślę, że zdobyta wiedza przyda mi się jeszcze nie raz.



Lunatykowanie

Starsza pani przy całej swej wspaniałości ma jedną, za to bardzo istotną wadę: ogląda dużo telewizji. Niby schorzenie wielu naszych rodaków, ale tu przyjęło ono niecodzienną formę: otóż starsza pani ogląda również przez sen. Czasem słyszałem, jak około drugiej w nocy potrafiła się obudzić, iść do łazienki i znowu się położyć, oczywiście nie wyłączając odbiornika. Zacząłem się zastanawiać, czy nie uświadomić jej o istnieniu czasowstrzymywacza, to jest Czasowego Zamykacza Telewizora. Niestety, najprawdopodobniej jej odbiornik jest jednym z tych modeli, w których owej funkcji nie zainstalowano. Nie ma to jak przedwojenna solidność.



Papu

Jedzonko jakie jest, każdy widzi. Chyba, że nie ma, to nic wtedy nie widać. Już w pierwszym tygodniu okazało się, że samodzielne dysponowanie środkami na wyżywienie może przynieść opłakane rezultaty. Na szczegóły spuszczę może zasłonę milczenia, poprzestając jedynie na paru radach:

- chleb smażony na oleju całkiem dobrze zaspokaja głód

- chińskie zupki po 99 groszy/sztuka już nie

- zimna woda wylana na smażący się kotlet może doprowadzić do poparzenia twarzy, rąk i ogólnego zaczadzenia (strzeżcie się starszych pań wchodzących do kuchni i stwierdzających, że wasza mama na pewno zrobiła te kotlety pyszne a wy je popsujecie. Bo kotlet trzeba skropić wodą, to jest pulchny. Chyba nie muszę mówić, że po operacji „podlewania schabu” złocista panierka przemieniła się w ciemną skorupę, co starsza pani skwitowała krótkim “może faktycznie nie powinnam się wtrącać”)

Dodatkowo stwierdzam, że nie jedzenie jest faktycznie najlepszą z możliwych diet. W ciągu kilku dni schudłem trzy kilogramy. Efekt jo-jo pojawił się wraz z nowym tygodniem i zapasem środków finansowych – przytyłem kilo cztery, opychając się czym popadnie i pochłaniając olbrzymie ilości kabanosów (sposób „na Tomka Lisa”). Mimo to ważę 70kg i wedle wskaźnika BMI nadal mam minimalną niedowagę. Czyli studencki standard :)



Warto?

Zasadniczo życie studenckie posiada więcej blasków niż cieni. Chyba, że policzyć cienie do powiek używane przez 80% ludzi z mojego roku. Nie, emancypacja mężczyzn nie idzie aż tak szybko :) Po prostu zdecydowana większość potencjalnych kulturoznawców to przedstawicielki rodzaju żeńskiego. I to też jest plus, przynajmniej do momentu, w którym dziewiętnastu dziewczynom z dwudziestotrzyosobowej grupy nie przyjdzie do głowy mieć chandry. Jednocześnie.

Co by jednak nie mówić, opłacało się trzynascie lat zaiwaniania do szkół, gimnazjów i techników. Ciekawe tylko, co by powiedzieli rodzice na to, że ta niewątpliwie wytężona praca eudukacyjna była tylko po to, bym się teraz mógł zwyczajnie opieprzać :)

(Tekst dedykuję Magdzie)

Tuxedo